Tropem Bolka i Lolka

Roman Nehrebecki - z archiwum rodzinnego Roman Nehrebecki - z archiwum rodzinnego

Bolek i Lolek - kultowy serial dla najmłodszych i nie tylko, którego kolebką jest Bielsko-Biała. Zdobył sobie popularność nie tylko w Polsce ale i za granicą. Jak się okazuje dwaj sympatyczni bohaterowie bajki nie byli jedynie wytworem wyobraźni reżysera. Pierwowzorami obu postaci byli bracia: Romek i Janek - synowie Władysława Nehrebeckiego - pomysłodawcy i twórcy Bolka i Lolka.

 

Roman Nehrebecki (Lolek) po lewej, Janek Nehrebecki (Bolek) po prawej.

Roman Anusiewicz: Na początek powiedz parę słów o swym ojcu.
Roman Nehrebecki: Ojciec urodził się w Bolesławiu (na wschodnich terenach Polski), był to rejon pól naftowych. Mój dziadek z kolei był cieślą, który między innymi stawiał szyby naftowe. Ojciec od najmłodszych lat przejawiał talent artystyczny, przede wszystkim lubił ryso-wać. Fascynował się także filmami Disneya i animacją. Jego plany kształcenia się w tym kierunku niestety przerwała wojna. Wywieziony na roboty przymusowe do Hannoveru, przebywał tam do jej zakończenia. W 1946 roku powrócił do kraju, aby odszukać rodzinę. Rozpoczął pracę w Katowicach, rysując komiksy w ówczesnej Try-bunie Robotniczej. Tam też narodziło się pierwsze w Polsce studio animacji. Pojawiły się wówczas takie nazwiska jak: Witold Giersz, Leszek Lorek, Alfred Ledwig. Po przeniesieniu do Bielska-Białej utworzyli oni istniejące do dziś Studio Filmów Rysunkowych, które po kilku przeprowadzkach trafiło ostatecznie na ulicę Cieszyńską.

Władysław Nehrebecki był dla Ciebie i Janka przede wszystkim ojcem, czy artystą?
R.N.: Przez jakiś czas całą rodziną mieszkaliśmy w budynku Studia przy Cieszyńskiej. Pamiętam, że ojciec pracował także w domu, zamykając się w swoim pokoju. Można więc powiedzieć, że była bardziej artystą. Pozostałymi sprawami zajmowała się mama, która starała się zdjąć z jego głowy wszystkie problemy dnia codziennego.

Jak spędzał z Wami czas? Czy był surowym, poważnym ojcem, czy miał w sobie trochę z dziecka?
R.N.: Ojciec był miłośnikiem książek przygodowych, więc starał się i nas zarazić tą miłością. Zabierał nas do nie istniejącego już dziś kina Wanda. Pamiętam także niedzielne wyjazdy do Cygańskiego Lasu, gdzie organizował nam różnego rodzaju zabawy, opowiadał o ulubionych literackich bohaterach. Wtedy był dla nas tatą. Na co dzień, w tygodniu był bardzo pochłonięty pracą, żył nieco z głową w chmurach.

Czy to co robił ojciec nobilitowało Was w środowisku rówieśników ?
R.N.: Dzięki mojej mamie, udzielającej się w komitecie rodzicielskim szkoły do której uczęszczaliśmy, zaczęto coraz częściej organizować wycieczki szkolne do Studia, co było dużym wyróżnieniem. W klasach wisiały także celuloidowe rysunki bajkowych postaci, które przynosiliśmy do szkoły. Bardzo nas to nobilitowało, czuliśmy się wówczas wyróżnieni.

Czy koledzy prosili Was o rysunki taty, a może wy sami rysowaliście, próbując iść w ślady ojca?
R.N.: Niestety zarówno ja, ani brat nie odziedziczyliśmy po tacie talentu do rysowania. Pamiętam, że kiedyś przyniosłem na lekcje rysunek wykonany przez mojego tatę, niestety nauczycielka od razu poznała, że to nie moje dzieło i stwierdziła, że to tata otrzyma „piątkę z koroną”.

Pierwsze scenariusze do bajki Bolek i Lolek to 1962 r. Ile mieliście wtedy lat?
R.N.: To łatwo obliczyć ja miałem 10 lat, brat prawie 12. Pierwszy scenariusz oparty był jednak o przygody, które przeżyliśmy nieco wcześniej, w wieku 7-8 lat.

Czyli potwierdzasz krążące legendy, że to właśnie Ty i brat byliście pierwowzorami bajkowych postaci Bolka i Lolka.
R.N.: Tata był bacznym obserwatorem. Oglądając z bratem ówczesne telewizyjne seriale dla dzieci i młodzieży, często w swoich zabawach naśladowaliśmy filmowych bohaterów. Pamiętam zabawę w Wilhelma Tella, kiedy bawiąc się zrobioną z wieszaka kuszą, wyrządziliśmy nieco szkód naszej sąsiadce. Ta sytuacja znalazła odbicie w filmie. Podobnie jak zabawa w Zorro, w rycerzy okrągłego stołu, czy piratów itp.

Przypominaliście wtedy filmowych bohaterów bardziej z wyglądu, czy z charakteru?
R.N.: Brat Janek był starszy, więc to on zazwyczaj dowodził. Ja byłem bardziej uległy i dobroduszny, z wyglądu nieco okrągły. A ponieważ nie znosiliśmy się z bratem, często miały miejsce kłótnie i poszturchiwania. Próbowaliśmy udowodnić, kto jest silniejszy, no i zazwyczaj ja przegrywałem. Nasze konflikty były więc doskonałą pożywką dla obserwacji dla naszego taty. Z pewnością postacie musiały być również dostosowane do potrzeb narracji filmowej, a więc nieco przerysowane i wyostrzone.

Czy istnieją jakieś postacie bajkowe i scenariusze Władysława Nehrebeckiego, które nie ujrzały światła dziennego?
R.N.: Z pewnością były, lecz ojcu nie starczyło czasu na ich realizację. Praca nad serialem Bolek i Lolek, zwłaszcza w latach świetności tej produkcji, pochłaniała zbyt wiele czasu. Rocznie powstawało kilkanaście odcinków, a przecież oprócz tego były inne filmy np. Reksio. Wiele pomysłów trafiało więc do szuflady. Później pojawiła się praca nad pierwszym, pełnometrażowym filmem „Wielka podróż Bolka i Lolka”, która zajęła prawie trzy lata. Była to tytaniczna praca, w większości wykonywana przecież ręcznie.

Czy Tola, która w pewnym momencie zaczęła towarzyszyć chłopakom, także miała swój pierwowzór?
R.N.: Nie, Tola powstała na wyraźne życzenie dziewczynek. Ojciec często otrzymywał listy od dzieci, które wymyślały swoje własne historie. Ojciec pisząc scenariusz często z nich korzystał. Dziewczynki twierdziły często, że nie mają swojej przedstawicielki w serialu, więc kolejnych 30 odcinków powstało z Tolą. Później tę postać zarzucono. Moim zdaniem szkoda.

Czym, Ty i brat, zajmowaliście się w tamtych czasach?
R.N.: Jak każdego młodego człowieka, interesowała nas wtedy dobra muzyka i zabawa. Jeżeli chodzi o naszą ścieżkę kariery, to brat poszedł w kierunku humanistycznym - skończył filologię angielską. Mnie interesowało przez pewien czas aktorstwo, nie dostałem się jednak do szkoły w Krakowie. Skończyłem natomiast Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Katowicach. Pracowałem między innymi na kierowniczym stanowisku w przemyśle wełnianym. Zawsze pociągała mnie muzyka, grywałem więc amatorsko w różnych zespołach.

Gdy przechodzisz wieczorem ulicą Cieszyńską, czujesz, że te stare mury studia rozmawiają cicho o Twoim tacie?
R.N.: One w ogóle ze sobą rozmawiają. Swoje piętno odcisnął w tam-tym miejscu nie tylko mój tata, ale wiele innych osób: Wiktor Marszałek - twórca Reksia, Wacław Wajser i wielu, wielu innych.
Tamto miejsce tętniło wówczas życiem, powstawało kilkadziesiąt filmów rocznie. W studiu pracowało łącznie kilkaset osób. Wspominam to miejsce z sentymentem także, jako miejsce naszych dziecięcych zabaw.

Interaktywne Centrum Bajki i Animacji. Co sądzisz o tym pomyśle?
R.N.: Uważam, że to dobry pomysł. Projekt wykonany został z dużym rozmachem przez znanych warszawskich architektów. Uważam jednak, że studio powinno zachować przede wszystkim swoją pierwotną funkcję produkcyjną. Bielskie SFR ma przecież ugruntowaną markę na świecie, 70 lat istnienia, setki zdobytych nagród, niekwestionowany sukces Bolka i Lolka, swego czasu najlepiej sprzedającego się filmu animowanego. Ta ścieżka powinna być kontynuowana. Wykształcono tam wielu ludzi - doskonałych animatorów. Rozwój technologii i zmiana polityki państwa wobec kultury, odsunęły ich nieco poza nawias działalności produkcyjnej - czego niezmiernie żałuję. Niejednokrotnie nadal odnajduję polskie nazwiska w europejskich oddziałach filmowych Disneya i innych wytwórni; często są to ludzie, którzy swoją wiedzę czerpali właśnie tutaj lub otarli się o pracę studia. Tworzą teraz fantastyczne rzeczy poza naszym krajem, poza Bielskiem. Dzisiaj Studio stało się niemal obiektem muzealnym, skan-senem, odwiedzanym przez wy-cieczki. Trudno nazwać to, co się tam dzieje, (produkowany tam obecnie od dłuższego czasu serial) normalną działalnością produkcyjną w pełnym tego słowa znaczeniu.


Miałeś swego czasu pomysł aby w Bielsku-Białej otworzyć bajkowy park rozrywki?
R.N.: Tak, miałem taki epizod w życiu, gdy pełniłem funkcję bielskiego radnego. Wnosiłem o to, aby na terenach stoku Dębowca, gdzie dzisiaj funkcjonuje wyciąg, otworzyć coś na kształt parku rozrywki, który nazwałem roboczo Bolkololkolandią. Były już nawet prowadzone rozmowy z inwestorami. Gdyby wtedy miasto dało teren, ja przyprowadziłbym inwestorów. To byli ci sami inwestorzy, którzy później skierowali swoje możliwości organizacyjne na Energylandię i w ten sposób powstał jeden z największych parków rozrywki koło Zatoru, a mogło to zaistnieć w Bielsku, w oparciu o bohaterów bajek, które zapisały się w naszej pamięci.

Dziękuję za rozmowę

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 13 sierpień 2018 15:23
Roman Anusiewicz

Operator filmowy. Fotoreporter - kameroman@op.pl