Sztukę trzeba robić bardzo uczciwie - rozmowa z Beatą Paluch

Beata Paluch Beata Paluch

Zagrała w kultowej „Liście Schindlera” Stevena Spielberga. Aktorka Beata Paluch – bo o niej mowa, po kilku epizodach niemal całkowicie poświeciła się rolom teatralnym. Czasem też oddaje się swojej drugiej pasji – muzyce. Na łamach „Bielskiego Rynku” opowiada o swojej pasji, współczesnym aktorstwie oraz popularności. Zapraszamy.   

Sztukę trzeba robić bardzo uczciwie.

Sylwia Cegieła: Podobno w pracy nie toleruje Pani „lipy”. Czego jeszcze nie znosi Pani w swojej pracy?
Beata Paluch: Pychy, bezwzględności, ponuractwa.

Mówi się o Pani jako o „zapomnianej piękności schyłku PRL-u”. Czy nie żałuje Pani tego braku popularności teraz, w czasach mediów i nieograniczonych możliwości?
B.P.:
Żałuję. Popularność dla zbyt wielu osób utożsamiana jest z wartością dodatnią, żeby można ją było lekceważyć. Muszę zaznaczyć, że nigdy nie startowałam w konkursach piękności.

Co dał Pani teatr, a czego nie dostała Pani od kina oprócz, oczywiście, ról?
B.P.:
Teatr to bezpośrednie i natychmiastowe konfrontacje, sprawdzian swoich (i cudzych) wyborów artystycznych, bezpośredni kontakt z bardzo różnorodną publicznością i niepowtarzalna adrenalina jako składnik roli powstającej podczas tego kontaktu, składnik zawsze inny, tajemniczy, do odkrycia dopiero po wejściu na scenę. Teatr to dom, szkoła, uniwersytet, to las, łąka, plaża, wulkan, wojna, huragan – wszystko, co kochasz
i czego się boisz. To miejsce spotkania ciał, dusz, serc i umysłów. Wrażliwe, ale i bezwzględne ścieranie się wyobraźni.

Będąc z dla od blasku fleszy, grając sobie spokojnie w teatrze, czy nie ma Pani wrażenia, że coś straciła? A może jednak zyskała Pani coś kosztem właśnie tej sławy?
B.P.:
W teatrze nie da się grać spokojnie. Jeżeli coś straciłam, to nie wiem co i – szczerze mówiąc – niepotrzebna mi ta wiedza. Sława jest produktem ubocznym, „na pstrym koniu jeździ” itp., itd. Nie mam poczucia straty, jeśli dobrze rozumiem pytanie.

Uznano Panią za aktorkę grającą epizody. Czy nigdy nie było Pani żal, że nie miała szczęścia zagrać dużej roli kinowej i „na dobre” zaistnieć w świadomości widzów?
B.P.:
Tu pojawia się kilka tematów, a wszystkie nadają się na rozprawy habilitacyjne. Każdy aktor wie, że epizod jest równie ważny jak główna rola. Nie bez powodu są za to nagrody. Nie zawsze wiedzą o tym inni twórcy obrazów filmowych. Żeby zaistnieć w świadomości widza „na dobre” nie trzeba dużej roli i nie zawsze jest to „dobre” dla aktora. Niestety, pożegnaliśmy przed chwilą pana Wojciecha Pokorę, który „na dobre” zapadł nam w pamięć jako Marysia z filmu „Poszukiwany, poszukiwana”, choć sam nie lubił tej roli, ponieważ uważał, że źle ja zagrał. Janusz Gajos wiele lat walczył z „Jankiem” z „Czterech Pancernych” i na szczęście –
dla nas! Widzów! – wygrał, ale łatwo sobie wyobrazić jego przegraną. Nie! Lepiej nie! Za największą pomoc w walce ze schematem, w którym go uwięziono Janusz Gajos uważa teatr. Tak, właśnie teatr! Co do moich nielicznych ról kinowych – no cóż, to były ważne rzeczy, ale tak dawno, że niewiele pamiętam. Trzeba by zacząć od nowa – jestem innym człowiekiem, mam inne warunki, musi się znaleźć jakiś inny scenariusz i reżyser, któremu się „nadam”.

Jak postrzega Pani w ogóle popularność?
B.P.:
Na popularności się nie znam. Pamiętam, że kiedy w TV pokazywali „Dziewczynę z Mazur”, a mnie palcami na ulicy, ktoś wymyślił, że jestem „polską Izaurą” i strasznie mnie to wkurzało. Do tej pory nie rozumiem… Dlaczego Izaura?

Może dlatego, że ten serial swego czasu był bardzo popularny… Co Pani sądzi o współczesnym aktorstwie? Wielu aktorów nie ma ukończonych szkół, a mimo to pracują w zawodzie i zdobywają nagrody.
B.P.: Osobiście nie znam. Aktorstwo, jak zwykle, ma się dobrze. Tak zawodowe, jak każde inne – jeśli wierzymy, to znaczy, że jest ok.

Co sobie Pani myśli, gdy spogląda Pani na współczesne kino i teatr?
B.P.: Myślę, że lubię. Jedno i drugie. Zachwycają mnie teksty i obrazy wciąż po nowemu opowiadające stare historie. Kocham aktorów absolutnie bezwstydnych, z wielkim dystansem i poczuciem humoru traktujących siebie i otaczającą ich rzeczywistość. Aktorki też. Często zachwycają mnie moje koleżanki, koledzy – to jest największa przyjemność – żyć wśród ludzi, którzy cię uskrzydlają!

Zagrała Pani rolę w kultowej „Liście Schindlera”. Jak Pani wspomina czas spędzony na planie? Jaką misję mają tego rodzaju filmy?
B.P.: Kiedyś interesowała mnie misja i chciałam zostać misjonarką, jednak wybrałam sztukę. Od kiedy jestem aktorką, misję zostawiam innym. Sztuka, teatr, ma nam dać impuls, odbicie, żebyśmy mogli zobaczyć i wybrać. Dlatego sztukę trzeba robić bardzo uczciwie – każdą. Jerzy Stuhr opowiada, jak Krzysztof Kieślowski zmienił zakończenie „Amatora”. Film kończył się prześwietleniem taśmy, którą główny bohater mógł skrzywdzić niechcący kolejnego człowieka. Po kolaudacji reżyser wznowił zdjęcia, bo jak stwierdził – to jest nieprawda – nikt, kto ma potrzebę dokumentowania rzeczywistości, nie zrobi czegoś takiego, to jest odruch sentymentalny, atrakcyjna szlachetność na koniec obrazu, ale to nie jest prawda. „Lista Schindlera” to film, który mógł być bardzo sentymentalny. Jest uczciwy i taka była praca na planie, a myślę, że również w każdym innym momencie powstawania tego filmu. Spielberg był wszędzie i widział wszystko. Montował obrazy wstępnie zaraz po zakończeniu dnia zdjęciowego. Łapał nasze prywatne spojrzenia i działania spoza ustalonego planu i potem wprowadzał to w sceny które nagrywaliśmy. Obserwował i komponował – bezustannie. Patrzył na nas jak na ludzi, którzy ucieleśniają jego wizję. Myślę, że wszyscy o tym wiedzieliśmy, dlatego tam nie było pustego czekania na ujęcia. Każdy w kostiumie, w charakteryzacji stawał się cząstką współtworzącą obraz. Jego koncentracja na temacie działała jak wielka siła przenosząca wszystkich w inną rzeczywistość. Każdy czuł się absolutnie niezbędny i ważny. Pamiętam też wielki szacunek, z jakim traktowała reżysera cała ekipa i szacunek, z jakim on traktował wszystkich. To było spotkanie kompetentnych ludzi, którzy uczciwie wykonują swoje zadania. Zdjęcia odbywały się nieraz w bardzo trudnych warunkach, ale zawsze z pełnym zrozumieniem z jednej strony potrzeb, a z drugiej dyskomfortu. To nie była kurtuazja, kiedy reżyser – odbierając Oscara – powiedział, że siłą tego filmu jest bohater zbiorowy. Bardzo dobre doświadczenie.

To musiało być bardzo budujące usłyszeć z ust reżysera takie miłe słowa, które potem mógł też usłyszeć cały świat. Na zakończenie chciałam jeszcze zapytać o Pani drugą pasję: oprócz aktorstwa zajmuje się Pani muzyką. Co ona Pani daje? Jest tylko przerywnikiem między kolejnymi spektaklami? A może to coś więcej? 
B.P.:
Muzyka przenosi człowieka w inny wymiar, w inną rzeczywistość. Muzyka wyraża emocje i uczucia, których nie da się nazwać. Muzyka bez słów wciąż ma zdolność wyrażania, a słowa bez melodii nie wyrażają nic.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany sobota, 11 sierpień 2018 16:47
Sylwia Cegieła

Absolwentka wydziału filozoficznego UŚL. Marketingowiec i PR-owiec w jednym - media społecznościowe. Dziennikarka z zamiłowania. Autorka bloga "Kulturalne rozmowy".

www.sylwiacegiela.pl