Na listopadowej, 110 odsłonie Bielskiej Sceny Kabaretowej gościem specjalnym była Para nr 2, czyli Ewa Błachnio (z dawnego kabaretu Limo) i Łukasz Kaczmarczyk - znany z występów w Kabarecie Młodych Panów. W takiej konfiguracji to ich debiut na deskach bielskiej sceny kabaretowej. Ponadto publiczność bawili: Ścibor SzpaK, Błażej Olma - aktor i wokalista, członek bielskiego kabaretu TON oraz Olga Łasak, występująca na co dzień z kabaretem Czesuaf. Gospodarzem wieczoru był Piotr Skucha.

Powakacyjna premiera 109 Bielskiej Sceny Kabaretowej już za nami. Dla miłośników sztuki kabaretowej czekało tym razem na deskach bielskiego Teatru wiele niespodzianek. Była zarówno piosenka sentymentalno-liryczna Agnieszki Osieckiej w wykonaniu bielszczanek: Jowity "Jovi" Wolak i Olgi Łasak, lekka fraszka polityczna, aczkolwiek uderzająca w wysokie tony, w autorskim wykonaniu Jerzego Handzlika, występ Damiana Kubika w roli kandydata i oczywiście gość wieczoru w w zasadzie dwóch gości: Czesław Jakubiec i Ścibor Szpak z muzycznym akompaniamentem Grzegorza Dowgiałło.

 

Olga Łasak – bielszczanka, aktorka, wokalistka (absolwentka Studium Wokalnego Teatru Muzycznego w Gliwicach). Pracuje w Bielskiej Szkole Aktorskiej, Piwnicy Artystycznej Im. Marii Koterbskiej, Bielskiej Scenie Kabaretowej, oraz w kabaretach TON (Bielsko-Biała) i Czesuaf (Poznań). Dubbinguje filmy animowane, prowadzi warsztaty wokalne i telewizyjne programy rozrywkowe.
W wolnych chwilach przygotowuje się do wyżej wymienionych zajęć.

 

Piotr Skucha: W ciągu ostatnich dwóch lat mnóstwo rzeczy zrobiłaś pierwszy raz w życiu. Pierwszy skok na spadochronie, pierwsze zwycięstwo w najważniejszym konkursie kabaretowym (Ryjek 2017 z kabaretem Czesuaf), pierwszy występ w programie telewizyjnym na żywo, pierwszy raz dubbingowałaś film, i to od razu cały serial…

Olga Łasak: Dla dzieci.

To trudniejsze, zwłaszcza, że mówiłaś głosami kilku postaci. Pierwszy raz byłaś komentatorką telewizyjną, pierwszy raz grasz główną rolę w filmie fabularnym, pierwszy raz prowadziłaś kabareton w amfiteatrze, pierwszy raz byłaś w stanie nieważkości… Mógłbym tak długo wymieniać. Niesamowicie przyspieszyłaś i to na wielu frontach.

Olga: Pierwszy raz się zaręczyłam.

I to w obecności prawie czterystu świadków. Co wywarło na tobie największe wrażenie, wyzwoliło najsilniejsze emocje?

Olga: Te zaręczyny mnie kompletnie zaskoczyły. Na scenie, w Teatrze Polskim, w trakcie spektaklu… Jak wcześniej widywałam podobne sytuacje na filmach, że dziewczyny beczą, mdleją, to myślałam, że to straszne przegięcie. A tu sama się poryczałam.

To może zapytam inaczej. Który pierwszy raz chciałabyś powtórzyć, a którego nie?

Olga: Zaręczyn nie. Są aktualne i niech tak zostanie. Dla mnie te dwa lata były tak zaskakujące, że przeważnie nie miałam czasu, żeby się tym wszystkim nacieszyć. Tempo jest takie, że łapię chwile. Jeszcze nie skończy się jedno, a już zaczyna się drugie. Jest stres, adrenalina a potem do samochodu i na drugi koniec Polski.

Zdarzają ci się takie dni, że więcej czasu spędzasz w samochodzie niż poza nim?

Olga: Tak. W ciągu ostatnich dwóch dni przejechałam dwa tysiące kilometrów, a na scenie byłam łącznie ze trzy godziny.

Ale nie ty prowadziłaś?

Olga: Nie, nie. Nie mam prawa jazdy, więc muszę być wożona (śmiech).

Nie chcesz zrobić prawa jazdy?

Olga: Kiedyś chciałam, teraz już nie. Jestem zwykle tak zmęczona, że w samochodzie prawie natychmiast zasypiam. W tej sytuacji wolę być pasażerem, ale wiem, że muszę to prawko zdobyć, żeby nie angażować tak swoich bliskich.

To ile kilometrów już przejechałaś? Równik? Czy więcej?

Olga: Przestałam liczyć, żeby się dodatkowo nie stresować.

Nie czujesz się wykorzystywana? Wyfrunęłaś nagle tak wysoko i może wszyscy zapraszają, bo się boją, że za chwilę nie będzie ich na ciebie stać?

Olga: Fajnie by było jakby tak myśleli, ale ja zupełnie inaczej do tego podchodzę. Staram się wykorzystać każdą możliwość, żeby zrobić coś nowego. Tak było z Zieloną Górą. Dostałam propozycję trzy dni przed imprezą i miałam dwa dni na przygotowanie. Nie wahałam się z decyzją, ale potem byłam tak zmęczona, że przyszło takie „po co ja to brałam"…

A to stolica polskiego kabaretu.

Olga: Czternaście wejść na antenę. Na żywo! I zupełnie nowa forma. Ale na tyle miałam wsparcie od najbliższych i kabareciarzy, że w sumie spięłam się, adrenalina zadziałała i dałam radę. Nawet były później łzy szczęścia jak mi gratulowali.

Wyszło świetnie. Pierwszy raz zostałaś rozpoznana przez telewidza na ulicy…

Olga: A to jeszcze wcześniej, w pociągu. Przez telewidzkę. Wracałam z Warszawy do Bielska, byłam strasz-nie zmachana, chciałam się przespać, a ta pani przez całą drogę czytała mi książkę ze starymi dowcipami. „O! To jest dobre, niech pani posłucha… Albo ten, mój ulubiony, może pani wykorzysta na scenie". Nawet się nie zdrzemnęłam.

Czyżby już cena popularności?

Olga: Ale to w sumie miłe było. Za to jak wracałam z Opola, nazajutrz po kabaretonie, w pociągu siedział naprzeciwko gość ze smartfonem i oglądał skecz z moim udziałem. Zerkał na mnie, ale chyba mnie nie poznał.

Miałaś w tym skeczu charakterystyczną czapkę.

Olga: Miałam ją w pociągu.

Na głowie?

Olga: Nie, przecież to czerwiec był, a czapka zimowa. Z pomponem.

Trzeba było założyć dyskretnie i gdyby jeszcze raz zerknął zapytać: oglądał pan kiedyś telewizję 3D?

Olga: I znowu bym się nie wyspała (śmiech).

Wspomniałaś o stresie. I to raczej w pozytywnym kontekście, że mobilizuje. Co cię stresuje?

Olga: Zawsze jak robię coś nowego. Do występów już się przyzwyczaiłam, nawet do braku reakcji, bo i tak się czasem zdarza, różna jest publiczność. Ale jak to jest nowa forma, a tak było z tą Zieloną Górą, pierwszy raz komentator kabaretonu, widownia mnie nie widziała przez pierwsze minuty.

Telewidzowie też nie widzieli, tylko głos.

Olga: A już budowałam postać. I to wszystko w ciemno. Podobnie miałam jak zaczęłam dubbingować filmy dla dzieci. Po dwie, trzy, czasem cztery postaci, które ze sobą rozmawiają, kłócą się. Trochę pomaga oryginalna ścieżka dźwiękowa, bo tam już jest charakter, brzmienie głosu, mam się na czym wzorować, no i w razie czego mogę powtórzyć, jeśli coś nie wyjdzie. A w telewizji na żywo nie ma takiej opcji. Dwa miliony ludzi to ogląda i jeśli się załamię, potknę, zapomnę o postaci, zająknę choćby, to nie ma powrotu. Tak już zostanie. O, wiem! Najbardziej mnie stresuje, jak mam wrażenie, że ludzie wierzą we mnie bardziej niż ja sama.

Często tak masz?

Olga: Prawie zawsze (śmiech). Ale ostatnio miałam stres podwójny, bo musiałam przy dubbingu zastąpić chorą koleżankę i zagrać jej głosem postać, którą widzowie znali już od wielu odcinków. Oczywiście tak, żeby nikt się nie zorientował, że to mówi ktoś inny.

Udało się?

Olga: Powiedzieli, że mogą zmniejszyć obsadę.

Koleżanka nie będzie miała pretensji?

Olga: Przecież żartowali.

A jeśli nie?

Olga: To wtedy ja się rozchoruję (śmiech).

Lubisz działać w stresie?

Olga: Z jednej strony stres powoduje, że ja robię rzeczy nieobliczalne. Do tego stopnia, że czasami nie pamiętam swoich występów.

Byłem tego świadkiem wielokrotnie. Często żałowałem, że nie było kamery.

Olga: Stres powoduje, że nagle robię dużo więcej niż sobie wypracowałam. I to mnie niesie. Widzowie mnie niosą, adrenalina buzuje, jestem prawie w transie. Ale czasami jest odwrotnie. Stres mnie jakby zakotwicza w sobie, że nie dam rady, że tego nie uciągnę. Takiego stresu nie lubię.

To stąd ten skok na spadochronie? Ta nieważkość? Chcesz się przekonać, że dasz radę?

Olga: A to miałam taki moment w życiu, że musiałam zakończyć pewien etap i wiedziałam, że nie wystarczy w tym celu pójść do fryzjera, czy kupić nową bluzkę. I to był rewelacyjny pomysł z tym skokiem.

Polecasz?

Olga: Każdemu, kto chce coś prze-łamać w życiu. Pokonać jakieś lęki, coś udowodnić. Mega!

Masz jeszcze coś takiego, co chciałabyś zrobić pierwszy raz? Jakieś plany? Marzenia?

Olga: Nie. Te ostatnie dwa lata tak wyprzedziły wszystkie moje plany a nawet marzenia…

Pierwszy raz tak ci się zdarzyło?

Olga: Tak. Do tej pory często plany redukowałam, albo musiałam z czegoś rezygnować, a tu co chwilę nie tyle zmiana planów, co rozbudowanie. Miałam w planie na ten rok udział w dwóch kabaretonach, a tu nagle Opole, legendarne miejsce. I to propozycja od samego Roberta Górskiego, a w trzy dni po Opolu telefon z Zielonej Góry, więc teraz nie planuję zbyt daleko.

A blisko? Planujesz zrobić coś pierwszy raz jeszcze w sierpniu?

Olga: Chciałabym pierwszy raz odpocząć dłużej niż dwa dni. Wyjechać z najbliższymi gdzieś w dzicz i wyspać się w głuszy.

Żadnych skoków ze stratosfery? Zdobycia Kilimandżaro? Nurkowania głębinowego?

Olga: Nurkowanie zawsze mnie pociągało. Lubię wodę. Rafa koralowa tak! Żaglówka też, albo flyboard, taki wąż z wodą pod dużym ciśnieniem, na którym się unosisz nad wodą i możesz różne akrobacje wyczyniać. Jeszcze katesurfing, ale trochę się tego boję, bo u nas jest przy plażach dużo drutów pod napięciem. Słyszałam o wypadkach porażenia prądem. Zdarzają się takie podmuchy wiatru, że nie zapanujesz nad tym.

A przed chwilą mówiłaś, że lubisz wysokie napięcie (śmiech).

Olga: Tak, ale nie w drutach. Poza tym od jakiegoś czasu już nie rzucam się na wszystko, że „tak, zrobię to!”. Już zaczynam analizować ryzyko. Jest, na przykład taki sport, że zrzucają cię z helikoptera pod szczytem i się zjeżdża na nartach z bardzo wysokiej i stromej góry. Kiedyś - czemu nie? Ale teraz chyba bym nie zjechała.

A propos „zjechania”. Pierwszy raz zetknęłaś się też z internetowym hejtem.

Olga: Tak, niestety. Słyszałam o tym wcześniej, ale nie spodziewałam się, że to może sięgać tak daleko. Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy są w stanie wypisywać takie ohydztwa. Wyzwiska, życzenia śmierci… I to po rozrywkowym programie telewizyjnym. Bez sensu.

Jak sobie z tym radzisz?

Olga: Na początku bardzo się przejmowałam każdym durnym wpisem, ale potem zobaczyłam, że te komentarze nie mają żadnego związku ani ze mną, ani z tym co robię. Staram się ich nie czytać, po prostu. Na szczęście zdecydowana większość jest pozytywna.

Ale starając się nie czytać negatywnych, nie zobaczysz też pozytywnych…

Olga: I dobrze. Nie wpadnę samouwielbienie (śmiech)

Niebawem może ci to grozić, bo właśnie zaczęłaś grać główną rolę w pełnometrażowym filmie fabularnym.

Olga: Jedną z głównych.

No dobrze, główną żeńską. Jakieś wrażenia z planu? Co nowego?

Olga: Wiele rzeczy. Film ma tytuł „Law, law, law”, reżyseruje Tomek Łupak, premiera planowana w kinach studyjnych w przyszłym roku. A wrażenia? Przede wszystkim czekanie. Na światło, na kostium, na słońce, na chmury, na to aż samolot przeleci. I że ósmą powtórkę sceny trzeba zagrać dokładnie tak samo jak siedem poprzednich,

Było coś pierwszy raz?

Olga: Tak. Konie na planie. Zwłaszcza jeden. Zawsze rżał w nieodpowiednim momencie i trzeba było powtarzać całe ujęcie.

Może tak go śmieszyły te sceny.

Olga: To ma być komedia, ale czy aż tak śmieszna, że „koń by się…”, to się okaże na premierze. Mam nadzieję, że nikt konia na nią nie przyprowadzi.

Wracam do początku rozmowy, bo nie odpowiedziałaś na pierwsze pytanie: Które z tych rzeczy, co to „pierwszy raz” chciałabyś powtórzyć, a które nie, nigdy więcej?

Olga: Na pewno chciałabym skoczyć jeszcze ze spadochronem, bo ładuje to bardzo. Ja wtedy przez tydzień przeżywałam ten skok. A nigdy więcej… Już wiem, że parę razy mi się zdarzyło takie stwierdzenie, a potem jednak się zdecydowałam, więc zacytuję klasyka: „nigdy nie mów nigdy”!

A myślałaś o pierwszym recitalu? O występie solo?

Olga: Ktoś powiedział o mnie, że jestem „zwierzę estradowe”. Mogę się z tym zgodzić, ale… Jestem zwierzę stadne, więc solo raczej nie. Chociaż, z drugiej strony… Może kiedyś będzie ten pierwszy raz (śmiech).

To na koniec pierwsza twoja rada dla tych, którzy pierwszy raz.

Olga: Żeby wierzyli w siebie. Bo po tych dwóch latach stwierdziłam, że osobą, która zawsze najbardziej wątpiła w moje możliwości, byłam ja sama.

Dziękuję za szczere odpowiedzi.

Olga: A ja za dziwne pytania. Pierwszy raz udzielałam takiego wywiadu.

Ostatnie przedwakacyjne, 108 spotkanie z Bielską Sceną Kabaretową i gość specjalny - Krzysztof Daukszewicz.

Po styczniowym pełnym humoru wieczorze kabaretowym udało nam się porozmawiać chwilę z jednym z członków Kabaretu Młodych Panów - Robertem Korólczykiem.