C'est la vie, czyli Nie tylko Zabłocki

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, jak mocno historia naszego miasta osadzona jest w dziejach powszechnych. Wydaje nam się, że pograniczna osada o tyle widziała świata, o ile ten świat zechciał doń zawitać. Poniekąd tak było. Wielkie osobistości naszej rzeczywistości (z drobnymi wyjątkami) omijały ten fragment przestrzeni, ale przecież historia nie zamierzała pozostawiać Bielitz na uboczu. Ani ta wielka, ani ta niepozorna.

Jest rok 1790. Na północnych przedmieściach Paryża, w dzielnicy zwanej Saint-Denis, chemik i chirurg, Nicolas Leblanc,osobisty lekarz księcia Ludwika Burbona-Orleańskiego, opracowuje innowacyjną metodę produkcji sody kalcynowanej z soli kuchennej. Oto powstaje nowy, doskonalszy od dotychczasowego sposób wyrobu mydła. Swoje życie rozpoczyna nowa, nieznana dotąd dziedzina - mydlarstwo przemysłowe.

W całej Europie zaczynają powstawać mydlarnie. Rosną jak grzyby po deszczu. Również i w Bielsku. Szczególnie potok Niper przyciąga inwestorów, czy to z powodu położenia (blisko miasta, z dala od głównych arterii komunikacyjnych), czy to przez wzgląd na właściwości wód okolicznych potoków. Mydlarzy przybywa. Jest nim właściciel łąk i pastwisk na wzgórzach ponad bielskim Syjonem - Gottlieb Klimke, mydlarzem i producentem gliceryny jest Carl Fiber, mydlarstwem zajmuje się rodzina Wilke. Wreszcie mieszkający w przepięknej willi przy ul. Cesarskiej, mydlarski "baron" Juliusz Roth, który zajmuje się nie tylko produkcją mydła - w kilku swoich zakładach wytwarza także stearynę, świece i perfumy. Handluje też naftą.</p>

Jedną z mydlarni (wcale nie największą) była mydlarnia Fibera, założona w drugiej połowie XIX wieku przy ulicy Parkowej (dziś Listopadowa). Już na planie katastralnym z 1836 roku widać dwa pierwsze budynki przy Parkstrasse, nie ma jednak pewności, że już wówczas pełniły funkcję mydlarni. Fiber prowadził swój zakład na pewno od około 1870 roku. I prowadził naprawdę nieźle. Z dwóch niepozornych budynków widocznych jeszcze na planie z 1836, wytwórnia rozrosła się do całkiem sporych rozmiarów. O wyglądzie tej fabryki w okresie największej prosperity wiemy dzięki grafice autorskiego duetu Eckert und Pflug z Lipska.</p>

Wykorzystywany jako biriefkopf wizerunek zakładu datowany na 1908 r., zaczerpnięty z "Gross-Industrie Osterreichs" zniekształca nieco rzeczywistość (podobnie jak omawiany już wcześniej papier firmowy gorzelni Fränkla, czy wizerunek fabryki spółki Sternickel und Gülcher). Widzimy oto dość rozległy, mimo, że złożony z niewielu budynków zakład, położony na sporym terenie, sąsiadujący z dziwnie szeroką, ruchliwą ulicą. Dzisiejsza Listopadowa nie jest i nigdy nie była tak szeroka, a samo wyobrażenie jest, rzecz jasna, mocno naciągane, spreparowane dla "mediów" i kontrahentów. Jednak w ogólnym założeniu dość wierne. Na pierwszym planie widnieje główna hala produkcyjna z kotłownią i wysokim kominem. Tuż obok, nieco cofnięta od pierzei ulicy, stoi druga niska budowla - magazyn. W głębi natomiast widoczne są jeszcze trzy budynki.</p>

Do dziś, spośród wszystkich tych budowli nie przetrwały właściwie tylko dwie.

Główna, najbardziej reprezentacyjna hala zachowała się w stanie omalże niezmienionym, jeśli - rzecz jasna - wierzyć grafice.

Wydaje się, że uległa tylko nieznacznemu skróceniu od południa, choć to rzecz dyskusyjna. W ogólnym zarysie nie ma jednak pomiędzy stanem dzisiejszym, a wizerunkiem sprzed ponad stu lat większych różnic. Nadal istnieje dawny, równomierny układ okien, po części również w ścianach szczytowych, dach nadal jest dwuspadowy o zachowanym kącie pochylenia połaci i z daszkiem kalenicowym nad środkową częścią hali. Wciąż stoi przytulona do głównego budynku kotłownia z kominem.

Żeby było ciekawiej, z kompleksu mydlarni zachował się także najmniejszy widoczny na papierze firmowym budynek.

I to w całkiem niezłym stanie. Posiada nawet - co jest naprawdę czymś szczególnym - ten sam (albo raczej taki sam) finezyjny, kalenicowy daszek wywietrznika. Czy była to krajalnia - o czym świadczyć może komin sugerujący istnienie wewnątrz osobnego napędu, czy osobna, wolno stojąca kotłownia - trudno rozstrzygnąć. Zachwycające jest jednak to, że budowla od ponad wieku, w formie nieco przebudowanej, stoi i nadal służy. Jest wprawdzie w fatalnym stanie, z dziwaczną dobudówką doklejoną do wschodniej ściany, ale stoi.

Podupada, a jednak istnieje. Wprawdzie mydlarnią przestała być już w latach czterdziestych (wówczas właścicielem już od dawna był Viktor Wilke - przejął zakład i unowocześnił), kiedy to przeszła na własność państwa, ale być może właśnie dzięki temu nie podzieliła losów wielu innych zakładów zniszczonych przez komunistyczne praktyki rynkowe.

Viktor Wilke jeszcze przez kilka lat patrzył na dewastację własnego mienia - kiedy po 1945 roku znacjonalizowano zakład i urządzono tam warsztaty szkolne, Wilke jeszcze żył. Musiał bezradnie przyglądać się - choć z daleka - podupadającemu majątkowi, któremu oddał połowę swego życia.

Tak sobie myślę, że ten mydlarski fach to jednak niefartowny był bardzo. Nie tylko handlarz Zabłocki kiepsko na mydle wyszedł. Wilke, jak się okazuje, także nie utrafił w koniunkturę. Zarówno gospodarczą (w 1916 r. wynaleziono pierwszy syntetyczny detergent, który stał się poważnym konkurentem dla mydła) jak i polityczną...

<p>Zresztą co tam Wilke... Nawet sam Nicolas Leblanc, twórca przemysłowego mydlarstwa - zapomniany, upokorzony, pozbawiony wszystkiego, nawet prawa do swojego patentu - osaczony przez rewolucyjny rząd francuski - w 1806 roku w końcu palnął sobie w łeb.

Historia pełna jest takich smutnych finałów. I nie jest ważne, czy to Paryż, Berlin, czy Wiedeń północy - Bielsko... Kapryśna Fortuna wszędzie wtrąci swoje trzy grosze. I wszędzie narozrabia.

C'est la vie - chciałoby się powiedzieć.

Czytany 604 razy
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…