„W tym roku schudnę, rzucę palenie, nauczę się hiszpańskiego i zainwestuję w ETF-y”. Znacie to? Oczywiście. Każdy zna. Bo każdy to mówi – przynajmniej raz do roku, w stanie umiarkowanego kaca moralnego, który przychodzi 1 stycznia tuż po tym fizjologicznym.
Tak, nowy rok to czas nadziei. Ale też czas iluzji. I nic tak nie podsumowuje narodowej kondycji psychicznej jak lista postanowień noworocznych, która ląduje w tym samym miejscu co paragony z sylwestrowej imprezy – w śmietniku historii.
Od jutra zaczynam żyć zdrowo. Czyli nigdy
Niektórzy twierdzą, że Polska dzieli się na tych, co mają karnet na siłownię i na tych, co mają z tego powodu wyrzuty sumienia. 1 stycznia te dwie grupy zamieniają się miejscami. Wysportowani stają się melancholijni, a melancholijni kupują legginsy w Lidlu. Wystarczy przejść się pod lokalną siłownię 2 stycznia. Kolejka jak za PRL-u po kawę. 15 stycznia – pusto jak w sejmie w piątek po południu. Jak podają statystki, aż 80% postanowień noworocznych kończy się porażką przed 1 lutego. A to i tak wersja optymistyczna, zakładająca, że ktoś w ogóle bierze statystyki na poważnie.
Cukier? Nie, dziękuję. A potem znów tak
W styczniu w każdym polskim domu można znaleźć dwa produkty: kapustę kiszoną i resztki piernika z Bożego Narodzenia. Z tą różnicą, że kapustę ktoś kupił „na odporność”, a piernik po prostu został, bo nikt nie miał już siły go jeść. Postanowienie „koniec ze słodyczami” to jedno z najczęściej wypowiadanych kłamstw noworocznych – zaraz po „nie będę już scrollować TikToka przed snem” i „nie dam się wciągnąć w dyskusję polityczną z kolegą na Facebooku”.
Rzeczywistość? Cukier wygrywa. Bo choć wiemy, że to biała śmierć, to jest też biała rozkosz – szczególnie po ośmiu godzinach w open space i w kolejce do lekarza na NFZ.
Zbilansowane odżywianie? Tak, ale od poniedziałku. I to tylko wtedy, jeśli akurat nie pada, nie ma PMS-u, nie zdenerwował nas mail od szefa i nie jest akurat Dzień Czekolady – który, swoją drogą, wypada zdecydowanie za często.
Rzucam palenie. A przynajmniej staram się mniej przy ludziach
To klasyk. Papieros – wróg publiczny numer jeden, obok cukru, plastiku i ZUS-u. Ale też najwierniejszy towarzysz – rozumie, nie ocenia, zawsze gotowy na wspólną przerwę.
Co roku miliony Polaków mówią „to już ostatni”. Ale ostatni to był w 1989, a potem jakoś się rozjechało. Nawet e-papieros nie pomógł, bo złośliwie udaje zdrowie, a w rzeczywistości tylko lepiej pachnie.
Ministerstwo Zdrowia ma kampanie, bilbordy i ostrzeżenia, ale najskuteczniejszą metodą rzucenia palenia nadal pozostaje… zachorowanie na coś poważniejszego. Ewentualnie kredyt hipoteczny – wtedy człowiek nie ma już za co palić.
W tym roku będę oszczędzać. Czyli więcej nie wydać, niż się ma. Nierealne.
Noworoczne postanowienie finansowe: „Będę mądrze gospodarował pieniędzmi”. Piękne. Szlachetne. I kompletnie niekompatybilne z faktem, że 2 stycznia wypada wyprzedaż w lokalnych sieciówkach.
Według danych NBP, średnie zadłużenie Polaka na karcie kredytowej wynosi około 5 000 zł. Ale to tylko dane. W praktyce – zadłużamy się emocjonalnie, kupując kolejne niepotrzebne rzeczy, które „były na promocji”. Oszczędzanie w kraju, gdzie nawet cebula kosztuje 6 zł za kilo, to jak postanowienie, że będziesz oddychać mniej, bo tlen podrożał. Szlachetnie, ale duszno.
Nauczę się języka obcego. Ale najpierw odnowię Duolingo
Ile razy można zaczynać ten sam kurs hiszpańskiego? Otóż tyle, ile razy „La casa es grande” wyda się człowiekowi fascynującym zdaniem. W styczniu aplikacje językowe przeżywają renesans, a w lutym stają się samotne jak polskie PKP na czas.
Znajomość języków to dziś inwestycja. Tylko że inwestycje wymagają systematyczności, a systematyczność to nie jest nasza cecha narodowa. Gdybyśmy byli systematyczni, to mielibyśmy autostrady bez dziur i terminy, które naprawdę coś znaczą.
W tym roku będę lepszym człowiekiem. Czyli co konkretnie?
To najbardziej enigmatyczne postanowienie. „Będę lepszy”. Ale jak? Dla kogo? Czy oznacza to pomoc sąsiadowi, czy po prostu niekomentowanie postów znajomych na Facebooku?
Być może właśnie dlatego to jedno z najczęściej łamanych postanowień. Bo nie ma deadline’ów ani aplikacji, która by ci przypominała: „Dziś byłeś bucem – czas się poprawić”. A przecież mogłoby być tak pięknie. Nowy rok, nowe ja. Nowa Polska – z życzliwością, cierpliwością i przestrzeganiem przepisów drogowych. Ale potem przychodzi 2 stycznia. I wszystko wraca do normy.
Dlaczego tak jest?
Psychologowie są zgodni: postanowienia noworoczne zawieramy w stanie emocjonalnego uniesienia, a nie chłodnej kalkulacji. Nowy rok wydaje się symbolicznym resetem. Problem w tym, że nasze mózgi działają jak Windows 95 – sam reset nie wystarczy. Trzeba zainstalować aktualizacje. A to już nie takie proste.
Poza tym – żyjemy w kraju, gdzie nawet pogoda jest przeciwko nam. Zima, ciemno, depresyjnie. Jedyna aktywność fizyczna to skrobanie szyby samochodu o 7 rano. W takich warunkach postanowienia to jak dieta podczas wesela – nierealne.
Nie chodzi o to, by dojść. Chodzi o to, by próbować
Może właśnie o to chodzi z tymi postanowieniami. Nie żeby się udały. Ale żeby przez chwilę uwierzyć, że mogą się udać. Żeby mieć tę jedną kartkę z napisem „rzucam słodycze”, zanim zalepi się ją wafelkiem Prince Polo.
A potem można wrócić do siebie. Do zwyczajności. Ale z tym dziwnym poczuciem, że przynajmniej się próbowało. I to, paradoksalnie, czyni nas ludźmi.