Pożegnanie największego jałmużnika Podbeskidzia

Gdy w czerwcu nasza redakcja została zaproszona na skromną uroczystość jubileuszu 83 urodzin Prezesa Tadeusza Cozac, nikt nie przypuszczał że są to urodziny ostatnie. Jubilat w sposób skromny, aczkolwiek wypływający z głębi serca, chciał uczcić i docenić zaproszonych gości za zaangażowanie i pomoc, jaką zawsze starali się udzielać mu podczas jego niełatwej misji. 

Kilku przedstawicieli lokalnych władz, duchowieństwa, oświaty oraz współpracownicy i przyjaciele. W tym samym miesiącu kolejne spotkanie w biurze Towarzystwa miało zaowocować cyklem wywiadów - jak się okazało zdążyliśmy urzeczywistnić jedno spotkanie. Rozmawialiśmy ponad godzinę o jego życiu, początkach pracy z ubogimi, o jego trudzie kwestowania i satysfakcji Z osiąganych celów.

Towarzystwo Przyjaciół im. Św.Brata Alberta powstało w 1989r. Miał Pan już wtedy 57 lat. Jak zrodził się pomysł założenia takiej instytucji?

Do mojej chorej mamy w każdy pierwszy piątek przychodził ksiądz z parafii w Leszczynach i kiedyś przyniósł obrazek Brata Alberta. Schowałem go do szuflady. Co jakiś czas wyciągałem go i wkładałem powrotem. Moim patronem był w tych latach Maksymilian Maria Kolbe. Dlaczego ? Z powodu mojego ojca, który aresztowany przez gestapo został rozstrzelany na ścianie śmierci bloku 11 w obozie Auschwitz. Ufundowałem mu 4 obrazy aby opiekował się moim ojcem. Któregoś dnia stanąłem przed obrazem Maksymiliana Kolbe i powiedziałem „chciałem cię przeprosić ale od dzisiejszego dnia będę współpracował z bratem Albertem”. Tak mu powiedziałem i tak się stało. Początki były bardzo trudne. Zaczynaliśmy na ulicy Komorowickiej na poddaszu, w niewielkim pomieszczeniu w bardzo ciężkich warunkach. Pamiętam jak stanąłem na środku zrujnowanego pomieszczenia i powiedziałem „Bracie Albercie wystawiasz mnie na tak ciężką próbę, ale obiecuję że cię nigdy nie zawiodę” I tak jest do dziś. Zaczął się remont, pracowałem w Niemczech aby zdobyć na niego pieniądze. W grudniu 1989 r. na ulicy Partyzantów podczas jednego z zebrań i ja zabrałem głos -“Korzystając z obecności wojewody proszę Pana o likwidację sklepu spożywczego przy ulicy PKWN gdyż chcieliśmy zrobić tam stołówkę.” - powiedziałem. Po kilkunastu dniach zadzwonił telefon od prezesa PSS, mojego przyjaciela. Powiedział tylko “Idź na PKWN właśnie wywozimy towar ze sklepu, powiedz co chcesz aby Ci zostawić.” Przyszedłem na miejsce, mury spleśniałe i kolejne pytanie co dalej. Rano poszedłem na stary rynek, do WPHW, dyrektorem był Pan Czesław Kastelik, znałem go tylko z gazet. Stałem pod jego gabinetem od 7 rano. “Dostaliśmy lokal, trzeba tam dużo zrobić i tak sobie myślę, czy Pan by mi nie pomógł.” Zadzwonił i pomógł zorganizować ekipę remontową. “A pieniądze Pan ma” - zapytał mówię że nie mam. Wie Pan co, koszty, które Pan musi ponieść zapłacę w całości, ale do końca roku musi Pan dać 50 %. Da Pan radę? - zapytał - dam odpowiedziałem. Tak się zaczęło i trwa do dziś. Na początku do stołówki przychodziło tylko 30 ludzi gotowaliśmy w jednym garnku. No tak, przecież wtedy oficjalnie nie było biednych i bezdomnych.

To duże szczęście, że trafiał Pan na życzliwych ludzi.

No i jeszcze - przerwał Pan Tadeusz - wskazując znacząco w górę.

Oczywiście była jeszcze interwencja patrona. Stołówka jest na PKWN, Biuro zarządu też zostało przeniesione tutaj i co dalej?

Przyszła mi do głowy kolejna myśl - łaźnia. Wbrew zdaniu części zarządu powiedziałem „może zarząd powiedzieć że nie będzie łaźni a ja mówię, że będzie”. Dzisiaj właśnie jest pogrzeb architekta, Pana Górnego, który w krótkim czasie zrobił projekt, zupełnie za darmo. W maju 1995 roku zaczęliśmy kopać fundamenty, a za 7 miesięcy biskup Rakoczy dokonał poświęcenia. Dziś nie do zrobienia w tak krótkim czasie. Po jakimś czasie dobudowaliśmy dodatkowe pomieszczenia, gdzie magazynowane są ubrania dla bezdomnych. Nie obyło się bez problemów ze strony najbliższego sąsiedztwa (skargi trafiały do samego prezydenta).

Czy z jadłodajni i łaźni mogą korzystać wszyscy?

Część to ludzie przysyłani z MOPS-u, a reszta to przypadkowi potrzebujący. Razem około 600 obiadów dziennie. Skąd płynie największa pomoc finansowa? Miasto daje 270 tysięcy wsadu do kotła na rok. Utrzymanie pracowników, wypłaty i zus, drobne remonty, paliwo na samochód - na to wszystko muszę znaleźć pieniądze sam. Są jeszcze firmy które od czasu do czasu także nas wspomagają, ale one wolą pozostać anonimowe. Nasuwa się więc teraz pytanie, jak Pan, Panie Tadeuszu to robi? Kwestuję. Przez te lata jak z grubsza policzyłem osobiście stałem 760 niedziel, oczywiście stali też inni. Nie tylko w Bielsku, ale także w innych parafiach diecezji bielsko-żywieckiej. Czy ludzie chętnie dają pieniądze? Kiedyś tak, dzisiaj społeczeństwo jest bardziej ubogie i teraz kwesty są znacznie skromniejsze. Ponieważ jednak mamy wspaniałego patrona on zawsze coś „wykombinuje”. Nie możemy nie wspomnieć o koncertach charytatywnych.

Co w najbliższych planach?

17 październik - to termin kolejnego koncertu, kto wystąpi to na razie tajemnica. Kolejny termin to styczeń, wstępnie uzgodniony z dyrekcją BCK-u. Będę jeszcze rozmawiał z dyrektorem szkoły muzycznej. Owocem współpracy z bielskim BCK-iem są coroczne imprezy dla dzieci z okazji Dnia Dziecka i Mikołajek. Ta impreza dla dzieci na Dzień Dziecka trwa już 36 lat, nawet w stanie wojennym, przy udziale wojska, także były te spotkania. Tak że w sumie tych dzieci trudno policzyć, ale tak z grubsza licząc 50 tysięcy dzieci, oczywiście to tylko te które były w BCK-u, tam się mieści 500 dzieci. Natomiast paczek robimy zawsze ponad 1000. Czyli proszę sobie wyobrazić ile tych paczek było 36 lat razy tysiąc i razy dwa dzień dziecka i Mikołaj. Paczki robimy sami.

Nie dziwi mnie zatem otrzymany przez Pana od dzieci Order Uśmiechu. Czy ma on dla Pana szczególne znaczenie?

To wyjątkowe odznaczenie, taki order miał Ojciec Święty i Matka Teresa z Kalkuty. Tego nie można kupić ani zamówić to trzeba po prostu dostać, dostaje się to od dzieci. Pamiętam to była piękna impreza w Katowicach, tam trzeba było tę cytrynkę wypić - odpowiedział z uśmiechem nasz rozmówca.

W trakcie rozmowy poprosiłam Pana Tadeusza, aby opowiedział o swoich medalach i wyróżnieniach, jakie zgromadził przez cały okres swej działalności. Zgodził się i nie ukrywał, że jest z nich dumny, aczkolwiek nie one były celem jego pracy i życia. Otrzymanie z rąk prezydenckich Srebrnego i Złotego Krzyża Zasługi, wpis do Księgi Zasłużonych dla miasta Bielska-Białej, uhonorowanie Beskidzkim Aniołem Sukcesu świadczyły jedynie o tym, iż jego praca na rzecz ludzi biednych, bezdomnych i chorych została doceniona przez najwyższe władze. Kryształowe Serce, Order Uśmiechu i wreszcie ostatni medal, przyznany w tym roku “Serce dla Serca”, są niewątpliwym potwierdzeniem, iż trud prezesa Towarzystwa im. Św. Brata Alberta docenili zwykli ludzie.

Na pożegnanie otrzymałam od Pana Tadeusza zapewnienie iż chętnie spotka się na kolejną rozmowę. Niestety było to nasze ostatnie spotkanie.

Czytany 143 razy
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…