Reklama

Ulubione zajęcie - rozmowa z Janem Węglowskim

By Piotr Skucha maj 01, 2018 176
Jan Węglowski – Gość specjalny 107. wieczoru Bielskiej Sceny Kabaretowej.  Współpracownik Teatru Kalambur, Studia 202, wrocławskiego Antykabaretu i radiowej Trójki. Przetłumaczona przez niego sztuka Antonína Procházki „Z twoją córką? Nigdy!” jest z powodzeniem grana we wrocławskim Teatrze Komedia  i Teatrze Polskim w Bielsku-Białej.

Piotr Skucha: Jesteś satyrykiem, aktorem, scenarzystą, bibliotekarzem, kompozytorem, tłumaczem, radiowcem, kabareciarzem... Mógłbym jeszcze długo wymieniać. Które z tych zajęć daje ci największą satysfakcję?
Jan Węglowski: Wszystkie!

Gdybyś musiał wybierać?
J.W.: To nie jest sprawa wyboru. Kocham to, co robię.

Załóżmy, że wprowadzono prawo zezwalające na pracę tylko w dwóch zawodach. Jak zajmiesz się czymś trzecim, to tracisz prawo do wykonywania tych dwóch...
J.W.: Nigdy nie zajmowałem się więcej niż dwoma naraz.

Zawodami?
J.W.: Tak, tak. W moim wieku...

Bez przesady. Nie jesteś wiekowy. Między nami jest tylko pięć lat różnicy. Do tego wszyscy nasi znajomi myślą, że to ja jestem starszy.
J.W.: Ale jest odwrotnie. Ostatnio na zakupach, kiedy poprosiłem ekspedientkę o pół litra, zwróciła się w stronę półki z alkoholami, a gdy dopowiedziałem: - pół litra wody mineralnej, spojrzała na mnie
i pokiwała głową: - no tak, w pana wieku trzeba dbać o zdrowie. Co na zagrychę?

Miałeś mówić o ulubionych zajęciach. Czyżby zakupy?
J.W.: Nie, nie! Po kolei. Zaczęło się od teatru Kalambur, którego byłem fanem na studiach. Spędzałem w nim całe dnie i noce. Poznałem tam Krzysztofa Piaseckiego i Staszka Wolskiego z ówczesnego kabaretu “Gralak Marian” i zacząłem z nim występować. To była połowa lat 70.

Pamiętam. Świetny kabaret. Kapitalny numer ze stop klatką, skecz z legitymacją i monolog Staszka „w osiemdziesiąt dolarów dookoła świata”.
J.W.: Potem z Arturem Kusajem stworzyliśmy w Teatrze Kalambur sześć autorskich programów kabaretowych. Artur głównie pisał, ja robiłem muzykę, z czasem również teksty. Za trzeci Program „Wesoło ma być!” w 1988 roku otrzymaliśmy pierwszą nagrodę na Łódzkich Targach Estradowych. Wkrótce potem Andrzej Waligórski zaprosił mnie do zespołu „Studia 202”

Najstarszego rozrywkowego programu radiowego na świecie.
J.W.: Jest w Księdze Rekordów Guinessa. Na antenie od 1957 roku. Program redagowany najpierw przez nieodżałowanych: Ewę Szumańską
i Andrzeja Waligórskiego, a po jego zbyt wczesnym odejściu, przez kabaret Elita. Zacząłem tam nagrywać swoje monologi i dostałem od Ireny Neneman propozycję nagrywania dla Trójki, gdzie poznałem dwóch jego-mości z kabaretu Długi, Jacka Łapota i Piotra Skuchę. Oni mnie zaprosili do swojej audycji „Móżdżek po polsku”. Potem...

Za mało ci było radia, więc za-jąłeś się telewizją.
J.W.: Było kilka seriali. „Chłop i baba”, „Szable w dłoń”...

Rozpoznawali cię ludzie na ulicy?
J.W.: Tak, ale głównie po głosie.

Czyli jednak radio.
J.W.: W telewizji grałem w charakteryzacji, niewielkie role...

Byłeś listonoszem.
J.W.: A nie w każdym odcinku poczta dochodziła. W radiu byłem częściej. W Trójce, w waszej audycji „Parafonia”, jako małolat o ksywie ”Krótki” nadawałem krótkofalówką meldunki z dachu wrocławskiej budy.
Halo! Tu Krótki! Krótki do Długiego! Jak ja nienawidzę tych ze Świstackiego!

Kto to był Świstacki?
J.W.: Stanisław Świstacki. Historyczna postać. Kosynier, który jako drugi zatkał czapką armatę pod Racławicami. Pierwszy był Bartosz Głowacki.

O Bartoszu uczyliśmy się w szkole .
J.W.: A Świstacki ma ulicę we Wrocławiu. I ja wymyśliłem przy tej ulicy gimnazjum, którego uczniów moja buda nienawidziła. Kiedyś w księgarni podszedłem do kasy, podałem wybraną książkę ekspedientce i po-wiedziałem tylko: - Dzień dobry, proszę zapakować na prezent. W odpowiedzi usłyszałem: - Ja panu tej książki nie sprzedam! - Dlaczego? - Bo ja jestem ze Świstackiego!

Wróćmy do ulubionego zajęcia. Czy to wtedy zająłeś się tłumaczeniami z czeskiego?
J.W.: Nie. Najpierw były scenariusze filmowe. A jeszcze wcześniej lwowskie piosenki.

Przez dwa lata byłeś studentem scenariuszopisania w łódzkiej Filmówce ...
J.W.: Napisałem też kilka scenariuszy, ale żaden jeszcze nie został sfilmowany.

Dlaczego?
J.W.: Głównie z powodów finansowych. Film sporo kosztuje. Nawet jeśli odniesie sukces i inwestor sporo na nim zarobi, to trzeba na to długo czekać. Od scenariusza do premiery filmu nawet kilka lat.
Inwestorzy wolą szybsze zarobki, więc się z filmu wycofują. Ale scenariusze czekają spokojnie w szufladzie, tuż obok prywatnego banku pomysłów.

I wtedy zacząłeś tłumaczyć z czeskiego...
J.W.: Jeszcze nie! Najpierw skończyła się współpraca z radiem.To znaczy, Trójka zrezygnowała z audycji rozrywkowych. W 2005 roku została tylko Powtórka z Rozrywki. Skończyła się pewna epoka.

Wszyscy wtedy wylecieliśmy. Został tylko Artur Andrus, bo on był najmłodszy, a dyrekcja wymyśliła, że Trójka będzie radiem dla licealistów.
J.W.: Nie bardzo wiedziałem co robić dalej. Pracowałem wtedy w Ossolineum, a później w Bibliotece Uniwersyteckiej. Zostałem starszym kustoszem dyplomowanym, czyli dochrapałem się najwyższego stop-nia w tej branży. Wyżej już się nie da, więc koniec kariery.

Jak to koniec? A Biblioteka Narodowa?
J.W.: Tam trzeba mieć jeszcze tytuł doktora i plecy.

Podobno teraz tytuł doktora nie jest już wymagany.
J.W.: Ale nie mam pleców ani ochoty.

A jaki jest twój zawód wyuczony?
J.W.: Skończyłem filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Przez pięć lat pracowałem jako szef Gabi-netu Śląsko-Łużyckiego. Moim koni-kiem jest historia Wrocławia
i Dolnego Śląska. Mamy unikatowe w skali światowej zbiory dotyczące tego regionu. Cieszy mnie, że przy-czyniłem się do ich zdigitalizowania.

Może uporządkujesz moją bibliotekę? Ma długą historię, kilka razy się z żoną przeprowadzaliśmy.
J.W.: Jeżeli będziesz mnie żywił i opierał przez trzy lata. Krócej się nie da. Widziałem Twoją bibliotekę. I chociaż Bielsko-Biała naprawdę mi się podoba, to z urodzenia i miłości jestem wrocławianinem .

Moja rodzina też ze Lwowa.
J.W.: To muszę się trochę cofnąć w czasie. W 1988 roku w Teatrze Kalambur zrobiliśmy spektakl „A kto z nami trzyma sztamy, czyli piosenki lwowskiej ulicy”. Byłem jego współscenarzystą, akompaniatorem i śpiewałem tam kilka piosenek. Zjeździliśmy z tym spektaklem przez trzy lata całą Polskę.

Nie tylko Polskę. To było kultowe przedstawienie.
J.W.: Sporo graliśmy dla Polonii. W Szwajcarii, we Francji... W Londynie, w POSK-u dzień w dzień ponad tydzień przy pełnej widowni. Poznaliśmy tam Władę Majewską, która występowała w legendarnej przedwojennej audycji „Wesoła lwowska fala”. Niestety, Henryk Vogelfänger, czyli Tońcio ze słynnego duetu Szczepcio i Tońcio, akurat wtedy został zaproszony do Warszawy.
To był rok 1990. Minęliśmy się z nim.

Czytałem relacje z waszych występów we Lwowie. Nadkomplety, otwarte na oścież okna, a przy nich tłum nasłuchujący z ulicy i bisy trwające dłużej niż spektakl.
J.W.: Byliśmy we Lwowie trzykrotnie. Najpierw graliśmy kilkanaście kilometrów od centrum, w bazie Energopolu. Jeszcze nie było państw Ukraina i Rosja, tylko Związek Radziecki.

Czasy, kiedy u nas można już było mówić o polskim Lwowie, a tam jeszcze nie.
J.W.: Dyrekcja Energopolu zwoziła lwowiaków do tej bazy autobusami. Faktycznie, widownia wypełniona tak, że żadnego przejścia nie było. Zaczynamy spektakl. Wchodzimy na scenę w długich płaszczach śpiewając piosenkę „W dzień deszczowy i ponury z Cytadeli idą góry, szeregami lwowskie dzieci idą tułać się po świecie...”. Odwracamy się, a tu wszyscy płaczą. Cała widownia. Nawet teraz mam dreszcze, jak to opowiadam.

Ja też. Widziałem ten spektakl kilka razy, między innymi na Bielskiej Scenie Piosenki Niebanalnej.
J.W.: Kilka lat temu Bogdan Klimsa, świetny muzyk, reaktywował ten spektakl we Wrocławskim Teatrze Piosenki i mamy go stale w repertuarze, obok przebojowego „Szlagiery szampańskiej ery”.

Czy chcesz przez to powiedzieć, że śpiewanie jest twoim ulubionym zajęciem?
J.W.: W tych przedstawieniach my śpiewamy właściwie przy okazji. Tam są dialogi, postacie, sytuacje, nawet fabuła. Każda piosenka to oddzielna scenka. Bo to jest T e a t r Piosenki.

Nazwa zobowiązuje. Czyli lubisz teatr i dlatego zacząłeś tłumaczyć czeskie komedie?
J.W.: Na pierwszym roku filologii miałem lektorat czeskiego, ale prawdziwego kopa dała mi wycieczka do Pragi. To miasto mnie zauroczyło tak, że postanowiłem uczyć się czeskiego samodzielnie. Zacząłem czytać, słuchać radia, oglądać telewizję. I stałem się po prosu czechofilem. Lubię ich kulturę, poczucie humoru, filozofię życiową, film, literaturę... Przetłumaczyłem kilka humoresek do pisma „Śmiech Europy” i tak się zaczęło.

Komedia Antonína Procházki „Z twoją córką? Nigdy!” w twoim tłumaczeniu grana jest w Bielsku już drugi sezon przy pełnej widowni Teatru Polskiego.
J.W.: O granie? Pewnie!

Nie o granie. O tłumaczenie. Że w przekładzie straci się ten specyficzny czeski humor, że to po polsku nie zabrzmi. Nas już sama melodia języka czeskiego bawi. Trudno się tłumaczy z czeskiego?
J.W.: W przypadku słowa pisanego nie słyszy się akcentu, melodii języka, więc to nie śmieszy, nie zaskakuje. Zasadą jest, żeby prze-kład był jak najbliższy oryginału, a jednocześnie pisany językiem przekładu.

Zdarza ci się tłumaczyć zdanie, żart, myśl, coś nieprzetłumaczalnego wprost?
J.W.: Często. Przy żartach językowych. Wtedy wymyślam własny żart i przedstawiam autorowi do akceptacji. Jak dotąd żaden nie zaprotestował.

Bo dobrze ci to wychodzi. Twoje tłumaczenia mają świetne recenzje i kolejni czescy autorzy cieszą się na wieść, że chcesz ich tłumaczyć, a nawet przysyłają ci niewydane jeszcze utwory.
J.W.: Nie od razu tak było, początkowo żądano referencji, a teraz mogę powiedzieć, że z kilkoma się zakolegowałem. Antonín Procházka oglądał wrocławski spektakl. Nie zna polskiego, ale najbardziej go ucieszyło, że polska publiczność śmieje się w tych samych miejscach, co czeska.

Wynika z tego, że twoje rozliczne umiejętności bardzo się przy tłumaczeniu przydają. Jako satyryk masz wyczucie puenty, jako aktor potrafisz sterować scenicznymi emocjami, jako radiowiec znasz wagę słowa i pauzy, jako muzyk czujesz frazę.
J.W.: Coś w tym jest.

To jakie jest w końcu twoje ulubione zajęcie?
J.W.: Pewnie to, które w danym momencie wykonuję. Teraz, na przykład, udzielam wywiadu i mnie to bawi. Poważnie, nie mam pojęcia, co lubię najbardziej. Ale wiem, że ulubionym zajęciem znajomego komornika jest zajęcie mienia.

Dziękuję pięknie za szczerą wypowiedź.
J.W.: A ja szczerze za piękne pytania.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany środa, 08 sierpień 2018 19:08