Zamknij
REKLAMA

Góry to żywioł, który często bywa nieobliczalny

03.04.2021 Roman Anusiewicz

Góry to żywioł, który często bywa nieobliczalny

Jerzy Siodłak - przez 22 lata pełnił funkcję naczelnika Beskidzkiej Grupy GOPR, w styczniu 2020 r. przeniósł się do Zakopanego, aby stanąć na czele całego Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Z ratownictwem górskim związany jest pan od ponad 30 lat. Czy pamięta pan swój chrzest bojowy?

Jerzy Siodłak: Egzamin do GOPR-u zdawałem w 1986 r. w Szczyrku, a przyrzeczenie składałem w 1988 r. tradycyjnie na Szyndzielni - od tego momentu byłem już pełnoprawnym ratownikiem, odpowiadającym za siebie i swoje czyny. Niecałe dwa tygodnie później, wspólnie ze strażakami i ratownikami górniczymi pojechaliśmy nieść pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Armenii. Czas tam spędzony to był właśnie chrzest bojowy, przede wszystkim dla mojej psychiki. To, co tam zobaczyłem i przeżyłem trudno mi do dzisiejszego dnia porównać do wszystkich zdarzeń, które przyszło mi oglądać w polskich górach. W 1991 r. zwolnił się etat w beskidzkim oddziale GOPR i wtedy zacząłem pracę w ratownictwie już w pełni zawodowo. 1 kwietnia 1997 r. zacząłem pełnić obowiązki naczelnika,  a w 1998 r. zostałem mianowany Naczelnikiem Beskidzkiej Grupy GOPR Pełniłem tę funkcję 22 lata do końca 2019 r. A od 1 stycznia 2020 r. jestem p.o. Naczelnika GOPR w Zakopanem.

Ratownictwo górskie to niewątpliwie trudny zawód, czy Pana zdaniem należy także do niebezpiecznych?

Jerzy Siodłak: Ryzyko i niebezpieczeństwo istnieją zawsze. Stopień ryzyka zależy od miejsca, w jakim dochodzi do wypadku. Im wyższe góry, tym większe zagrożenie i problem. W całej historii ratownictwa górskiego, biorąc pod uwagę ilość akcji i zaangażowanych ratowników, ilość wypadków wśród ratowników jest niewielka. W ratownictwie górskim trudności są stopniowane w zależności od działań. Inaczej to wygląda w jaskiniach, inaczej w terenie eksponowanym z użyciem sprzętu alpinistycznego oraz helikoptera, gdzie ratownicy, aby dotrzeć do poszkodowanego, operują w pełnej ekspozycji. Niesie to wtedy ogromne ryzyko. Podobnie przy akcjach lawinowych, gdzie trzeba wejść na teren który grozi zejściem wtórnej lawiny. Natomiast przy akcjach w Beskidach, gdzie najczęściej tylko zwozimy poszkodowanych ryzyko jest znacznie mniejsze. Czy ratownik robi to jako wolontariusz czy etatowo, liczy się zawsze z ryzykiem. Ratownicy na co dzień o tym nie myślą. Gdybyśmy analizowali nasze zajęcie jako mega niebezpieczne, mega trudne i mega ryzykowne, to pewnie nikt by tego nie robił, a robi się to z pasji i potrzeby niesienia pomocy innym. Oczywiście z drugiej strony ocena tego ryzyka jest bardzo ważna, bo jeśli ktoś nie czuje zagrożenia, nie potrafi sobie wyznaczać granic bezpieczeństwa, to powinien być wyeliminowany z tego zawodu. Staje się wówczas zagrożeniem nie tylko dla poszkodowanego, ale też dla samego siebie.

Jak GOPR zmienił się na przestrzeni lat?

Jerzy Siodłak: Tak naprawdę GOPR-u jeszcze 100 lat temu nie było, za to w 1909 r. gen. Mariusz Zaruski oraz Mieczysław Karłowicz założyli w Tatrach grupę ratowniczą, czyli dzisiejszy TOPR. Była to wtedy w Europie czwarta organizacja ratownicza tego typu. GOPR natomiast jest pochodną TOPR-u. Po wojnie w 1952 r. powstały pierwsze grupy, w tym Grupa Beskidzka GOPR i to właśnie instruktorzy TOPR-u szkolili ratowników w Polsce. Podczas różnych zawirowań politycznych przez pewien czas istniała tzw. Grupa Tatrzańska GOPR, a dopiero w 1991 r. koledzy postanowili wrócić do korzeni, przywracając dawną nazwę TOPR. I tak dzisiaj mamy dwa specjalistyczne stowarzyszenia zajmujące się ratownictwem górskim - GOPR i TOPR. Razem się szkolimy, współpracujemy i pomagamy sobie w sytuacjach awaryjnych, takich jak np. ostatnio na Giewoncie.

A jeśli chodzi o sprzęt i ubiór?

Jerzy Siodłak: Na przestrzeni 100 lat jest oczywiście ogromna różnica. Kiedyś np. liny były sizalowo-konopne, czyli takie skręcane sznury. Ratownicy, głównie górale tatrzańscy, wychodzili na akcje w strojach, w których chodzili na co dzień, jak to dziś mówimy - regionalnych. Wyjeżdżano furmanką lub saniami do miejsca, skąd potem wyruszano w góry. Dziś mamy odzież najnowszej generacji oraz helikoptery, samochody terenowe, quady, skutery śnieżne oraz sprzęt do skialpinizmu, na którym również ratownicy się poruszają. Przez lata zmieniły się także sposoby spędzania wolnego czasu w górach - nie jest to już typowa turystyka piesza, narty czy sanki. Pojawiły się spadolotnie, chodzenie po jaskiniach, jazda na motorach, na rowerach górskich, a nawet jazda konna. Właściwie człowiek robi w górach wszystko, co kiedyś robił poza nimi. Ratownicy górscy muszą więc sprostać nowym wyzwaniom, dostosować swoje umiejętności, kwalifikacje i sprzęt tak, aby dorównać, a nawet być jeszcze lepszymi niż ci, którzy uprawiają w górach te dziedziny sportu.

Jakie predyspozycje i przeszkolenie musi posiadać ratownik GOPR?

Jerzy Siodłak: Przede wszystkim musi być sprawny fizycznie i mieć dobrą kondycję. Na egzaminach wstępnych na te właśnie elementy zwracamy uwagę, oczywiście w zależności od grupy regionalnej i terenu na którym ona działa. W wyższych górach niż Beskidy mile widziane są umiejętności wspinaczkowe, jakiś dorobek dróg i przejść wspinaczkowych, umiejętności poruszania się w trudnym terenie. Chcemy żeby ludzie, którzy do nas przychodzą nie byli zupełnie zieloni, aby były to osoby, które realizowały lub nadal realizują swoje pasje turystyczne, wspinaczkowe, przewodnickie lub narciarskie. Odpytujemy również ze znajomości gór, bo żeby tam działać i ratować trzeba je dobrze znać. Każdy ratownik, zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie w górach i ratownictwie górskim, powinien także posiadać KPP, czyli kurs kwalifikowanej pierwszej pomocy. Kurs taki trwa siedem dni i kończy się egzaminem państwowym.

Nie wszyscy członkowie GOPR-u są jednak mieszkańcami gór?

Jerzy Siodłak: Generalnie preferuje się ludzi mieszkających w rejonie działania poszczególnych grup ratownictwa, ponieważ wypadki wymagają natychmiastowego działania. Większość wezwań załatwiają ratownicy etatowi, obecni w górach cały rok, przez całą dobę (etatowych ratowników jest ponad 100, czyli niecałe 10% kadry ratowników górskich w całej Polsce). Współpracujemy oczywiście z ludźmi z całej Polski. Przyjeżdżają w góry, spędzają tutaj swój wolny czas, poświęcając niekiedy swój urlop, w okresach świątecznych czy weekendowych. Jeżeli spełniają nadal kryteria oraz limit czasu służby - minimum 120 godzin pracy w ciągu roku, to mogą być w pełni aktywnymi ratownikami. Cieszymy się nawet z tego, kiedy ktoś przyjedzie z zewnątrz i powie nam o czymś, czego my nie zauważamy na co dzień.

Jak wygląda dzień w centrali GOPR?

Jerzy Siodłak: Służba się zmienia w godzinach rannych lub wieczornych w zależności od stacji i trwa 24 godziny. Podczas dyżuru z całego regionu spływają komunikaty o warunkach w górach, o warunkach na szlakach, o ilości zdarzeń i wypadków. Cały czas prowadzona jest statystyka wszystkich wydarzeń. Oprócz tego, że wpisuje się to tradycyjnie w książkę dyżurów, opieramy się już o nowoczesne technologie, serwery, kamery oraz najważniejszy to system aplikacji w telefonach wykorzystujących sygnał GPS, który zrewolucjonizował poszukiwanie ludzi w górach. Oczywiście to wszystko nie zastąpi człowieka i jego doświadczenia. Tradycją stało się prowadzenie tzw. księgi wypraw. Istnieje ona od początku powstania ratownictwa. Na podstawie tych ksiąg powstały ciekawe lektury wydawane na rynku czytelniczym. Wydaje się, że ich treść jest na pograniczu powieści sensacyjnej. One najlepiej obrazują całą historię ratownictwa w Polsce na przestrzeni tych 100 lat.

Ile telefonów dziennie odbiera GOPR?

Jerzy Siodłak: Są to zazwyczaj dziesiątki telefonów w ciągu doby, które trzeba odebrać, zapisać, przeanalizować. Pamiętam kiedyś w sezonie zimowym w ferie, w weekend tylko w Beskidach potrafiło wydarzyć się 70 różnych wypadków.

W jaki sposób dokonujecie weryfikacji zgłoszeń? Czy jesteście w stanie ocenić na odległość stopień zagrożenia?

Jerzy Siodłak: Czasem ciężko jest to dokładnie rozszyfrować, jednak tutaj kłania się doświadczenie ratowników. Na podstawie rozmowy, sposobu mówienia, tego co sygnalizuje system można podjąć właściwą decyzję. Mieliśmy przypadek gdzie daliśmy się "wypuścić" i ruszyliśmy w góry, żeby komuś nieść pomoc, a potem okazało się, że telefon pochodził z "zakrapianej" imprezy. Sprawa skończyła się w sądzie, bo nie darowaliśmy tego. Nie chodzi o koszty, ale nie możemy sobie pozwolić na jakieś bezsensowne krążenie po górach, gdy ktoś w tym czasie może rzeczywiście tej pomocy potrzebować.

Czy trudno jest odnaleźć w górach zaginionego turystę?

Jerzy Siodłak: Kiedyś w schroniskach były tzw. książki wyjść. Jeżeli ktoś wybierał się, zwłaszcza w te wyższe partie gór, to wpisywał do takiej księgi godzinę wyjścia, cel wyprawy i godzinę powrotu. Wpisywało się dodatkowo tak zwany czas alarmowy, czyli czas ewentualnego spóźnienia. Dwie-trzy godziny po tym czasie kierownik schroniska lub dyżurujący ratownik sprawdzali kto nie wrócił i uruchamiano akcję poszukiwawczą. Dzisiaj, w dobie telefonii komórkowej, można zainstalować sobie na smartfonie odpowiednią aplikację. W Polsce jest to aplikacja "Ratunek", która działa w ten sposób, że gdy turysta który zaginął i potrzebuje pomocy lub informacji, naciśnie trzykrotnie guzik pojawiający się na ekranie smartfona, wtedy u nas w centrali widzimy na monitorach na podkładach mapowych dokładną jego lokalizację i możemy z nim nawiązać kontakt. Jeżeli ten człowiek jest sprawny, jego kondycja, warunki atmosferyczne na to pozwalają, to w takiej nazwijmy to bezpiecznej sytuacji, możemy wytłumaczyć mu gdzie jest i naprowadzić go na szlak. Tutaj ważna jest wspomniana przeze mnie wcześniej dobra znajomość gór. W sytuacjach niebezpiecznych natychmiast uruchamiamy ludzi i odpowiedni sprzęt, aby dotrzeć jak najszybciej do poszkodowanego.

Jak wygląda przygotowanie do akcji ratunkowej?

Jerzy Siodłak: W zależności od rodzaju akcji, czy jest to wypadek narciarski, czy zagubienie w górach, czy wypadek rowerzysty, zdarzenie w jaskini, czy ewakuacja pasażerów kolei linowej, bo i tego typu działania prowadzimy, stosujemy odpowiednie procedury i uruchamiamy ratowników, którzy specjalizują się w danej dziedzinie oraz sprzęt, który jest spakowany w ponumerowanych skrzyniach w szafach wyjazdowych. W takich sytuacjach wszystko dzieje się natychmiast. Jeżeli potrzeba większej ilości ludzi, mobilizujemy ratowników-ochotników, których dzisiaj jest w Polsce około 1300.

Do jakiego rodzaju zdarzeń najczęściej wzywany jest GOPR?

Jerzy Siodłak: Wszystko zależy od grupy regionalnej GOPR-u w Polsce. U nas w Beskidach, w związku z bogatą infrastrukturą ośrodków narciarskich 70% wszystkich zdarzeń to wypadki związane właśnie z narciarstwem, a pozostałe to turystyka piesza, rowerowa, spado i motolotniarstwo, nawet wypadki komunikacyjne. Przeciwieństwem grupy beskidzkiej może być np. grupa jurajska, która w ogóle nie zajmuje się ratownictwem narciarskim tylko wspinaczami i ludźmi chodzącymi po jaskiniach. W Bieszczadach znowu najczęściej zdarzają się wypadki związane z turystyką pieszą. Tamtejsi ratownicy pomagają także, zwłaszcza zimą, mieszkańcom odległych wiosek odciętych od świata. Karkonosze to znowu "turystyka sentymentalna", jak nazywają ją tamtejsi koledzy, ponieważ kiedyś były to rejony niemieckie i oprócz Polaków przyjeżdża tam bardzo dużo ludzi z całej Europy. Łatwość dostępu do grzbietu Karkonoszy powoduje ogromną frekwencję, a dodatkowo specyficzny, zmienny klimat skutkuje tym, że 90% akcji to zdarzenia związane z turystyką pieszą.

Która akcja ratownicza najbardziej zapadła w pańskiej pamięci?

Jerzy Siodłak: Pamiętam akcję, która miała miejsce wczesną wiosną w 1996 r. w okolicach Rysianki i Romanki. Otóż pewna para z Łodzi wędrowała sobie w warunkach jeszcze zimowych. Była piękna pogoda, godziny popołudniowe i pan, który zatrzymał się na chwilę za tzw. potrzebą po prostu zniknął. Jego partnerka mówiła, że szła powoli dalej i po dłuższym czasie, gdy ten pan do niej nie dotarł wróciła i tego człowieka już nie było. Powiadomiła kierownictwo schroniska na Rysiance i razem z dyżurnym ratownikiem kilka osób zaczęło go szukać. Niestety bez skutku. Nie było wtedy smartfonów więc nie mogliśmy go namierzyć. Rozpoczęliśmy więc wyprawę poszukiwawczą. Była wtedy piękna pogodna, gwiaździsta noc, bezchmurne niebo, a na nim widoczna słynna kometa Hyakutake. Wychodząc co chwilę ze schroniska i kierując działaniem ekipy poszukiwawczej, miałem cały czas przed oczami ten rzadki widok. Akcję nazwaliśmy wówczas "cudownym wniebowstąpieniem",  bo był człowiek i po prostu wyparował. Było to trochę niesamowite. Dopiero w godzinach rannych, pies Astor ze swoim przewodnikiem, odnaleźli tego człowieka na południowym zboczu Romanki. Był wychłodzony, podrapany i poturbowany. Okazało się, że się ześlizgnął się po zmrożonym śniegu.

Którą ze swoich akcji określiłby Pan jako najbardziej niebezpieczną?

Jerzy Siodłak: Były to działania, tym razem nie związane z górami, a mianowicie powódź w 1997 r. Lataliśmy wtedy cztery dni na dwóch helikopterach MI-2 ówczesnego Zespołu Lotnictwa Sanitarnego nad zalanym Raciborzem. Cały ten czas wisiałem na linie pod śmigłowcem. Najpierw dwa dni ewakuowaliśmy ludzi z dachów domów, okien, balkonów. Potem przez kolejne dwa dni, gdy woda zaczęła opadać, pozostałym ludziom dostarczaliśmy żywność, wisząc na 20 metrowej linie, wspomagani przez kolegów ze straży pożarnej. Dziennie wykonywaliśmy kilkanaście lotów ewakuacyjnych, bardzo trudnych technicznie, momentami bardzo ryzykownych i niebezpiecznych. Gdy się nad tym teraz zastanawiam, to nie wiem, czy dzisiaj podjąłbym to ryzyko. Bez doświadczenia, zgrania ratowników i pilotów, ogromnego zaufania oraz wcześniejszych treningów, takie działania nie byłyby możliwe. 

Wypadki śmiertelne. Czy przygotowuje się ratowników na takie sytuacje?

Jerzy Siodłak: Wypadki śmiertelne związane są z każdym rodzajem ratownictwa. Niewątpliwie są to traumatyczne chwile i nie można powiedzieć, że ratownik jest przygotowany na zderzenie ze śmiercią. To zawsze jest przeżycie, które zostawia w psychice trwały ślad. Dzisiaj służby ratownicze mają do dyspozycji nowoczesne wsparcie psychologiczne, mają na etatach psychologów. Pamiętam jeszcze nie tak dawno nie było mowy o tego typu pomocy. W Armenii, gdzie śmierć otaczała nas zewsząd, po tej ogromnej tragedii stosowaliśmy inne formy debriefingu, przyjęte głównie na Wschodzie. Ogrom tragedii i ilości ludzi, która wtedy zginęła, a były to tysiące osób w samym mieście Spitak, zapadły mi w pamięci do końca życia. My ratownicy zawsze idziemy po żywego człowieka, idziemy ratować poszkodowanego, nie biorąc pod uwagę, że ktoś tam może zginąć, a my nie udzielimy mu pomocy. Niestety tak się czasem zdarza, że mimo podjętych działań, mimo tego, że ratownicy walczą do końca bywają takie sytuacje i trudno się na nie przygotować. Na szczęście takich momentów w górach jest niewiele. 

Bywało że ktoś z tego powodu odszedł z ratownictwa?

Jerzy Siodłak: Nie znam takiej osoby, ale wiem, bo rozmawiałem nieraz z chłopakami jak przeżywali takie sytuacje. Zresztą biorąc pod uwagę mechanizmy psychologiczne to rozmowa na ten temat, wyrzucenie z siebie tych emocji, to są bardzo ważne elementy. O tym się mało mówi ale one mają ogromne znaczenie.

Spotykanie w górach kompletnie nieprzygotowanego do wyprawy turystę...

Jerzy Siodłak: Oczywiście są przypadki, że ktoś prowokuje nieszczęście i sam się prosi o guza. Jednak my przyjęliśmy dewizę, że jesteśmy głównie od ratowania.  W konkretnych działaniach nie obwiniamy, nie straszymy, nie obrażamy poszkodowanego. Wykonujemy ściśle swoje zadania i udzielamy mu pomocy. Później można ew. oceniać czy to było właściwe czy nie. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, o której powinniśmy pamiętać. Z pozycji ciepłego fotela łatwo jest nam oceniać daną sytuację i zachowanie kogoś w górach. Często jednak problemy przytrafiają się  ludziom nawet bardzo doświadczonym. Są takie sytuacje, których nikt nie jest w stanie przewidzieć - ponieważ góry są często nieobliczalne. To jest żywioł, to jest przyroda, występują tutaj rzeczy, które często nas zaskakują. To wszystko dzieje się przeważnie w konkretnym momencie. Gdy ratownicy docierają na miejsce, tego zagrożenia już nie ma i łatwo wtedy powiedzieć: po coś tu przylazł, sam prosisz się o nieszczęście. Zawsze do takiej oceny i krytyki podchodzę bardzo ostrożnie, bo sam otarłem się w górach o różne dziwne sytuacje, których nie przewidziałem

Jakie niebezpieczeństwa mogą zatem czekać na szlaku?

Jerzy Siodłak: Po pierwsze warunki pogodowe. Góry są bardzo kapryśne. Wobec zmieniającej się aury, meteorologom trudno jest prognozować nawet 48 godz. do przodu, a w górach pogoda jest jeszcze bardziej zmienna. Musimy się tez liczyć z tym, że z każdym metrem w górę spada temperatura, zmienia się wilgotność powietrza, nagle widoczność może być ograniczona nawet do kilku metrów. Są to tzw. niebezpieczeństwa górskie, o których większość z nas często nie wie lub nie zwraca na nie uwagi. Są problemy związane z ekspozycją, często nie wiemy nawet, że mamy lęk przestrzeni lub klaustrofobię dopóki nie pojawimy się nad urwiskiem lub we wnętrzu jaskini. Do tego dochodzi brak kondycji, jeżdżąc na nartach mamy nieprzygotowany sprzęt, zjeżdżamy po trasach, które są za trudne jak na nasze możliwości. To są elementy, które nas mogą zaskoczyć właściwie na własne żądanie. Ktoś kiedyś analizował wypadki w górach i podzielił je na zawinione i niezawinione. Mogę powiedzieć że 99% są to wypadki zawinione. Jeżeli widzimy że nadchodzi burza, a my jednak idziemy dalej, gdzie zagrożenie wyładowaniami jest znacznie większe niż w dolnych partiach na płaskim terenie, to sami prosimy się o problemy. Takim przykładem jest ostatnia tragedia na Giewoncie. Burza nie pojawiła się nagle, można było przewidzieć już na szlaku, obserwując niebo na horyzoncie. Wcześniej można się było zapoznać z prognozami i nie wybierać się w tym dniu w wyższe partie gór.

Jeśli już burza nas zaskoczy, jak powinniśmy się zachować?

Jerzy Siodłak: Powinniśmy absolutnie zejść z otwartych eksponowanych miejsc, odizolować się od podłoża wykorzystując plecak lub zwiniętą kurtkę, schować się w jakimś zagłębieniu w terenie. Jeśli znaleźliśmy się akurat w epicentrum należy uciekać od wystających elementów krajobrazu jak: słupów, metalowych krzyży coraz częściej pojawiających się na szczytach itp.

Jakie najczęściej błędy popełniamy, wybierając się w góry?

Jerzy Siodłak: Przed wyjściem w góry trzeba przede wszystkim zrobić rachunek sumienia własnego zdrowia i kondycji. Czasem mając problemy zdrowotne np. z układem krążenia, wsiadamy w jakąś kolejkę i pokonujemy różnicę wzniesień, często dość znaczącą w bardzo krótkim czasie. Wtedy taki skok ciśnienia może mieć dla nas nawet tragiczne skutki. Nie powinniśmy tego lekceważyć. Jeśli się wybieramy na jakieś eksponowane wyższe partie gór, przewidujemy bardziej forsowne marsze i wiemy, że chorujemy warto wcześniej skorzystać z porady lekarskiej. Jest to element niezbędny we wszystkich formach aktywności uprawianej w górach. Oprócz kondycji i stanu zdrowia powinniśmy być odpowiednio przygotowani i wyposażeni, czyli ubiór oraz zabezpieczenie w formie aplikacji alarmowych, o których wcześniej wspominałem. Gdyby się cokolwiek wydarzyło nie powinniśmy się wahać, tylko zasięgnąć informacji, zapytać, poradzić czy nawet zgłosić.

Jeśli zgubimy się w górach, a mamy tylko tradycyjny telefon, jak podać swoje położenie?

Jerzy Siodłak: Gdy mamy tylko tradycyjny telefon, bez możliwości zainstalowania aplikacji "Ratunek", to opisujemy ratownikowi skąd idziemy, jak długo i dokąd. Ratownik znający dobrze teren będzie wiedział, gdzie możemy być i może nas wyprowadzić na szlak lub sprowadzić ekipę ratunkową. Istnieją jeszcze tradycyjne metody wzywania pomocy znakami świetlnymi czy dymnymi jednak już prawie nikt dzisiaj ich nie używa. Dobrze jednak zawsze zostawić wiadomość choćby rodzinie, dokąd idziemy, na jaki szlak i o której lub kiedy mamy zamiar wrócić.

Jak postępować, gdy wędrując w dwójkę jeden z turystów ulegnie wypadkowi, a nie mamy możliwości wezwania pomocy, czy można zostawić poszkodowanego samego na trasie i iść po pomoc?

Jerzy Siodłak: Jeżeli nie ma żadnej możliwości komunikowania się i zostaniemy przy poszkodowanym to nie jest najlepsze rozwiązanie. Dzisiaj w naszych górach odległości na szczęście nie są tak duże. Średnio od schroniska do schroniska czas przejścia to ok. 2 godzin. W takich warunkach nie ma innego wyjścia jak jednak się rozdzielić i iść po pomoc. 

Na koniec złota rada dla turystów wybierających się w góry

Nie bójmy się korzystać z pomocy ratowników, dzwońmy do nich pytając o warunki bo to nie jest wstyd. Jeśli czujemy że coś jest nie tak, lepiej się wycofać niż brnąć, tworzyć i kumulować problemy. Jeśli zabłądziliśmy możemy poszukać np. potoku który wcześniej czy później gdzieś nas zaprowadzi. Jest to bardzo dobry sprawdzony "drogowskaz".

Jerzy Siodłak - naczelnik GOPR


komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz