O mieście, co nie chciało Wandy

Był rok 1962. Pewnego zimnego styczniowego dnia, do zamkniętego już od jakiegoś czasu budynku kinoteatru "Wanda" weszła ekipa remontowa. Remont, jaki zobowiązana była wykonać miał obejmować jedynie wymianę instalacji elektrycznej i centralnego ogrzewania, a jednak modernizacja, obliczona w czasie na kilka ledwie tygodni, przedłużała się. Kina, mimo zapewnień, nie otwarto ani wiosną, ani latem, ani nawet na jesieni tego roku. Drzwi "pod czerwonym daszkiem" były zamknięte na głucho. I stan ten trwał długo. Bardzo długo. Siedem lat.

Cała sprawa - jakże charakterystyczna dla ówczesnych realiów, jakże częsta w tamtych latach - spotkała się jednak ze szczególnym zainteresowaniem regionalnej prasy, która na własną rękę przeprowadziła małe śledztwo dziennikarskie. W rok po zamknięciu placówki, ustalono, że wokół remontu nawarstwiło się wiele niedociągnięć i uchybień zatrącających o celowe działanie. Słowem remont "Wandy" okazał się grubą aferą.

Wspomniana brygada remontowa weszła do budynku z poruczenia inżyniera Maśki z Wojewódzkiego Zarządu Kin w Katowicach. Stało się to jednak bez informowania o tym władz naszego miasta. Sytuacja była delikatna. Kierownik Wydziału Budownictwa Miejskiej Rady Narodowej w Bielsku-Białej, inżynier Niemkiewicz natychmiast, jeszcze w styczniu 1962 r. zażądał wstrzymania prac i dostarczenia planów remontu. Prace wstrzymano, plany dostarczono. I wtedy dopiero zaczęła się niezła polka. Plany okazały się wykonane wadliwie, obliczenia wytrzymałości poszczególnych fragmentów budynku (szczególnie dachu) wzięte z kapelusza, a ekipa zatrudniona przez WZK nie posiadała właściwych uprawnień do wykonywania podobnych robót. Czy to ją powstrzymało? Skąd!

Wizja lokalna przeprowadzona wewnątrz obiektu wykazała, że ekipa w ciągu rekordowo krótkiego czasu dwóch dni(!) zdążyła już zryć od środka cały obiekt. Zerwano podłogi, zburzono liczne ściany działowe (do dziś nie wiadomo po co) i wypruto instalacje. Zdemontowano nawet część sufitu! Zarządzona przez Niemkiewicza ekspertyza techniczna wykazała, że stan budowli, a w szczególności więźby dachowej grozi katastrofą budowlaną. Sprawa była poważna o tyle, że w niedługim czasie miano zacząć montować nowy podwieszany sufit akustyczny, którego instalacja w tym stanie rzeczy mogła (jakie tam "mogła" - musiała!) spowodować tragedię.

Sprawa oparła się o katowickie władze. Dyrektor techniczny Wojewódzkiego Zarządu Kin, Józef Pająk został zobowiązany do przedstawienia jeszcze w marcu nowej dokumentacji technicznej remontu, wykonanej (za kwotę 1,5 mln złotych) przez Katowickie Biuro Projektów. Jeszcze wiosną 1963 roku wydawało się, że kino da się uratować, że na jesieni, podczas obchodów 700-lecia miasta, kino zostanie otwarte.

A jednak... Cała tajemnicza i mocno zagmatwana sprawa kinoteatru miała swój późniejszy, drugoplanowy, ukryty bieg gabinetowy. Bieg, który sugeruje zupełnie inny powód zburzenia "Wandy". Rozpędzona, upartyjniona machina administracyjna skutecznie zablokowała działania Miejskiej Rady Narodowej. Upór Wojewódzkiego Zarządu Kin okazał się mocniejszy niż upór władz miasta. Nie pomogła nawet interwencja Prokuratury Powiatowej w Bielsku. W lutym 1963 r. prokurator bielski wystosował do dyrektora Wojewódzkiego Zarządu Kin pismo z żądaniem jak najszybszego ustalenia winnych zaniedbań i wyciągnięcia w stosunku do nich konsekwencji. Grzeczną odpowiedź o planowanym na wrzesień zakończeniu prac nad dokumentacją dyrektor Witold Burkacki przesłał prokuraturze łaskawie... po siedmiu miesiącach, końcem sierpnia. Pan Burkacki pisał: "Z naszej strony czynione są usilne starania w kierunku przyspieszenia terminu opracowania dokumentacji wykonywanej przez Sp. Pracy "Technoplan", oddział w Gliwicach."

Jak łatwo przewidzieć, winnych nie ukarano, konsekwencji nie wyciągnięto. Dokumentacja? Rzecz jasna nie była gotowa, jak obiecano, we wrześniu. We wrześniu następnego roku także nie. Ba! Nawet nie zaczęła powstawać!

I to jest zastanawiające. Upór w powstrzymywaniu się od prac zmierzających do naprawy sytuacji dziwi, ale i jest pewną wskazówką co do intencji. Zresztą nic dziwnego - podsycany wizją tajemniczych zysków zarząd kin już kilka lat wcześniej rozpoczął proces wygaszania działalności wielu kin województwa (często był to proces przekazywania innym instytucjom kulturalnym, przykładem jest choćby kino "Capitol"/"Słońce" w Katowicach). Być może właśnie tutaj trzeba upatrywać przyczyny całego zjawiska.

W tym kontekście dziwne, uprzedzające, zakulisowe decyzje dyrektorów Burkackiego i Pająka w 1962 roku dotyczące najpierw zamknięcia, a potem chaotycznego, fatalnego w skutkach remontu budynku oraz późniejsza realizacja planu destrukcji metodą faktów dokonanych, przeciąganie sprawy i granie na zwłokę, stają się odrobinę bardziej zrozumiałe.

Czy jednak można przypuszczać, że budynek kinoteatru - mimo całkiem dobrego pierwotnego stanu technicznego (w grudniu 1961 roku z powodzeniem wyświetlano w kinie komedię kryminalną z Alekiem Guinnessem "Szlachectwo zobowiązuje") - został spisany na straty? Czy można sądzić, że decyzja o likwidacji kinoteatru "Wanda" zapadła nie w bielskim Ratuszu, ale w gabinetach województwa z powodów absolutnie nietechnicznych? Nie zdziwiłbym się wcale. A tajemnicze wydarzenia stycznia 1962 roku i wszystkie następujące w latach późniejszych wypadki, hipotezę tę czynią bardzo wiarygodną.

Jesienią 1965 roku kierownictwo Bielskiej Delegatury Centrali Hurtu Spożywczego wystąpiło do Prezydium MRN z wnioskiem o przekazanie budynku na... interwencyjny magazyn cukru. Najwyraźniej nikt już nie robił sobie nadziei na pomyślny powrót filmu w mury kinoteatru. Odpowiedź była negatywna - budowla była już w tak złym stanie, że nie nadawała się nawet na magazyn. Ta pozornie groteskowa sytuacja była jednak jak najbardziej prawdziwa. Choć w trakcie przewlekłego remontu nie raz i nie dwa żartowano sobie z sytuacji, w której żadna siła administracyjno-polityczna nie była w stanie zapanować nad trwającym bałaganem.

W primaaprilisowym numerze Kroniki Beskidzkiej z kwietnia 1966 roku pojawił się nawet zilustrowany fotomontażem gorzki żart na temat kina.

"Długo czekaliśmy na ten moment. Nareszcie wczoraj otwarły się podwoje kina "Wanda". Wznowienie jego działalności uświetniono premierą nowego polskiego "antysuperfilmu" - "Faraona". Nie trzeba chyba dodawać, że ten piramidalny sukces zawdzięczamy wieloletnim, usilnym staraniom Wojewódzkiego Zarządu Kin, który pracom remontowym nadał iście zawrotne tempo. Rozentuzjazmowana publiczność tak szczelnie wypełniła salę, że pękła ona w szwach, co, niestety, spowoduje konieczność ponownej renowacji. Na szczęście WZK zapewnia, że remont ten będzie przeprowadzony jeszcze sprawniej niż poprzedni."

Jednak sprawa "Wandy" nie była, niestety, żartem.

Budowla niszczała coraz bardziej. W ówczesnej prasie próżno szukać repertuaru kina. Próżno dobijać się do drzwi zrujnowanego przybytku dziesiątej muzy. Poczynione przez dyrektora Burkackiego i inżyniera Maśkę samowolne zniszczenia, zwielokrotnione celowymi - nie ma co do tego żadnych wątpliwości - zaniechaniami, okazały się tak poważne, że kina nie udało się odratować. Światełko nadziei zatliło się jeszcze we wrześniu 1967 roku (przynajmniej dla tych wszystkich naiwnych, którzy myśleli, że chodzi o uratowanie kina). Do budynku weszła wówczas ekipa remontowa (Kółka Rolniczego z Kóz!), której zadaniem było rozebranie budowli do fundamentów. Następnie projekt zakładał zaizolowanie fundamentów, a potem wybudowanie kina od nowa. Miało się tym zająć Bielskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego. Nie zajęło się. Brygada remontowa z Kóz przystąpiła do działania z żarliwym wręcz zapałem. Dach i ściany rozmontowano dość sprawnie, ale - wbrew zapewnieniom inwestora - nigdy już nie zostały wzniesione na powrót. W roku 1968 (a nie jak mylnie podaje się w wielu źródłach - w 1972) kinoteatr przestał istnieć.

Mówi się, że podczas prac remontowych natrafiono na szczególne kłopoty natury technicznej, które sprawiły, że "Wandę" zamiast wyremontować, zwyczajnie... rozmontowano. Budynek podobno "należało" wyburzyć, ponieważ zbudowany był z karygodnym pogwałceniem wszelkich zasad budowlanych. Rzekomo nie posiadał fundamentów! Jest to ewidentna bzdura. Być może w plotkach tych pobrzmiewało echo fatalnego remontu sprzed lat, być może miały one na celu wybielić WZK a z Ratusza zdjąć odium niepopularnej decyzji... Jaka była prawda?

Nie trzeba zbytniej dociekliwości, aby stwierdzić, że w plotkach tych nie może być ani krzty sensu. Wprawdzie plany budowy z 1913 roku rzeczywiście zakładały ograniczenia w tej materii, ale dotyczyły one rezygnacji z podpiwniczenia sceny (rezygnacji wywołanej kłopotami natury finansowej) a nie braku fundamentów! Dokumentacja techniczna była przedmiotem wielokrotnych analiz i brak fundamentów na pewno rzuciłby się w oczy specjalistom jeszcze przed remontem.

Dopiero na tym ciekawym zdjęciu z lat trzydziestych wyraźnie widać jak sporym obiektem było kino Wanda. I jak wielką pustkę pozostawiło po sobie. Faktycznych intencji głównych winowajców nie odgadniemy już dzisiaj. Sprawę rozjaśnia nieco kilka inwestycji, które nastąpiły natychmiast po rozbiórce kina, zupełnie tak, jakby niecierpliwie czekano z ich podjęciem, aż znienawidzona "Wanda" zniknie z pejzażu miasta. Na początku lipca roku 1969, kiedy to postanowiono przenieść pomnik wdzięczności ku chwale żołnierzy radzieckich na skwer obok Ratusza, po kinie "Wanda" nie było już nawet śladu.

Zapis ostatnich dni kinoteatru "Wanda" jest zapisem bezprecedensowej celowej destrukcji, przykrytej zasłoną milczenia, rozmywania odpowiedzialności, fałszywej troski i przede wszystkim ukrytych, nieczystych interesów. Tak czy siak, destrukcja - kolejna zresztą w naszym mieście - stała się faktem, a jej winni nigdy nie zostali ukarani.

Czytany 947 razy
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…