Silni mimo przeszkód - rozmowa ze Sławomirem Krupa fot. Bartłomiej Budny - Kuloodporni

Silni mimo przeszkód - rozmowa ze Sławomirem Krupa

Prezentuję ostatni z cyklu wywiad w ramach akcji "Silni mimo przeszkód". Tym razem przedstawiam sylwetkę zawodnika „Kuloodpornych” Sławomira Krupy. Jednego z zawodników „Kuloodpornych”. Bardzo szczerze rozmawiamy o jego motywacji wstąpienia w szeregi drużyny, o samym wypadku oraz o życiu po wypadku.

Od jak dawna gra Pan w drużynie?

S.K.: W drużynie gram od kwietnia tego roku.

Pytanie z cyklu: „opowiedz mi swoją historię”.

S.K.: Dnia 4.03.2015 roku obudziłem się rano do pracy około godz. 4 i jakoś źle się czułem tego dnia. Powiedziałem do żony, że nie Idę dziś do pracy i wezmę urlop na telefon, lecz w ostatnim momencie przypomniało mi się, że obiecałem dzień wcześniej koledze z oddziału, iż zabiorę go do pracy autem, żeby czekał przy wylocie na trasę. Dzień wcześniej zatrzymałem się przypadkiem i zabrałem go do domu z pracy, bo stał na przystanku, kiedy wracałem. Kolega przecież mieszka niedaleko mnie. Mówię do żony, że przecież nie powiem chłopakowi, żeby jechał autobusem, bo nie zdąży. Za późno już było. Mówię, jak wstałem, tu już jakiś to przemęczę i pojechałem, mimo wielkiego zdziwieniu żony tym bardziej, że był początek roku i miałem wolne. Zaczęliśmy pracę o 6 rano. O godzinie 6:05 był wypadek. Zerwała się lina nośna ze stalowej tamy, pod którą przechodziłem. Gdy miałem przechodzić pod tą tamą, którą podniosłem do góry po zrobieniu kilku kroków tama się zerwała i zerwała bolec zabezpieczający. Spadła z ponad dwóch metrów tuż przede mną, uderzając o nogę i zatrzymując się na lewej stopie. W pierwszym momencie nie wiedziałem, co się stało. Usłyszałem wielki huk. Próbowałem odskoczyć, lecz było za mało miejsca i mnie złapało. Leżąc na ziemi widziałem, jak kolega lata i krzyczy, że tama się zerwała. Pobiegł po pomoc. Wtedy krzyczałem tak głośno i długo aż straciłem głos. Cały czas czekałem aż przebiegnie pomoc. Po wydawało mi się wieczności, nadbiegło dwóch kolegów i wisząc na brechach, kulkach próbowali podnieść tamę, aby choć trochę uwolnić mi nogę. W końcu się udało. Po pół godzinie przyjechał dopiero sanitariusz z kopalni w dresach. Z punktu medycznego na teren kopalni był 1 km, ale podróż karetką zajęła 30 min karetką parodia. Sanitariusz noszami przejechał mi po zmiażdżonej nodze. Nie mieli koca termicznego. Wenflonu nie umiał mi założyć. Morfinę wbił do kroplówki, a kroplówka leżała. Wynieśli mnie poza teren kopalni przed bramę do karetki i czekamy. Ja w bólu ryczę i pytam: „na co czekamy??” Usłyszałem odpowiedz, że na karetkę z miasta. Dopiero jak ta przyjechała, solidnie się mną zajęli. Przy czym nie szczędząc w słowach upomnieli sanitariuszy, którzy byli przy mnie i nic do tej pory nie zrobili. Po krótkiej chwili nic nie pamiętam. Następne, co pamiętam to szpital i po zabiegu wystające druty z nogi i zdecydowana informacja ordynatora. Proszę przygotować się na najgorsze” na amputację. Dwa tygodnie ogromnych cierpień podczas próby ratowania nogi, lecz nie przyniosła ona oczekiwanych skutków. Dostawałem morfinę co godzinę, a domięśniowo metanol i pyralginę dożylnie. Nic nie pomagało. To był koszmar. Nie uwierzyłbym, że tak mocno i długo może coś boleć, gdybym tego nie przeżył. Cały oddział na pewno zapamięta na długo to dwutygodniowe wycie. Po dwóch tygodniach lekarz przychodzi na wizytę i mówi, aby poczekać jeszcze tydzień. Pytam się, czy nie tniemy dziś, bo już mam dość. A on na to „w jakim miejscu? Jakbym się na tym znał…”. Protetyk, który siedział w pokoju przy mnie, oszalał. Mówił, że jeszcze czegoś takiego nie słyszał, żeby lekarz pytał pacjenta, w którym miejscu ciąć. Chcieli zostawić mi piętę, ale kazałem ciąć wyżej, bo nie będę dwa razy tego przechodził i dobrze zrobiłem. Jak się później okazało, wzięli wymaz z rany i wdał się gronkowiec. Podjąłem bardzo dobrą decyzję. Dziwny zbieg okoliczności. Na tym szybie miała być przeprowadzona coroczna rewizja przez urzędnika z wyższego urzędu górniczego. Jednak została przełożona z powodu choroby kontrolującego o 2 tygodnie. To nie miało prawa się stać. Kilka tygodni wcześniej złożyłem podanie w pracy o przyjęcie mnie do drużyny ratowniczej w celu poprawy zarobków. Jestem jedynym żywicielem rodziny mam żonę i dwie córeczki. Kilka dni po wypadku przyjechała do szpitala delegacja z pracy i dowiedziałem się, że odbyła się rekrutacja do drużyny ratowniczej i moja prośba została odrzucona z wiadomych celów. Usłyszałem na koniec tekst: „może tak miało się stać, może nie miałeś tam trafić, bo może byś gorzej skończył…”.

Co Pana skłoniło do tego, aby wstąpić do „Kuloodpornych”?

S.K.: Motywacji nie miałem żadnej. Po prostu wypadek odbił się na moim, jak i mojej rodziny zdrowiu. Miewałem bardzo często stany depresyjne. Odczuwałem totalną niechęć do życia. Gdy popatrzyłem na protezę i pomyślałem, że mam ją założyć, lepsze było leżenie całymi dniami a nawet zdarzało się, tygodniami w łóżku. Zero apetytu, byłem prawie warzywem. Nie wychylałem głowy spod kołdry. Dzieci prosiłem by wychodziły z pokoju i nie patrzyły na tatusia, kiedy tak źle wygląda. Nie widziały taty niekiedy po kilka dni. Tragedia. Pewnego razu gdy szedłem ulicą z dziećmi, zatrzymał się taksówkarz i podszedł do mnie widząc, że mam protezę. Dał wizytówkę i powiedział: „jak byś chciał grać w piłkę, to się odezwij”. Nie byłem wtedy gotów psychicznie i fizycznie też nie, ponieważ od momentu wypadku straciłem 20 kg. Jednak, po jakimś czasie pojechałem na stację BP zatankować i patrzę, że przede mną przesiadają się chłopaki w strojach piłkarskich z jednego auta do drugiego i odjechali. Mówię do żony: „zobacz, jeden z nich mnie zaczepił i zapytał, czy nie chciałbym grać z nimi. Nie zastanawiając się wyjąłem paragon, bo nic innego nie miałem. Napisałem krótko: „proszę o kontakt, wcześniej poznaliśmy się i dałeś mi kiedyś wizytówkę”. Podałem swój numer telefonu. Zajechaliśmy do domu i czekałem. Było późno i myślałem, nie zadzwoni aż tu nagle telefon. Dzwoni Wiesiek. Przeprasza, że tak późno dzwoni, ale dopiero wrócił z treningu. Trochę pogadaliśmy. Umówiliśmy się na następny dzień na kawę. Następnie, przedstawił mi jak to wygląda i zdecydowałem się pojechałem na pierwszy najbliższy trening i tak się zaczęło.

Czym jest dla Pana możliwość grania w takiej drużynie?

S.K.: Jest czymś, z czego w mojej sytuacji mogę być dumny. Patrząc codziennie na dwunożnych pijących u mnie pod oknami i nie robiących nic innego w swoim życiu, jak tylko obserwowanie innych, jestem dumny, że nie mam nogi i uprawiam taki wyczerpujący sport.

Coś od siebie dla innych. Jak przekonać nieprzekonanych z dysfunkcjami do działania i aktywności sportowej?

S.K.: Dajcie się zaangażować w jakiś sport. To stawia na nogi. Buduje tężyznę i wzmacnia psychicznie. Świadomość przynależności do grupy, odczucie, że jesteś potrzebnym, że ktoś na ciebie liczy i że nadal jesteś wartościowym człowiekiem jest potrzebne i dostaję to poczucie w „Kuloodpornych”.

Bardzo dziękuję za szczerą rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

Czytany 138 razy
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…