Rozmowa z Marianem Kasprzykiem

Replika złotego medalu z Tokio z 1964 r. - oryginał znajduje się w klasztorze na Jasnej Górze Replika złotego medalu z Tokio z 1964 r. - oryginał znajduje się w klasztorze na Jasnej Górze

Jego kariera sportowa była pełna nieprawdopodobnych i dramatycznych spięć, zarówno w ringu jak i poza nim, iż posłużyła za kanwę scenariusza fabularnego filmu Juliana Dziedziny pt. "Bokser", w którym rolę pięściarza z Bielska zagrał Daniel Olbrychski. Marian Kasprzyk nigdy nie zdobył mistrza Polski, ale za to wywalczył złoty medal na olimpiadzie w Tokio w 1964 r.

Roman Anusiewicz: Kiedy i co spowodowało że zamieszkał Pan w Bielsku-Białej?
Marian Kasprzyk:
Do Bielska-Białej przybyłem z Ziębic w woj. Dolnośląskim latem 1958 r. Podczas meczu bokserskiego odbywającego się w Bielsku, kilka walk zorganizowano także w Ziębicach, w klubie "Sparta", gdzie wtedy boksowałem. Było to latem, przerwa w sezonie i ja bez treningu, bez przygotowania wygrałem wtedy przed czasem z bardzo dobrym zawodnikiem niemieckim. Trafiłem raz, drugi raz poprawiłem, no i wygrałem. Wtedy właśnie Stanisław Kogut, szkoleniowiec sekcji bokserskiej BBTS Bielsko, namówił mnie żebym przyjechał na stałe do Bielska. Miałem 19 lat, kiedy stoczyłem pierwszą walkę z Henrykiem Niedźwiedzkim z Legii Warszawa, który zdobył wtedy brązowy medal na Olimpiadzie w Melbourne. Wygrałem z nim wtedy, co było ogromnym moim sukcesem. Po tym meczu BBTS z Legią zostałem w kadrze Polski do końca.

Czy wcześniej, jako młody chłopak miał Pan już styczność z boksem? Kiedy złapał Pan bakcyla i postanowił boksować?
M.K.:
Mój starszy brat boksował. Włodek przyniósł kiedyś parę rękawic i zacząłem wtedy sparować z Mirkiem, moim drugim bratem. W pewnym momencie brat wziął mnie na trening. Po kilku treningach trener mówi do mnie: Maniuś zaboksujesz?
Zaboksowałem i pierwszą walkę wygrałem. Było to na początku 1957 r.

Czy warunki do uprawiania sportu były lepsze kiedyś niż teraz?
M.K.: Kiedyś była liga i do ligi trzeba było się przygotować. Były mistrzostwa okręgowe, mistrzostwa Polski itd. Chłopcy się starali, żeby zająć miejsca w czołówce, zdobyć mistrza czy wicemistrza. Chcieli trenować. Teraz natomiast rozgrywki są, ale na całkiem innych zasadach. Kiedyś jak były mistrzostwa okręgowe, to w jednej wadze bywało po 30-40-tu zawodników i trzeba było się ładnie "smarować", jak to kiedyś mówiono. Każdy zawodnik, aby się dostać do finału, musiał mieć wygranych przy-najmniej 5-6 walk. A teraz 2 walki i już się jest w finale. Druga sprawa to zawodowstwo. Ci co się uczą lub pracują nie mają czasu na treningi. A ci co już trenują, to im nie zależy. On trenuje dla siebie, żeby być sprawniejszym, zgrabniejszym, żeby fajnie wyglądać itp... Nie ma rozgrywek, więc po co się męczyć za bardzo. A dawniej naprawdę musiał trenować, bo bez treningu nic by w boksie nie zdziałał.

Kto Pana odkrył dla kadry Polski?
M.K.:
Gdy wygrałem z Henrykiem Niedźwiedzkim zainteresował się mną Feliks Stamm. Nie byłem wtedy taki znany, a Heniek się liczył w boksie, gdyż na olimpiadzie zdobył medal, więc to już było coś. A może mnie młokosa 6 lat młodszego zlekceważył. Podobnie było, gdy pojechałem na moją pierwszą olimpiadę do Rzymu w 1960 r. i wylosowałem Wladimira Jengibariana ze Związku Radzieckiego. Był to mistrz olimpijski z 1956 r. Wszyscy popatrzyli na mnie z niedowierzaniem, a ja jednak z nim bez problemu wygrałem przed czasem.

Jak wspomina Pan swój pierwszy start na Igrzyskach Olimpijskich?
M.K.:
Każdy jakoś to przeżywa. Jedni duszą to w sobie, inni to uzewnętrzniają. Gdy pierwszą walkę w roku 1960 w Rzymie wygrałem przez nokaut właśnie z Jengibarianem, to był dobry mój początek, ponieważ ci następni już się mnie bali. Niestety do dalszych walk lekarz mnie nie dopuścił, ponieważ miałem wielkiego guza na łuku brwiowym, przez co oko mi się całkowicie zamknęło. Ale przywiozłem za to chociaż medal brązowy.

W 1980 r. wiele państw zachodnich zbojkotowało Igrzyska w Moskwie. Czy przez to duch rywalizacji został wypaczony?
M.K.:
Według mnie była to Olimpiada Armii Zaprzyjaźnionych (śmiech). Tyle lat treningów do olimpiady żeby potem na nią nie jechać? Sport - polityka, to nie pasuje za bardzo.

Które kraje, Pana zdaniem, są światowymi potęgami w boksie i z czego to wynika?
M.K.:
Wydaje mi się że Rosjanie powrócili do czołówki, gdyż mają teraz bardzo dobrych zawodowców.

Który element w treningu sprawiał Panu największą przyjemność, a którego Pan nie lubił?
M.K.:
Jeżeli chodzi o elementy ogólnorozwojowe, to nie lubiłem biegać. Za to lubiłem grać w piłkę nożną. Graliśmy raz w tygodniu w ramach odpoczynku od intensywnego treningu.

Czy trenował Pan w latach 60-tych również na zgrupowaniach, czy odbywały się wtedy takie treningi?
M.K.:
Oczywiście, były wtedy takie zgrupowania. Trwały one od 2-3 tygodni do miesiąca, a nawet dłużej. Sparing odbywał się co drugi dzień. Na przemian z biegami, marszobiegami oraz techniką.

Jak na tę chwilę ocenia Pan kondycję polskiego boksu, co można zmienić, żeby stał się bardziej popularny?
M.K.:
Gdyby była liga i przez to więcej boksu, obicia ringowego, to już by było inaczej. Potem dopiero śmiało można iść na zawodowstwo. A tu 2,3 treningi i taki chce już na zawodowstwo, bo chce zarabiać pieniądze. Najpierw trzeba się nauczyć boksować, mieć wyniki a potem dopiero o tym myśleć. Praca, praca i jeszcze raz praca.

Co Pan myśli o MMA, KSW? Ile to ma wspólnego ze sportem, a ile ze zwykłym show?
M.K.:
Według mnie to jest widowisko robione tylko głównie dla pieniędzy. Więcej markowania ciosów, niż prawdziwej walki. Gdyby to działo się naprawdę, to zawodnik po niektórych ciosach nie miałby prawa wstać.

Czy boks jest dla każdego? Jaki charakter psychofizyczny musi posiadać przyszły zawodnik?
M.K.:
Zawodnik musi mieć twardy charakter. Jak jest miękki, to nie ma po co podchodzić do ringu, do klatki. Może co najwyżej trenować, bo każdy może trenować dla siebie, dla swojej sylwetki, kondycji, ale dobry fighter z niego raczej nie będzie. Dobry zawodnik musi być ambitny, zahartowany, odporny na ból. Jest to naprawdę męski sport.

Coraz częściej można spotkać na ringu kobiety...
M.K.:
Kobietom trzeba pozostawić jedno: są zadziorne, nie odpuszczają. Jest to cecha, która je wyróżnia w tym sporcie. Gdyby chłopcy byli tacy zadziorni, jak te dziewczyny, to na pewno by lepiej boksowali (śmiech).

Co Pan teraz robi, jeśli chodzi o uprawianie sportu?
M.K.:
Do niedawna prowadziłem jeszcze treningi, a teraz to raczej gościnnie jestem zapraszany tu i tam, między innymi przez Sławo-mira Dubiela - prezesa Bielskiego Klubu Bokserskiego Beskidy oraz sekcji karate Kyokushin w Bielsku-Białej. Demonstruję wtedy różne techniki, które mogą się przydać młodym adeptom sztuk walki.

Dziękuję za rozmowę

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany wtorek, 05 luty 2019 18:06
Roman Anusiewicz

Operator filmowy. Fotoreporter - kameroman@op.pl