Mysikrólik - na pomoc dzikim zwierzętom

Znajdujemy się w jedynym na Podbeskidziu miejscu, gdzie schronienie i opiekę znajdują dziko żyjące zwierzęta, poszkodowane przez człowieka, osierocone, pogryzione przez psy, poranione w wypadkach samochodowych. Schronisko „Mysikrólik”, przy ulicy Admiralskiej 10 , którego założycielami i właścicielami są Agnieszka i Sławek Łyczko, ma spełniać, jak sami twierdzą, trzy funkcje: pomagać ludziom, odbierając od nich ranne zwierzęta, mają oni w tym momencie świadomość, iż zwierzę trafi w dobre ręce, nieść pomoc rannym zwierzętom, na ile tylko to jest możliwe oraz ma edukować społeczeństwo, w celu uświadomienia ludziom, jak prawidłowo postępować z dzikimi zwierzętami.

Przewagę stanowią ptaki - osierocone pisklęta lub dorosłe osobniki, które ucierpiały bądź to w zderzeniu z cywilizacją lub zostały poranione przez psy lub koty. Mały króliczek, kuna, dwie sowy - to tylko niektórzy z dzikich kuracjuszy ośrodka, który czekają na moment, gdy osiągną dojrzałość i rozpoczną samodzielne życie na wolności. W osobnych pomieszczeniach znajdują się wiecznie głodne pisklęta kosów i innych ptaków, tu.rolę zastępczej mamy pełni Pani Agnieszka. W ośrodku prawdopodobnie na dobre zagościł lisek Zdzichu, który na wołanie Pana Sławka podbiegł do siatki wesoło merdając ogonem. Wyraźnie zapraszał do zabawy. Ponieważ jednak nie można do końca ufać lisiej naturze Zdzichu, który zachowuje się jak miły piesek, musi przebywać w zamknięciu. Na terenie schroniska przebywa na dzień dzisiejszy około 30 kuracjuszy, liczba ta jednak nie jest stała, gdyż cały czas „coś się dzieje”. Mimo natłoku zajęć udało nam się porozmawiać ze Sławkiem i Agnieszką.

Naszych czytelników zainteresuje niewątpliwie geneza powstania ośrodka, skąd wziął się pomysł?

Sławek: Wszystko zaczęło się banalnie mówiąc z miłości do zwierząt, zwłaszcza dzikich zwierząt. Zamiłowanie wyniesione z dzieciństwa. Na początku był klub ornitologiczny i obserwacja dzikiej przyrody, uważałem jednak, że to zbyt mało. Chciałem tym zwierzętom pomagać, gdy zachodziła potrzeba. Aby czynić to legalnie i zgodnie z prawem postanowiliśmy w 2014 roku uzyskać oficjalne zezwolenie na utworzenie ośrodka, w którym mogłyby przebywać dzikie zwierzęta. Mały szum medialny wywołany wtedy wokół nas, stworzenie strony internetowej, spowodowały, że zaczęło się pojawiać coraz więcej zwierząt, ludzie zaczęli dzwonić do nas i informować nas o swoich „znaleziskach”. Opieka nad zwierzętami wymaga nie tylko poświęcenia czasu ale także wiąże się z kosztami.

Jak radziliście sobie na początku pod tym względem?

Sławek: w 2014 roku udało nam się uzyskać pewne fundusze w ramach budżetu obywatelskiego. Nie był to nasz indywidualny projekt, byliśmy niejako podczepieni pod wspólny projekt, rozpisany na całodobową opiekę nad dzikimi zwierzętami. Dzięki głosom mieszkańców naszego miasta przez dwa lata otrzymywaliśmy około 2000 zł miesięcznie. Próbowaliśmy ponowić nasze starania także na rok 2016, niestety nie uzyskaliśmy wstępnej akceptacji merytorycznej projektu. Na dzień dzisiejszy możemy więc liczyć na siebie i na dobrą wolę ludzi, którym zależy na losie zwierząt.

Niedawno założyliście fundację, jakie plany wiążecie z tym faktem?

Sławek: Miesiąc temu założyliśmy fundację " MYSIKRÓLIK - NA POMOC DZIKIM ZWIERZĘTOM ", która działać będzie przy ośrodku. Mamy nadzieję, iż dzięki temu będziemy nieco inaczej postrzegani i uda nam się pozyskać różnymi drogami środki finansowe na bieżące działania i być może rozwiniecie ośrodka, co nie ukrywam jest naszym marzeniem. Nie chcemy liczyć na pomoc gminnych i miejskich urzędników, którzy jak wiemy z doświadczenia, nie są skorzy do takiej pomocy.

Czy obok działań związanych z ratowaniem życia dzikich zwierząt macie w swoich planach misję edukacyjną?

Sławek: Jako członek polskiego stowarzyszenia „Nasze jeże” z Białegostoku, uczestniczyliśmy w prelekcjach na temat ochrony tychże zwierząt. Chcielibyśmy jednak rozszerzyć swoje działania pod szyldem „Mysikrólika”. Pierwsza prelekcja z żywymi zwierzętami odbyła się w przedszkolu Miś na ulicy Krakowskiej. Planujemy, w miarę oczywiście jak pozwoli nam czas, odwiedzać przedszkola, szkoły, aby uświadamiać najmłodszych, jak postępować ze znalezionymi dzikimi zwierzętami, a przede wszystkim, jak je rozpoznawać. Współpracujemy ściśle ze strażą pożarną, która wielokrotnie uczestniczyła w ratowaniu zwierząt z opresji. Odbieramy telefony także od straży miejskiej z pytaniami dotyczącymi kwestii znalezionych zwierząt, zwłaszcza tych “niebezpiecznych” - widzimy więc także potrzebę przeprowadzenia prelekcji w tych instytucjach.

Przyjmujecie pod swój dach poranione i pokrzywdzone dzikie zwierzęta. Jak odbywa się cała procedura ktoś dzwoni, zgłasza fakt i co dalej …

Sławek: Tak jak piszemy na swoich ulotkach zanim zabierzesz zwierzę - zadzwoń. Nie każdy wie, jak zachować się wobec dzikiego zwierzęcia, czy w każdym przypadku występuje konieczność jego zabrania, tak dzieje się np. w przypadku piskląt ptaków. Nie zawsze znalezione pisklę wymaga zabrania z miejsca, w którym się znajduje, dlatego tak ważny jest wywiad wstępny. Ważne jest, aby odpowiedzi na pytania dzwoniącego były poparte wiedzą. To też robimy. Przykład - jak mantrę powtarzamy dzwoniącym do nas ludziom, interweniującym w sprawie znalezionych piskląt, że ich obecność poza gniazdem to zjawisko zupełnie naturalne i wynikające z faktu, iż w ten sposób chronią się przed drapieżnikiem, mając większe szanse na przeżycie poza gniazdem niż w środku. Jest wiele symptomów świadczących o złym stanie ptaka, ale powtarzam, odpowiedzi na takie pytania musi udzielić osoba kompetentna.

Jakiej pomocy medycznej jesteście w stanie udzielić przywiezionemu zwierzęciu?

Sławek; Z wykształcenia jesteśmy technikami weterynarii, więc nasza wiedza pozwala nam na udzielenie zwierzęciu pierwszej pomocy (zastrzyki, opatrunki itp.) oczywiście każdy przypadek konsultujemy z lekarzem weterynarii, który jeżeli jest taka potrzeba, pojawia się od razu na miejscu. Ośrodek nasz współpracuje ściśle z gabinetem weterynarii Med-Wet z Bielska-Białej przy ulicy Piastowskiej. Doświadczenie i zdobyta wiedza pozwala nam na dokonanie oceny, czy zwierzę wymaga interwencji i przywiezienia do ośrodka, czy też jego zachowanie jest zupełnie naturalne.

Jacy najczęściej pacjenci trafiają pod dach schroniska?

Sławek: Najczęściej są to ptaki, ze względu na to, że jest ich najwięcej gatunkowo. Są to zazwyczaj ptaki żyjące wokół nas kosy, wróble, sikorki itp. Często są to osierocone pisklęta i wtedy na nas spoczywa obowiązek ich odchowania, aby były zdolne do samodzielne- go życia. Zdarzało się, że trafiało do nas dziennie od 5 do 10 zwierząt, co ewidentnie świadczy o konieczności istnienia ośrodka. Pracy jest więc mnóstwo.

Czy zdarza się, że wasi podopieczni stają się zbyt “oswojeni” i nie chcą opuścić bezpiecznego schronienia?

Sławek: Sprawując opiekę nad zwierzęciem podejmujemy się jego odkarmienia i odchowania, często rehabilitacji, ale także musimy przystosować go do powrotu do jego naturalnego środowiska. Nawet jeżeli przez jakiś czas ptak je nam z ręki, to jego dzika natura ostatecznie zwycięża. Wyjątkiem na dzień dzisiejszy jest Zdzisek - lisek, który trafił do nas z Wisły. Musiał być oswojony już wcześniej, gdyż na mój widok wesoło merdał ogonem. Trudno było by ponownie go “zdziczyć”. Sądzimy, że zostanie z nami dłużej, o ile obieca, że nie będzie polować na innych “kuracjuszy”.

Czy opieka nad dzikimi bądź co bądź zwierzętami niesie za sobą jakieś zagrożenia.?

Sławek: Zagrożenia to być może zbyt duże słowo, wiadomo że z drapieżnikami trzeba postępować ostrożnie, trzymając się na dystans. Brak odpowiedniego zabezpiecze- nia może natomiast zakończyć się „boleśnie”, tak jak było w przypadku sowy, która potrafi dość mocno zacisnąć swoje szpony, wkłuwając się boleśnie w rękę. Inny niepozorny ptaszek grubodziób, który dziobem potrafi roztrzaskać pestkę wiśni, potrafi także mocno ścisnąć palec.

Jak wygląda wasz codzienny dzień, jak godzicie pracę zawodową z tym co robicie w schronisku?

Sławek; Obydwoje pracujemy, więc to co robimy w ośrodku, robimy po pracy i w weekendy. Często zdarza się że doba kończy się o pierwszej w nocy. Dwa razy dziennie podajemy zwierzętom posiłki, tym które wymagają szczególnej opieki podajemy leki. W karmieniu wiewiórek i popielic pomaga nam moja mama. Zdarza się, że Agnieszka zabiera ze sobą pisklaki do pracy. Ciężkie przypadki pozostają w ambulatorium weterynaryjnym.

Wiemy już, że możecie liczyć na pomoc wrażliwych ludzi, czy możecie liczyć na pomoc urzędów gmin, skąd najczęściej pochodzą ranne zwierzęta? 

Sławek: Z miasta Bielska-Białej nie otrzymaliśmy ani złotówki, kwoty którymi dysponowaliśmy w ramach realizacji projektu z budżetu obywatelskiego, trafiły do nas dzięki woli mieszkańców naszego miasta, biorących udział w głosowaniu. Jeżeli trafia do nas poranione zwierzę z terenu określonej gminy podejmujemy czasami starania otrzymania zwrotu kosztów jego leczenia i rehabilitacji z urzędu. Niestety nie zawsze kończy się to sukcesem. Być może przyczyna tkwi w braku jasno i wyraźnie sprecyzowanych przepisów dotyczących ochrony dzikich zwierząt. O ile w kwestii psów i kotów przepisy wyraźnie określają zadania własne gmin, to w kwestii dzikich zwierząt sprawa nie jest prosta. Mówiąc krótko, wszystko w zasadzie zależy od podejścia urzędników. Z większym zrozumieniem spotykamy się w przypadku interwencji wobec większych zwierząt typu dzik, lis, kuna, niż w momencie ratowania życia małego kosa czy wróbelka.

Z ilości telefonów z prośbą o interwencję wynika, iż istnienie ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt jest w pełni uzasadnione. Mamy nadzieję, iż ze Sławkiem i Agnieszką spotkamy się jeszcze nie raz. Dziękujemy za rozmowę Dla tych wszystkich, którym nie jest obojętny los pokrzywdzonych zwierząt podajemy numer konta Fundacji.

FUNDACJA MYSIKRÓLIK - NA POMOC DZIKIM ZWIERZĘTOM NR KONTA 86 1540 1261 2010 3452 2200 0001 wsparcie ośrodka "Mysikrólik”

Czytany 114 razy
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…