Są tradycje tak niegroźne, że aż człowiekowi głupio, kiedy trzeba ich bronić. A jednak sprawa lodów za czerwony pasek w Pszczynie aż prosi się o komentarz.
Lody za wysiłek, nie za przywilej
Ćwierć wieku „Pod Dębem” rozdawało dzieciakom lody za świadectwo z wyróżnieniem – żadna państwowa kampania, żadna wielka pedagogika, tylko prywatny gest, który z czasem stał się lokalnym rytuałem. Zaczynasz wakacje nie od kazania, tylko od rożka. I nie ma w tym nic zdrożnego: nagroda za wysiłek jest słuszna, a czasem nawet potrzebna, bo szkoła potrafi kosztować dzieci sporo pracy, stresu i wyrzeczeń.
List, który zmienił wszystko
I nagle przychodzi list. Imienne pismo z Biura Rzeczniczki Praw Dziecka, Moniki Horny-Cieślak, zawierające prośbę o zakończenie akcji – bo może „dyskryminować” i dokładać presji tym, którzy paska nie mają. Właściciele lodziarni uznali, że po otrzymaniu pisma nie chcą kontynuować akcji w dotychczasowej formule. Nie dlatego, że ktoś formalnie jej zakazał, lecz dlatego, że w takich sytuacjach wielu przedsiębiorców woli nie wchodzić w spór z instytucją publiczną.
Argumenty, których nie można zignorować
Oczywiście, sprawa nie jest całkowicie czarno-biała. Zwolennicy interwencji zwracają uwagę, że szkoła nie jest wyłącznie miejscem nagradzania najlepszych. Dla części uczniów czerwony pasek pozostaje poza zasięgiem mimo dużego wysiłku, a publiczne wyróżnianie jednych może pogłębiać poczucie rozczarowania u innych. W tym sensie intencją Rzeczniczki nie było zwalczanie lokalnej tradycji, lecz zwrócenie uwagi na konsekwencje, których organizatorzy mogli wcześniej nie dostrzegać.
Czy reakcja była proporcjonalna?
Tyle że nawet uwzględniając te argumenty, trudno oprzeć się wrażeniu, że reakcja była nieproporcjonalna do problemu. Mówimy przecież o prywatnej inicjatywie, finansowanej przez właścicieli lodziarni, funkcjonującej od ćwierć wieku bez większych kontrowersji. Nie o szkolnym systemie oceniania, nie o państwowym programie stypendialnym, ale o symbolicznym geście wobec dzieci, które osiągnęły określony wynik.
Potem przyszły tłumaczenia. Usłyszeliśmy, że „nie było żadnego zakazu”, pojawiły się wyjaśnienia, zapowiedzi rozmów i pomysły nowych form świętowania zakończenia roku szkolnego. Być może część zamieszania wynika z nieporozumienia, a część z nadinterpretacji. Tylko że śmietanka – dosłownie i w przenośni – już się rozlała. Bo zwyczaj działał na prostych zasadach, a urzędowa wrażliwość działa na przypisach.
Gdy dobry zwyczaj staje się problemem
Lokalna inicjatywa, która przez lata nikomu nie przeszkadzała, nagle została potraktowana jak problem wymagający interwencji. A to zawsze rodzi pytanie, ilu kolejnych przedsiębiorców czy społeczników dwa razy zastanowi się, zanim zrobi coś podobnego.
Można było poprawić, nie likwidować
Jasne, można sobie wyobrazić jeszcze lepszą wersję tej akcji. Lody także dla tych bez paska. Nagrody za frekwencję, za postęp, za zaangażowanie. Albo po prostu darmowy rożek dla każdego ucznia na rozpoczęcie wakacji. To wszystko są pomysły warte rozmowy. Tyle że do ich realizacji nie trzeba było wygaszać dotychczasowego zwyczaju.
Spór nie jest o lody
W całej tej historii najważniejsze pytanie nie dotyczy jednak lodów. Dotyczy tego, jak rozumiemy wspólnotę i motywację. Czy naprawdę potrafimy już tylko eliminować różnice, zamiast doceniać wysiłek? Czy każdy gest skierowany do jednej grupy musi automatycznie zostać uznany za krzywdę wobec drugiej? A może problemem nie jest sam czerwony pasek, lecz nasza rosnąca skłonność do traktowania każdej nierówności jak sytuacji wymagającej urzędowej korekty?
Bo być może najważniejsze pytanie brzmi dziś tak: czy potrafimy jeszcze nagradzać czyjś wysiłek, nie zamieniając tego w problem do rozwiązania przez instytucje? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to szkoda nie tylko lodów. Szkoda również zaufania, spontaniczności i zwyczajów, które przez lata sklejały lokalne społeczności lepiej niż niejeden oficjalny program.