Skarbonka

Nieistniejący świat... Ciasny, nieco ponury, a przez szary, brudny bruk i odrapane mury kamienicy Tobiasa nawet trochę obskurny. Ale swojski. Dzisiaj całe podzamcze razem z placem Chrobrego to jeden wielki haust powietrza. Wolna przestrzeń! Kiedyś - i widać to na tej pocztówce - było może ciaśniej, może szarzej, może bardziej klaustrofobicznie i bez rozmachu. Ale przecież właśnie wtedy to miasto wyglądało jak miasto.

Z prawej józefińska swojszczyzna, z lewej historyzujący książęcy smak, w perspektywie fenomenalny klasyczny barok... W tej fotografii pobrzmiewa świat sprzed wieku, ale i jakiś utracony blask i smak. Wprawdzie tylko w wymiarze architektonicznym, ale to przecież wcale niemało! Kamienica z lewej, należąca do Sułkowskich przykuwa dziś moją szczególną uwagę. Powstała w 1881 roku. Księcia Józefa Marii Sułkowskiego, który był ówczesnym właści-cielem książęcych włości, nie było wtedy w mieście, zresztą bawił w Bielsku rzadko i krótko, bardziej zajęty romansami, hulankami i próbami ucieczki z wariatkowa.[...] Kamienica była architektonicznym uzupełnieniem dla zamku. Stanowiła wizualną bazę i podbudowę warowni, nadając jej monumentalnego charakteru, mimo, że w pewnym sensie również ten charakter niweczyła zasłaniając sobą część północnej kurtyny zamku. Tutaj jednak kompromis był niemożliwy. Wzgórze było niestabilne, wyma-gało więc od strony północnej solidnie zafundamentowanej budowli, będącej rodzajem muru oporowego dla stromi-zny wzgórza.

To, że budynek nie był wykorzystywany przez książęcą rodzinę (mam wrażenie, że od samego początku takie było założenie), stało się powodem, dla którego pomieszczenia gmachu trafiły "na wolny rynek". Wynajem miał dodatkowo zasilić kasę księcia. A najemców było wielu - apteka Adolfa Frankla, skład kapeluszy i sklep firmowy firmy Erik Eichhorn, skład wyrobów skórzanych Loblowicza, sklep z materiałami Rudolfa Keszlera, cukiernia i wiele innych. No i oczywiście prowadzona przez Krautwursta (a później przez Jana Wagnera) hala piwna oferująca wyroby bielskiego browaru akcyjnego...

Sytuacja zmieniła się diametralnie w okresie PRL-u. Strategia komunikacyjna miasta, obłudnie podpierana kulawą retoryką historyczną, a raczej nasiąkniętym nienawiścią do "niemczyzny" rewizjonizmem, zaowocowała fatalnymi decyzjami. Cała historyczna substancja miasta dla niedouczonych, mających obce korze-nie decydentów, stała się wówczas uciążliwym balastem. Kamienice za bardzo przypominały C.K. Monarchię, ulice wytyczone były przez niemiecko-języcznych włodarzy, a z każdego zakątka miasta wyzierała znienawidzona, "nie nasza", nie polska przeszłość. Należało ją zatrzeć, zniszczyć, wymazać z pamięci i z rzeczywistości. Regionalna prasa szeroko rozpisywała się wówczas o historycznym skansenie, o zabytkowym balaście, o XIX-sto wiecznej ciasnocie... Ale tak naprawdę była to tylko gęsta zasłona dymna. Bo przecież tylko ktoś bardzo naiwny mógł sądzić, że władzom miasta, regionu, czy województwa tak bardzo zależy na usuwaniu "niemieckich akcentów" z polskiego miasta. Nie.

W tym konkretnym wypadku przeszłość tak naprawdę nie miała tu żadnego znaczenia. Bo gdyby wówczas, to znaczy na początku lat 70. w otoczeniu prezydenta Kobieli znalazł się ktoś, kto słusznie zwróciłby uwagę, że w Bielsku, a szczególnie w Białej przed drugą i przed pierwszą wojną światową mieszkało bardzo dużo Polaków i że ci Polacy w ten, czy w inny sposób również tworzyli to miasto, a zatem niszczenie tkanki tego miasta, jako stricte niemieckich pozostałości, jest absurdem - to ten argument i tak nie na wiele by się zdał. Bo w istocie chodziło tylko o to, by wykonać plan. By dokonać spektakularnej przebudowy centrum, która byłaby zauważona i doceniona w katowickiej, a może i warszawskiej centrali. Chodziło o działanie będące realizacją światłej, nowoczesnej myśli socjalistycznej. A całe to gadanie o pozbywaniu się dusznej dziewiętnasto-wiecznej architektury, to tylko bezczelny parawan.

Podobnie jak ględzenie o rzekomo nieremontowalnym stanie kamienic przy ul. Zamkowej, które koniecznie trzeba było wyburzyć. W całej tej sprawie najciekawsze jest to, że zagrzybione i zawilgocone były rzekomo tylko te kamienice, które stały na przeszkodzie w poszerzaniu ul. Zamkowej - natomiast sąsiadujące z nimi, wybudowane w tym samym okresie, stojące na skarpie tego samego wzgórza - już nie. I żeby było dziwniej - w całym mieście pełno jest dużo starszych domów, czasem podpiwniczonych jeszcze średniowiecznymi piwnicami, a przecież jakoś trzymają się do dziś i jakoś nikt ich do dziś nie zaminował...

Możemy bez końca analizować tamte słusznie minione czasy i motywy działań ludzi w tych czasach rządzących, ale cokolwiek nam wyjdzie i tak trzeba powiedzieć: wówczas liczył się tylko czyn. Wyburzenia rozpoczęły się późną zimą 1974 roku. Podzielone były na trzy duże sektory robót. Jednym z nich były roboty przy wysadzaniu kamienic na placu Żwirki i Wigury, drugim dekonstrukcja zabudowań przy ul. Zamkowej, trzecim - przy wyburzaniu kamienicy Sułkowskich właśnie, wraz z pracami mającymi za zadanie umocnienie i stabilizację wzgórza zamkowego.

Najpierw użyto spychaczy i stalowych lin. Żałosne kikuty sterczały w niebo, jakby na urągowisko wszystkim książę-tom świata. A Sułkowskim szczególnie... Potem również i tu, podobnie jak w przypadku placu Żwirki i Wigury, posłużono się materiałami wybuchowymi. Nadzorowane przez mistrza minerskiego Józefa Bendyka cztery kontrolowane wybuchy całkowicie wyburzyły kamienicę.Pierwszy raz od lat siedemdziesiątych XIX wieku bielszczanie mogli oglądać północną fasadę zamku zupełnie odsłoniętą. W niedzielę 17 marca 1974 roku pod zamek waliły tłumy, aby zobaczyć go z zupełnie nowej perspektywy.

Już na początku maja na stromym stoku wzgórza zamkowego posadzono tysiąc sztuk bratków, z których utworzono herby Bielska i Białej. Jeszcze w kwietniu Kronika Beskidzka informowała w tonie - rzecz jasna - entuzjastycznym: "Ta część śródmieścia, samo serce miasta, przeobrażająca się właśnie, jest jedną z najpoważniejszych operacji w planie przebudowy centrum. Już dziś widzimy, jakie przynosi korzyści, jak uwalnia od dziewiętnastowiecznej ciasnoty, jak dodaje miastu urody i co najistotniejsze - jak stwarza warunki dla prawidłowego jego funkcjonowania."

I tutaj rodzi się we mnie jakiś wewnętrzny sprzeciw. Nie wobec faktów, bo one jakie są - każdy widzi, ile raczej wobec sensowności wyburzenia tej kamienicy. Ale wbrew pozorom nie jest to tylko wściekłość na ówczesnych działaczy i aparatczyków od wojewody gen. Ziętka poczynając, poprzez pierwszego sekretarza KP PZPR Drewnia-ka, na Antonim Kobieli skończywszy. Kiedy tak analizuję całą tę sprawę, kiedy patrzę na stare fotografie ukazujące bardzo niebrzydki przecież obiekt i kiedy - to przede wszystkim - przyglądam się historii tego gmachu, zaczynam się poważnie zastanawiać, czy jego wyburzenie nie było już od samego początku wpisane w jego historię. Czy odium jakiejś prowizoryczności nie ciążyło na tym budynku od zawsze?

Przecież obiektywnie rzecz biorąc kamienica ta - choć wtopiła się w pejzaż miasta doskonale i była oczywistą kontynuacją odwiecznego chyba browaru - była też jakimś nie do końca przemyślanym dziełem, raczej efemerycznym pomysłem nieobecnego księcia, iluzoryczną, zdalnie sterowaną fanaberią dziedzica, który umyślił sobie, że jeśli już przyjedzie do Bielska (pofatygował się łaskawie dopiero w 1898 r.), zamieszka nie w zimnych, obszernych komnatach, ale w przytulnym apartamencie na pięterku kamienicy wtłoczonej w zamkowe wzgórze. Ten dom był inwestycją, której jedynym sensem istnienia był fakt, że przynosiła jakiś konkretny zysk...

Z drugiej jednak strony nawet jej skrajnie komercyjny charakter nie zaważył negatywnie na jej walorach estetycznych. Budowniczowie tego było-nie-było reprezentacyjnego gmachu rozumieli, że musi on się wtapiać w otoczenie i stanowić naturalny i neutralny dla architektonicznego środowiska element. To dlatego tak bardzo mi go żal. Bo chociaż kamienica Sułkowskich była zwykłą skarbonką, była też - jak wszystko kiedyś - kawałem solidnie wykonanej pracy, wysmakowaną, klasyczną ozdobą centrum.

I za takim centrum - pełnym pięknych gmachów wypełnionych szumem i gwarem, zajętym przez całą rzeszę zapracowanych ludzi, z których każdy - urzędnik, subiekt czy zamiatacz - był mistrzem w swej specjalności; centrum z ulicami tętniącymi życiem, różnorodnością i kolorytem. Za takim właśnie centrum, z wąską, wspinającą się ku Rynkowi ulicą, tęsknię najbardziej.

Czytany 419 razy
Top
We use cookies to improve our website. By continuing to use this website, you are giving consent to cookies being used. More details…