Alosza Awdiejew - polski bard z wyboru

Alosza Awdiejew - aktor filmowy, piosenkarz, satyryk, językoznawca, Polak z wyboru - bawi i wzrusza publiczność od wielu lat. W lipcu 2018 r. wystąpił na bielskiej Starówce w ramach cyklu koncertów Lato z kulturą.

 

Humor i umiejętność dowcipkowania, rozładowywania niekiedy napiętej atmosfery należy niewątpliwie do wspaniałych zalet człowieka myślącego. Nie piszę zawodowo tekstów satyrycznych, chociaż
w swoich felietonach staram się zawsze zawrzeć jakiś dowcip. Jestem raczej pogrążony, jak to się u nas profesjonalnie mówi, w dyskursie komicznym. Obserwując otaczający mnie świat, zawsze nastawiam się na to, że coś śmiesznego może z tego wyjść.

 

Roman Anusiewicz: 50 lat temu trafił Pan do Polski, skąd taki wybór?
Alosza Awdiejew: Piszę teraz wspomnienia zatytułowane „Moja kręta droga do polskości” i tam właśnie opisuje, jak to wszystko się zaczęło. Byłem studentem anglistyki na uniwersytecie w Moskwie. Gdy pojawiła się możliwość wyjazdu do Polski w ramach stypendium radia moskiewskiego - skorzystałem. W 1967 r. przyjechałem do Krakowa na Uniwersytet Jagielloński i zacząłem studiować na wydziale polonistyki. Po zakończeniu studiów musiałem wrócić do Rosji. Byłem już wtedy ożeniony z Polką, więc po złożeniu odpowiednich papierów i nie bez pewnych komplikacji w 1974 r. wróciłem już na stałe do Polski. W tym samym roku rozpo-częła się także moja współpraca z Uniwersytetem Jagiellońskim na wydziale rusycystyki, która trwała 37 lat.

Jak zatem zaczęła się Pana kariera muzyczna?
A.A.: Zanim zacząłem studiować anglistykę ukończyłem W Rosji dość prestiżowe technikum muzyczne ze specjalnością chórmistrza. Lata 60. w Rosji to duży wysyp samodzielnych śpiewaków (Wysocki, Okudżawa). Ja również zacząłem śpiewać, ale mnie najbardziej interesowała stara muzyka rosyjskich cyganów. Śpiewałem i grałem na imprezach towarzyskich, prywatkach. Już tu w Polsce, gdzie przyjechałem ze swoją gitarą, podczas studiów zorganizowałem kabaret. Trafiłem także do Studia Folksongu, założonego przez Adama Macedońskiego. Było to miejsce, gdzie prezentowali swoją muzykę studenci - obcokrajowcy. Po powrocie na stałe do Polski i rozpoczęciu pracy na UJ, moja muzyka została bardziej zauważona, byłem zapraszany do klubów studenckich. W 1976 trafiłem do Piwnicy pod Baranami. W zasadzie taka prawdziwa kariera artysty estradowego-kabareciarza zaczęła się w 1989 r., gdy Nina Terentiew zaprosiła mnie do Warszawy i zrobiła ze mną wywiad, przeplatany fragmentami koncertu, jaki wcześniej zagrałem w Krakowie.

Koncertował Pan także za oceanem.
A.A.: Tak, byłem w Chicago, Nowym Jorku, New Jersey i nie ukrywam, że bardzo mnie tam lubią, jako produkt poboczny kultury polskiej. Starsze pokolenie poloni amerykańskiej pamięta jeszcze i rozumie język rosyjski.

Wiele swoich występów okrasza Pan różnymi dowcipami, śmiesznymi historyjkami. Jak Pan ocenia poczucie humoru Polaków, czy jest takie samo jak np. 30 lat temu?
A.A.: W moim odczuciu poczucie humoru Polaków nie zmieniło się. Polacy mieli zawsze duże poczucie humoru, które stanowi jakby mieszankę humorów różnych subkultur (Górali, Ślązaków, Żydów). Zmieniają się natomiast same kawały, które dzielą się na bardziej lub mniej skomplikowane. Dalszy podział to na te śmieszne i mniej śmieszne. Jeżeli mam trudną publiczność to rzucam na przykład taki kawał: przychodzą wnuczkowie do dziadka i pytają, czy możemy pobawić się twoimi jajami. Dobrze odpowiada dziadek ale daleko nie odchodzić. I wszyscy się śmieją. To właśnie przykład prostego ale śmiesznego kawału.

A czy to nie dowód na to, że nasze poczucie humoru staje się nieco płytkie…
A.A.: Powiem ci dlaczego. Weszliśmy w epokę konsumpcji, a konsumpcja polega na tym, że płacisz za coś i chcesz to otrzymać. Idziesz na kabaret, więc chcesz się pośmiać, a nie zastanawiać się, co autor miał na myśli.

W międzyczasie miał Pan też przygodę z filmem. Która rola zapadła Panu najbardziej w pamięci?
A.A.: Historia z filmem sięga lat nieco późniejszych, był to koniec lat 80. Pierwszy mój film to epizodyczna rola w produkcji Agnieszki Holland „Gorączka”. Po kilku drobnych epizodach, zaprosił mnie do współpracy nieżyjący już reżyser serialu Ekstradycja - Wojciech Wójcik. Grywałem też w serialu Złotopolscy.

Teraz pytanie z gatunku tych poważnych, jak odbiera Pan dzisiaj relacje polsko-rosyjskie?
A.A.: Myślę, że relacje te są mocno obciążone między innymi reżimem putinowskim wprowadzonym teraz w Rosji. Wielu Rosjan nazywa zresztą swój kraj Związkiem Radzieckim nr 2. Rosjanie czują, że nie są zbyt lubiani, często zresztą podkreślają, że nie muszą nas lubić, byle się nas bali, myląc tym samym strach z szacunkiem. Rosja na powrót staje się izolowanym, zamkniętym państwem, nazwałbym to państwem „drugiego obiegu”.
Z drugiej strony wielu Rosjan, zwłaszcza tych młodych, świetnie zna angielski i chce wyjechać na zachód. Ostatnio nawet słyszałem, że co piąty młody Rosjanin nie ma nic przeciwko opuszczeniu swojego kraju.

Zawodowo jest Pan już na emeryturze, czy artystycznie też chce Pan już odpocząć, odejść w cień?
To fakt, nie pracuje już na uniwersytecie od 2012 roku, ale w sztuce nie ma emerytury. Dopóki przychodzi publiczność, to ja z miłości i szacunku do tych ludzi, będę się starał choćby i na czworakach wychodzić na scenę (śmiech).

Jakie w takim razie plany na przyszłość?
A.A.: Koncentruję się teraz na mojej książce, o której wspomniałem na początku. Mam jeszcze w planach kilka innych, w których będę chciał zawrzeć swoje stare felietony - niektóre były bardzo udane.
Tu muszę się pochwalić, iż dwa moje felietony ukazały się w książce prof. Henryka Markiewicza - „Uczeni żartują”, gdzie znalazłem się w dobrym towarzystwie uczonych nawet z XVI wieku.

Dziękuję za rozmowę

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany czwartek, 09 sierpień 2018 09:49
Roman Anusiewicz

Operator filmowy. Fotoreporter - kameroman@op.pl