Baśń, albo nowe sklepy cynamonowe

Południe. Dzień powszedni. Gwar. Tłok na głównej ulicy wielki. Niebezpieczny dla nieostrożnych, nieletnich lub zawianych. Woźnica nie patrzy jak jedzie, ma w nosie wszystko. Zresztą nie da się zatrzymać w miejscu ciężkiego załadowanego po brzegi wozu. Bruk aż tętni od podkutych kopyt, metalowych obręczy kół, obcasów przechodniów i gołych pięt rozbrykanych i rozwrzeszczanych dzieciaków.

Stojące wysoko słońce, nagrzewa czarną papę dachów, skutkiem czego atmosfera ciasnej, zakurzonej i tłocznej ulicy gęstnieje jeszcze bardziej, a do wszystkich tych ciepłych zapachów wczesnej jesieni dołącza woń smoły i drewna. Pod sklepem Feinera mieszczącym się w niewysokiej, krytej stromym dachem kamienicy zebrała się grupka mężczyzn. Nie jest zbyt gorąco, ale oni, pamiętając żar niedawnego lata i tak za chwilę wychylą kufel lub dwa w nieodległej gospodzie. Tuż przy krawężniku stoi mały, drewniany wózek. Czy przywiózł nową dostawę tektury i gładkiej skóry dla mającego tu swój warsztat introligatorski Moritza Mücklera? A może towar do istniejącej tutaj od ponad piętnastu lat drogerii Feinera? Wystarczy uchylić drzwi jego sklepu, aby na ulicę buchnęła symfonia stu zapachów...

Po przeciwnej stronie "Cesarki", opodal wylotu Tiefegasse, tuż przy ogrodzeniu niepozornej, ale starej, ponad stuletniej kamienicy, zebrał się jeszcze większy tłumek gapiów, zaaferowanych niecodzienną atrakcją, jaką zafundował im przygotowujący się do zrobienia zdjęcia fotograf. Nieco dalej, w perspektywie ulicy, w narożniku Franzensplatz i Hauptstrasse widać inny, dość spory, ale także wiekowy dom. Stoi tu już od prawie stu lat. Należy do Michaela Neumanna.

Dziwne jest to zdjęcie. Dziwna perspektywa. Niby znajoma, a jakaś obca. Pozornie swojska, a przecież zupełnie nieznana. Oczywiście... Tego budynku już nie ma. Od stu dziesięciu lat istnieje już tylko w przestrzeni papierowego świata pocztówek i starych, nadgryzionych zębem czasu fotografii. Tak, cały ten nieznany i bliski jednocześnie kosmos, który wychyla się ze starych fotografii, cały ten niespodziewany wszechświat końca XIX wieku patrzący z poplamionego papieru, jest niewiarygodny w swoim wyrazie. Patrzę na tę ulicę, którą codziennie przemierzam w drodze do pracy i, chociaż mam wrażenie, że znam ją doskonale, że poznaję układ tych kamienic, linie bruku, chodników, gzymsów i parapetów, że znajome są mi wszystkie załomy i wzajemne płaszczyzny kamienic, to jednak tak naprawdę nic na tym zdjęciu nie jest takie, jakie znam.

Tymczasem jednak cały ten krajobraz schyłku dziewiętnastego stulecia, tchnie jakimś niezwykłym klimatem. Zapyziałym, prowincjonalnym, zapadłym... A przecież dziwnie znajomym. Zza narożników, z okien, sponad dachów tych starych domów wypływa jakaś nie do końca określona aura ni to historii, ni to baśni. Tak. To słowo właśnie tutaj, w tych czarno-białych i sepiowych klimatach wydaje się być szczególnie na miejscu: Baśń. Czasy odległe jak legenda, wypieszczone w marzeniach i nielicznych wspomnieniach. One naprawdę są jak bajka, dotyczą tych samych kamieni i drzew, choć opowiadają o ludziach, których nigdy nie widzieliśmy na oczy, z którymi w życiu nie zamieniliśmy nawet słowa. Ale my wiemy, że oni byli, że chodzili tymi ulicami, oddychali tym powietrzem. Dowody na to leżą przed nami.

Błogi spokój... Hauptstrasse. Najważniejsza komunikacyjna arteria tamtego świata. Jeszcze cicha, jeszcze nietknięta ulicznym chaosem. Jeszcze senna i leniwa. Ciszy nie zakłóca ani pokrzykiwanie majstra nadzorującego wyładunek przy zabudowaniach Fränkla, ani rżenie zmęczonych koni. Nawet wrzaskliwi dotąd chłopcy zamarli bez ruchu patrząc ciekawie a bezczelnie prosto w obiektyw. Każdy z nich w kusych portkach i w kapeluszu na głowie. Boso, ale z fasonem... Dwie kobiety po dwóch stronach ulicy przystanęły, żeby zamienić słowo. Nikomu nie przeszkadzają końskie placki na bruku. Niebawem znikną. Ciepły wieczór, przepełniony będzie aromatami płynącymi z lipnickich ogrodów i z otwartych okien kuchni.

Ja wiem, że to tylko moja wyobraźnia, ja wiem, że idealizuję bezkrytycznie ten świat, który odszedł, czepiając się każdego, najmniejszego nawet okrucha, który wydobywa na światło dzienne tamten czas. Wydobywa i pokazuje prawdę o kształtach, zapachach, zdarzeniach i chwilach, które już nie wrócą. Wiem. I mimo to nie potrafię przestać. Kiedy patrzę na te dokumenty nieistniejącego już świata, mam wrażenie, że gdzieś z oddali, jak przez mgłę, słyszę mistrza Schulza...

"Stare domy, polerowane wiatrami wielu dni, zabawiały się refleksami wielkiej atmosfery, echami, wspomnieniami barw, rozproszonymi w głębi kolorowej pogody. Zdawało się, że całe generacje dni letnich (jak cierpliwi sztukatorzy, obijający stare fasady z pleśni tynku) obtłukiwały kłamliwą glazurę, wydobywając z dnia na dzień wyraźniej prawdziwe oblicze domów, fizjonomię losu i życia, które formowało je od wewnątrz. Teraz okna, oślepione blaskiem pustego placu, spały; balkony wyznawały niebu swą pustkę; otwarte sienie pachniały chłodem i winem."

Czytany 422 razy
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…