Człowiek wielozadaniowy

By Piotr Skucha listopad 05, 2018 124
Juliusz Wątroba Juliusz Wątroba

Poeta i prozaik (kilkadziesiąt opublikowanych tomów), chemik (magister inżynier!), kierownik działu ( ZPW WEGA, Bielstyl). dramaturg („Pociąg pośpieszny do miłości”), prezes (Związek Literatów Polskich, o. Katowice), satyryk (Bielska Scena Kabaretowa), aktor(„Szpital”), fraszkopisarz (niezliczone publikacje prasowe), laureat (ponad sto wygranych konkursów literackich), głowa rodziny (żona i trójka dzieci), felietonista („Jasienica”), miłośnik zwierząt i wiejskiego życia (Rudzica), improwizator (kabaret TON) oraz gawędziarz, którego wieczory autorskie gromadzą rzesze fanów gotowych stać kilkadziesiąt minut w kolejce po autograf.

Piotr Skucha: Nie uważasz się za hipokrytę? Bo jesteś poetą a mówisz prozą.
Juliusz Wątroba:
(śmiech) Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Na co dzień mówię prozą, żeby się porozumieć z ludźmi, a nie wszyscy są poetami.

Ale przecież piszesz nie tylko dla poetów.
J.W.: Dla tych, którzy zechcą to przeczytać. Ja ich nie zmuszam do czytania. To oni wybierają lekturę. A rozmówców nie zawsze możesz sobie wybrać. Trzeba mówić po ludzku, żeby się dogadać. Jeszcze zależy z kim się rozmawia. Ja mam w sobie coś takiego elastycznego, że potrafię się dostosować. Z każdym się dogadam. Czy to jest menel, czy minister. Tak się nieświadomie przestawiam, wyczuwam. Gadam gwarą z naszymi góralami, albo językiem w miarę literackim, kiedy udzielam wywiadu.

A to nie jest konformizm? że udajesz głupiego, żeby pogadać z głupim, a mądralę jak z profesorem?
J.W.:
Czasem głupi mądrzejszy od profesora. (śmiech)

A kiedy jesteś sobą?
J.W.:
W każdej sytuacji. Ja nie muszę nakładać masek, bo jestem tak skomplikowany, mam w sobie tyle tych postaci różnistych, że nie muszę oszukiwać. I dobrze się z tym czuję. Naprawdę.

Jesteś schizofrenikiem?
J.W.: A Toś mnie zaskoczył! Tego akurat u mnie nie zdiagnozowano, ale kto to wie?. A kto jest normalny? (śmiech)

Schizofrenik z reguły uważa siebie za zdrowego, tylko wszystkich wokół za chorych.
J.W.:
To większość byłaby schizofrenikami, bo uważa się za normalnych! Ale to już kwestia wrażliwości i wyobraźni. Jak widzę menela to automatycznie się dostosowuję.

A jeśli menel też jest poetą? Wyczujesz to?
J.W.:
Na węch? (śmiech) No, może nie od razu, ale tak, wyczuję.

Skoro tak się dostosowujesz, to pisząc wyobrażasz sobie swojego odbiorcę?
J.W.:
Nie, nie. Absolutnie! Ja piszę dla siebie.

Ale powiedziałeś, że masz w sobie tyle postaci…
J.W.:
Jak piszę to jestem zamknięty w swoim świecie i ewentualnie potem się zastanawiam, czy to jest w stanie kogoś zainteresować. Ale nie w trakcie pisania!

Czyli pisząc ani nie upraszczasz, ani nie komplikujesz.
J.W.:
Nie, bo jest to naprawdę jakiś inny stan ducha, przypominający wspomnianą chorobę, która widocznie jest potrzebna żebyśmy się rozwijali, nawet gdy się zwijamy.

Wśród schizofreników było wielu znanych twórców. Nie tylko poetów, kompozytorów, malarzy.
J.W.:
Tak, bo mają szersze spektrum wrażliwości. Od ekstremum do ekstremum. Wzloty i upadki. Ale nie wmówisz mi, że większość.

Podobno twórcą się nie jest, tylko nim się bywa. Jak odróżniasz te fazy?
J.W.:
Ja jestem twórcą cały czas. Bo jak nie piszę to czuwam.

A jak odpoczywasz?
J.W.:
Ja w ogóle nie odpoczywam. (Śmiech). Jestem cały czas na wysokich obrotach.

To tym bardziej trzeba odpocząć. Podobno po wysiłku intelektualnym najlepszym odpoczynkiem jest wysiłek fizyczny.
J.W.:
Rąbię drzewo, czy spaceruję z psem.

To żaden odpoczynek! Jak pies szybki, to tylko gonitwa myśli.
J.W.:
Zwierzęta są bardzo inteligentne. Poważnie. Nawet kura, która ma podobno tylko dwa zwoje mózgowe, ale jakie te zwoje są!

Poznałem twoją kurę. Niezwykła istota. Nie słyszałem o innej, która przychodziłaby do gościa i łasiła mu się do kolan…
J.W.:
Bo ona była samotna, a nawet czajnik tęskni do pary! (śmiech)

Lata całe pracowałeś w Bielstylu, firmie która jest teraz w stanie likwidacji, a upadek zaczął się od momentu, w którym surowiec, który dostawaliście do produkcji kosztował więcej niż gotowy produkt z Chin.
J.W.:
Zgadza się. Ten surowiec też był z Chin.

Poważnie? Co to było?
J.W.:
Wełna.

Tkaniny? Nici?
J.W.:
Nie. Runo wełniane. To, co się ogoli z owcy. U nas był cały proces technologiczny. Przędze-nie, tkanie, farbowanie, wykańczanie…

I to runo było droższe od gotowego chińskiego swetra?
J.W.:
Tak. Dlatego nie mieliśmy szans być konkurencyjni.

A gdybyście sami te owce golili?
J.W.:
To wyszłoby jeszcze drożej. Ja miałem kiedyś owcę.Nożyczkami ją strzygłem. Wiesz ile to trwa? Nie chciałbyś być owcą strzyżoną przeze mnie.

Widziałem kiedyś w telewizji zawody w strzyżeniu owiec. Elektrycznymi golarkami. Parę sekund i następna. Jak wymiana opon w formule jeden.
J.W.:
Ale teraz sam prąd kosztuje więcej niż chiński sweter.

I dlatego, jak mówią Czesi, to se ne vrati!
J.W.:
Nic się Ne vrati! Nawet ta chwila, gdy robię za ględziołka pospolitego, a Ty za nadredaktora…

Przejdźmy zatem do przyszłości. Zacząłeś ostatnio pisać prozą. Niebawem ma się ukazać tom twoich opowiadań, a teraz zabrałeś się za duże formy. Skończyłeś jedną powieść, zacząłeś drugą, choć ta pierwsza jeszcze nie wydana. Napisałeś ją do szuflady?
J.W.:
Do szuflady, ale z myślą o wydaniu.

Jaki ma tytuł?
J.W.:
Jeszcze nie ma tytułu.

Nawet roboczego?
J.W.:
Roboczego nie chciałbym zdradzać.

Zostawmy więc prozę w aurze tajemniczości. Przejdźmy do malarstwa, którym się mocno interesujesz odkąd cię znam.
J.W.:
Czyli długo.

I to jest mocno wyczuwalne zwłaszcza w twoich wierszach. Tam jest masa światła, feeria kolorów, słońca, księżycowych poświat i innych malarskich odniesień. Nie kusi cię, żaby samemu coś namalować?
J.W.:
Zaskoczyłeś mnie. Nie zastanawiałem się nad tym, czy jakaś malarskość jest w moich wierszach, ale faktycznie ja żyję tak samo obrazami, malowaniem, jak słowem.
Ostatnio byłem na plenerze literacko-artystycznym w Polanicy Zdroju. Na fajnym poziomie to było, takim wyższym…

Czyli w górach?
J.W.: (śmiech) Też. Każdy z uczestników dostał blejtram z zagruntowanym płótnem, pędzle i farby. Ja dostałem takie 40 na 50, farby akrylowe, była fajna zabawa. Zresztą, ja zaczynałem od malowania, a później to nawet sobie jedną książeczkę zilustrowałem.

Nie, nie. Zaczynałeś od skoków w wzwyż.
J.W.: No tak, bo ja zaczynałem wielopoziomowo. Wielopionowo też. Chciałem udowodnić sobie, że nawet kreaturka najgorszego sortu, może wyżej podskoczyć.

A jaki jest twój rekord w skoku wzwyż?
J.W.: Nie pamiętam dokładnie. Może metr czterdzieści, czy pięćdziesiąt?

A ile miałeś wtedy wzrostu?
J.W.: Też mniej więcej tyle, bo to było już w technikum .

Ale skakałeś już w podstawówce?
J.W.: Tak, a potem już na piwko i tak dalej (i wyżej!).

„I tak dalej” szybko się skończyło. Szkoda, bo ja cię widzę w skakaniu…
J.W.: Wzwyż?

Tak, ale o tyczce.
J.W.: (śmiech)

Poważnie. Jesteś człowiekiem wielozadaniowym. Musimy kończyć już ten wywiad, a nawet połowy twoich rozlicznych poważnych zajęć nie omówiliśmy.
J.W.: Udzielanie wywiadów do nich nie należy.

Ale aktorstwo, śpiewanie oraz piastowanie wysokich stanowisk, panie prezesie katowickiego oddziału Związku Literatów Polskich, owszem.
J.W.: A to tak po drodze, bo gdy człowiek poczciwy w drodze do lepszego świata, to się mu różne, najgłupsze nawet rzeczy, przytrafiają.

Dziękuję za szczere wypowiedzi.
J.W.: A ja, że pominąłeś niektóre tematy. 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 05 listopad 2018 19:57