Nie wierzyłem własnym uszom i oczom, a jednak… W drugą sobotę stycznia wyszło na jaw, że w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej rozbrzmiewają ze sceny dźwięki disco-polo! To nie żadna pomyłka, ani kaczka dziennikarska, lecz szczera prawda. W świątyni sztuki scenicznej pojawiło się miejsce dla biesiadnej twórczości Zenka Martyniuka („Przez twe oczy zielone”) oraz Sławomira („Miłość w Zakopanem”). Zademonstrowali to w praktyce twórcy i wykonawcy uaktualnionego po latach w szyderczej konwencji widowiska „Testosteron” Andrzeja Saramonowicza w reżyserii Witolda Mazurkiewicza.
Przeróbka scenariuszowa
Skąd się to wzięło? Mamy po prostu do czynienia z radykalnym uwspółcześnieniem przez samego autora jego sztuki z początków XXI wieku. Na potrzeby bielskiego przedstawienia Andrzej Saramonowicz – pisarz, dramaturg i scenarzysta filmowy – dostosował fabułę widowiska do obecnych realiów. Znalazło to pikantne odzwierciedlenie w świeżuteńkich i wielce szyderczych dialogach siódemki bohaterów - Kornela, Stawrosa, Robala, Tretyna (nie mylić absolutnie z kretynem), Janisa, Tytusa i Fistacha.
Spektakl nazwany przez niektórych krytyków „błyskotliwą wędrówką po najgłębszych zakamarkach męskiej duszy” zyskał w efekcie disco-polową oprawę. Warto przy okazji odnotować, że komediowe dzieło o znamionach drapieżnej farsy obyczajowej było już prezentowane na deskach bielskiego teatru w 2006 roku. Reżyserem tamtego spektaklu był Waldemar Patlewicz.
Lorek na perkusji, a Czaderna na basie
Czy warto wybrać się na współczesny „Testosteron”, obfitujący – jak to zazwyczaj bywa u Saramonowicza – w soczyste przekleństwa i wulgaryzmy, które padają z ust aktorów, jak płatki róży na procesji? Na pewno tak, choćby dla wyreżyserowanej zgrabnie przez Mazurkiewicza i zaaranżowanej muzycznie przez Jacka Obstarczyka uroczej sceny finałowej. Lorek gra w niej na perkusji, Czaderna na basie, Margas na klawiszach, a Wojtasiński – na gitarze. Czterej biesiadni wirtuozi towarzyszą trzem rozrywkowym szansonistom z weselnej knajpy. Ci zaś - Sikora, Gajos i Miska w roli kelnera z wyraźnymi zamiłowaniami wokalnymi – uciesznie śpiewają erotyczny refrenik: „miłość w Zakopanem, oblewamy się szampanem”.
Od wielu lat przyjeżdżam z Gliwic na bielskie spektakle, ale takiej erupcji disco-polowego szaleństwa na teatralnej scenie nie widziałem jeszcze nigdy. Chodnikowy szlagier rozsławiony przez TVP Jacka Kurskiego w ramach tzw. „Sylwestrów marzeń” przybiera w Bielsku absolutnie groteskową postać. - Ale jaja – szeptała do swojej sąsiadki na widowni rozbawiona dama w eleganckiej sukni…
Procentowe emocje
Różnych jaj w przedstawieniu jest znacznie więcej. Sama formuła niedoszłego wesela z udziałem rozgoryczonych i poirytowanych facetów oraz kelnera serwującego im z uśmiechem na ustach smakołyki i procentowe napoje ma z natury rzeczy wielce zabawny charakter. Konwersacje przy suto zastawionym stole sprowadzają się właściwie tylko do frywolnych rozmów o kobietach i o seksie. Na początku daje o sobie znać nieskrywana agresja i napastliwość krewkich gości weselnych, ale potem w miarę upływu czasu ich wojownicze nastroje ulegają złagodzeniu.
Dzieje się to za sprawą opróżniania kolejnych flaszek z trunkami. Pijacka szczerość sprzyja w efekcie wyznaniom uczuć, których wcześniej nie ujawniano. Okazuje się, że najstarszy z uczestników biesiady jest ojcem trzech innych mężczyzn biorących udział w imprezie. W czasach młodości był bowiem bardzo jurny i niebywale aktywny w relacjach z rozmaitymi kobietami. Męski hormon o powszechnie znanej nazwie „testosteron” przyczynił się do tego w oczywisty sposób…

Wspólne dzieło kreatywnych twórców
Kostiumy zaprojektowane figlarnie przez Katarzynę Paciorek i oprawa scenograficzna Damiana Styrny uwypuklają komediowe oblicze widowiska. Rewelacyjny jest ponadto końcowy i wielce ekspresyjny układ choreograficzny siedmiu tańczących bohaterów „Testosteronu”. To dzieło pomysłowej Katarzyny Zielonki, która świetnie wczuła się w disco-polową konwencję szyderczej opowieści o tajnikach męskiej duszy. Porównania z pamiętnym filmem Koneckigo i Saramonowicza z 2007 oku nie wypadają wcale na niekorzyść bielskiego (dwuaktowego) przedstawienia.
Największe słowa uznania należą się jednak bezspornie Sławomirowi Misce, odtwórcy wyrazistej roli kelnera o charakterystycznym imieniu Tytus. Pokaz gry aktorskiej w jego wykonaniu wydaje się majstersztykiem sztuki scenicznej. Rację miał wybitny krytyk teatralny, Jacek Sieradzki, który w swoim czasie wyróżnił Miskę we własnych ocenach recenzenckich. Uwagę publiczności przyciągają też Grzegorz Sikora we wcieleniu Stawrosa (jurnego uczestnika weselnej biesiady) oraz Mateusz Wojtasiński jako zdesperowany Janis, jeden z kilku synów Stawrosa.
Żartobliwy prezent
Styczniowa premiera uaktualnionego po latach „Testosteronu” dostarczyła jeszcze widzom dwóch dodatkowych atrakcji. Po pierwsze – przyjechał specjalnie do bielskiego teatru Andrzej Saramonowicz z Warszawy, podkreślając artystyczne znaczenie spektaklu. Po drugie – Michał Czaderna w imieniu siódemki uczestniczących w przedstawieniu aktorów wręczył nieoczekiwanie zdumionemu Witoldowi Mazurkiewiczowi żartobliwy podarek. Był to pięknie oprawiony introligatorsko dokument o uhonorowaniu reżysera widowiska zacnym tytułem CZŁOWIEKA ROKU przez redakcję …magazynu FORBES. Pierwszy spektakl teatralny zademonstrowany widzom w Polskiej Stolicy Kultury-2026 zakończył się więc niezwykłym akcentem.



