Przez kilka majowych dni Bielsko-Biała znów stała się miejscem, w którym teatr lalek wyszedł daleko poza scenę Banialuki. 31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej przyciągnął publiczność do sal teatralnych, na place i ulice miasta, pokazując, że współczesne lalkarstwo potrafi być jednocześnie widowiskowe, kameralne, technologiczne i zaskakująco bliskie sprawom, o których rozmawiamy na co dzień. Jubileuszowa edycja, wpisana w 60-lecie festiwalu i rok Polskiej Stolicy Kultury, była nie tylko świętem Banialuki, ale też ważnym wydarzeniem dla całego miasta.
Kto nadal kojarzy lalkarstwo wyłącznie z pacynką, parawanem i przedstawieniem dla przedszkola, po tym festiwalu musiałby przeprowadzić poważną rozmowę z własnymi przyzwyczajeniami. W Bielsku-Białej lalka bywała ciałem, cieniem, traumą, cyfrowym awatarem, potworem, żartem, wspomnieniem i narzędziem oporu. Czasem wystarczał stół i kilka przedmiotów. Czasem potrzebny był dźwig, muzycy zawieszeni nad głowami widzów i całe miasto zamienione w scenę.
Byliśmy na tych pokazach. I najkrócej można powiedzieć tak: współczesny teatr lalek należy dziś do najbardziej pojemnych form scenicznej opowieści.
Lalka nie udaje człowieka. Ona go demaskuje
Otwarcie festiwalu od razu ustawiło poprzeczkę wysoko. „Dracula – Sen Lucy” grupy Plexus Polaire z Francji i Norwegii nie był kolejną sceniczną wersją gotyckiego mitu. To był sen, a może raczej koszmar bohaterki – pełen mroku, zawieszenia i niepewności.
Lalki naturalnej wielkości, animowane na oczach widzów, nie próbowały realistycznie udawać ludzi. Ich siła polegała na czymś innym: widzieliśmy mechanizm, a mimo to ulegaliśmy złudzeniu. Człowiek i lalka wchodzili w relację niepokojąco bliską. Po chwili nie było już jasne, kto kogo prowadzi, kto komu oddaje ciało, a kto nad kim traci kontrolę.
To była jedna z najważniejszych lekcji festiwalu. Współczesna lalka nie jest słabszą wersją aktora. Bywa ostrzejszym narzędziem. Mówi mniej wprost, a czasem właśnie dlatego trafia celniej.
Nieprzypadkowo „Dracula. Sen Lucy” zdobył Grand Prix festiwalu. W tym werdykcie było coś więcej niż nagroda dla udanego spektaklu. Było potwierdzenie, że teatr formy najciekawszy jest wtedy, gdy nie tylko opowiada znaną historię, ale wydobywa z niej coś niepokojąco aktualnego.
Teatr lalek coraz częściej mówi językiem dorosłych lęków
Szkocki „Ragnarok” grupy Tortoise in a Nutshell pokazał świat, który się kruszy. Dosłownie. Gliniane figurki, małe domy, kruche pejzaże i historia dzieci próbujących przetrwać w świecie po katastrofie tworzyły obraz cichy, ale bardzo dotkliwy.
Nie było tu publicystycznego transparentu z napisem: kryzys klimatyczny, migracja, rozpad bezpieczeństwa. A jednak wszystko to było obecne. W miniaturze czasem widać więcej niż w monumentalnej scenografii. Mała gliniana postać potrafi być bardziej bezbronna niż aktor wygłaszający wielki monolog o końcu świata.
Podobnie działał „Blind” Dudy Paivy. To spektakl osobisty, wyrastający z doświadczenia choroby, bólu i czasowej utraty wzroku, ale pozbawiony taniego wzruszenia. Paiva nie prosił widza o współczucie. Raczej wciągał go w przestrzeń pamięci ciała. Jego miękkie, piankowe lalki przypominały fragmenty organizmu, coś między koszmarem a próbą odzyskania siebie.
W „Edith i Ja” Yael Rasooly lalka Edith Piaf stawała się z kolei głosem kobiety, która sama głos straciła. Dosłownie i metaforycznie. Spektakl mówił o przemocy, milczeniu, wstydzie i próbie odzyskania prawa do własnej opowieści. A jednocześnie był pełen ironii, muzycznego nerwu i gorzkiego humoru.
To nie jest teatr dla dzieci, choć używa lalek. To teatr dla ludzi, którzy wiedzą, że dorosłość nie usuwa lęków. Co najwyżej pozwala je lepiej nazwać.

Między mappingiem a stołem na kółkach
Najciekawsze w bielskim festiwalu było to, jak swobodnie spotykały się tu rozmach i prostota.
Z jednej strony mieliśmy spektakl Teatru Lalek Banialuka „Sajlen Disko”, czyli teatr zanurzony w świecie hejtu, samotności, cyfrowych awatarów i młodzieżowego wykluczenia. Tu projekcje, obraz i muzyka nie były ozdobą, lecz językiem opowieści. Podobny trop pojawiał się w myśleniu o „Zagubionym chłopcu”, gdzie piksel, portal i przestrzeń gry komputerowej stają się metaforą relacji między realnością a światem cyfrowym.
Temu kierunkowi towarzyszyły warsztaty „Uniwersytetu Lalek”. Spotkanie z Sebastianem Łukaszukiem, scenografem i twórcą multimediów, dobrze pokazywało, że współczesne lalkarstwo coraz częściej myśli obrazem, mappingiem, animatroniką, światłem i dźwiękiem. Lalka nie musi już istnieć wyłącznie jako przedmiot prowadzony ręką aktora. Może funkcjonować równocześnie w przestrzeni fizycznej, świetlnej i cyfrowej.
Ale po drugiej stronie tej samej opowieści były belgijskie „Krótkie baśnie” Agnès Limbos. Kilka przedmiotów, stół na kółkach, precyzja gestu i wyobraźnia widza. Tyle wystarczyło, by mówić o przemocy, wygnaniu, miłości i kruchości świata.
To piękny paradoks: teatr lalek idzie w technologię, ale nie porzuca prostoty. Potrafi korzystać z multimediów, a zaraz potem udowodnić, że zwykły przedmiot w dobrych rękach może mieć siłę większą niż ekran.

Teatr dla dzieci nie musi być grzeczny ani banalny
Festiwal nie zapomniał o najmłodszych widzach, ale potraktował ich poważnie. Litewski „Lew i ptak” opowiadał bez słów, obrazem i ruchem. Słoweński „BLUP?” Kuskus Institute zaprosił dzieci do świata wody, dźwięku, eksperymentalnych instrumentów i animowanych przedmiotów.
To nie był teatr z morałem, a raczej teatr zmysłów. Dzieci śmiały się, komentowały, reagowały żywo, ale też potrafiły skupić się na scenicznej zabawie dźwiękiem i formą. Ważne, że spektakl prezentowany był po polsku, dzięki czemu najmłodsi mogli wejść w ten świat bez bariery językowej.
„BLUP?” przypomniał rzecz prostą, choć często zapominaną: dzieci nie potrzebują uproszczonego teatru. Potrzebują teatru mądrego, który nie traktuje ich jak widzów drugiej kategorii.
Miasto też może być sceną
Osobny rozdział tej edycji stanowiły widowiska plenerowe. „Sen Herberta” francuskiej Compagnie des Quidams zamienił centrum Bielska-Białej w świetlną procesję. Gigantyczne postacie na szczudłach, muzyka, powolny rytm i tłum podążający za obrazem – to był teatr bez słów, ale nie bez treści.
Compagnie des Quidams specjalizuje się w teatrze wizualnym, paradach świetlnych i działaniach site-specific. W Bielsku-Białej ta formuła zadziałała znakomicie, bo nie wymagała instrukcji obsługi. Wystarczyło patrzeć i iść.
Jeszcze bardziej spektakularne było „Mù – kinematyka płynów” francuskiej Transe Express Company. Teatr uliczny, koncert, gigantyczna konstrukcja, akrobaci i muzycy wysoko nad ziemią. Transe Express od lat rozwija ideę „teatru niebiańskiego”, a w Bielsku-Białej pokazał, że plener nie jest dodatkiem do festiwalu. Może być jego najbardziej widowiskową metaforą.
Bo w gruncie rzeczy o to chodziło w całej edycji: teatr wychodził poza budynek, poza kategorię wiekową, poza klasyczną definicję lalki.

Jedna scena, wiele języków
Przez sześć dni publiczność zobaczyła bardzo różne oblicza współczesnego lalkarstwa: kameralne, plenerowe, technologiczne, minimalistyczne, dziecięce, dorosłe, muzyczne, mroczne i zabawne. Były pełne sale, artyści z wielu krajów i konkurs, którego werdykt dobrze oddał ducha programu.
Grand Prix dla „Draculi. Snu Lucy”, nagroda młodych krytyków dla szkockiego „Ragnaroku” oraz wyróżnienia m.in. dla Yael Rasooly, Dudy Paivy i Agnès Limbos dobrze pokazują, że jury doceniło nie jeden styl, ale odwagę poszukiwania.
Dyrektor Banialuki Jacek Popławski w rozmowie po zakończeniu festiwalu zwrócił uwagę nie tylko na frekwencję, ale przede wszystkim na różnorodność programu.
Festiwal bardzo dobrze wypadł pod względem frekwencji. W zasadzie za każdym razem mieliśmy pełne albo prawie pełne sale. Także podczas wydarzeń plenerowych widać było bardzo duże zainteresowanie publiczności. Cieszymy się, że festiwal po raz kolejny zdobył popularność wśród mieszkańców, osób przyjezdnych, a także gości nie tylko z Polski, ale i z zagranicy
- mówił Jacek Popławski.
Jeszcze ważniejsze jest jednak to, co dyrektor powiedział o samym programie. Bo jego diagnoza dobrze spotyka się z tym, co przez sześć festiwalowych dni widać było ze sceny i z widowni.
Festiwal stworzył pewnego rodzaju trójwymiarowy model światowego lalkarstwa. Publiczność mogła zobaczyć wiele różnych technik, rodzajów, filozofii i sposobów teatralizacji. To było bardzo wzbogacające doświadczenie
- podkreślił dyrektor Banialuki.
I właśnie to jest najważniejsze. 31. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej nie udowadniał, że teatr lalek „też może być poważny”. To byłoby zbyt łatwe. Pokazał coś ciekawszego: że teatr lalek może być poważny, zabawny, technologiczny, prosty, intymny, monumentalny i wciąż zaskakująco żywy.