Stanisław Kotlarczyk - przedsiębiorca i podróżnik,  od 2007 roku zaangażowany w pomoc i organizację operacji oczu dzieci i dorosłych w Etiopii. Rozmawiamy o tym, jak zaczęła się jego etiopska przygoda,
o tym dlaczego bezinteresowna pomoc może nadać sens życiu i dlaczego ważny jest uśmiech i wdzięczność uratowanego człowieka.

Roman Anusiewicz: Jak narodził się projekt „Oczy dla Etiopii”?
Stanisław Kotlarczyk:
Pomysł powstał w 2007 r. podczas naszego pierwszego wyjazdu do Etiopii. Mówiąc naszego mam na myśli siebie i moją żonę Bożenkę. Spotkaliśmy tam kobietę. Okazało się że była to bezdomna matka trójki dzieci. Postanowiliśmy zaopiekować się nią. Niestety po roku kobieta zachorowała na jaglicę i to była nasza pierwsza pacjentka. Jakiś czas później spotkałem w Addis Abebie etiopską okulistkę Menbere, która skończyła studia medyczne w Polsce i to był nasz pierwszy lekarz, z którym przeprowadzaliśmy operacje. Pierwsza akcja "Oczy Etiopii" odbyła się w majowy weekend 2011 roku w „biednym” szpitalu w Lalibeli, na północy Etiopii. W tym roku mieliśmy okrągły jubileusz - zoperowaliśmy 3000-go pacjenta. Co najważniejsze: wszystkie nasze akcje są wyjazdowe - czyli odbywają się poza dużymi miastami. W dużych miastach jest szpital, jest lekarz i są pacjenci, którzy nie maja pieniędzy. Natomiast na prowincji jest szpital, są pacjenci i nie ma niestety lekarza specjalisty. W związku z tym ludzie ci nie mają jakiejkolwiek szansy na pomoc.

Jak często odwiedzacie Etiopię?
S.K.:
Jeździmy tam 1-2 razy w roku na około 10 dni. Nasza ekipa liczy prze-ważnie cztery osoby – dwóch kolegów z Gorzowa, których tam właśnie spot-kałem 10 lat temu i lekarza anestezjologa narodowości etiopskiej, mieszkającego tutaj w Polsce, we Włocławku. Jako że zna on język i tamtejszą kulturę jest bardzo pomocny przy organizacji.Do jego zadań należy także ewentualne” usypianie” niektórych pacjentów, którzy pod wpływem strachu utrudniają pracę lekarza.

Jakie choroby najczęściej leczycie?
S.K.:
Operujemy tam głównie: zaćmę, jaglicę, jaskrę i skrzydlik. Jest również z nami optometrysta, który bada wzrok pacjentom w szpitalu oraz dzieciom w szkołach. Rozdaliśmy już około 2000 par okularów.

Organizujecie pomoc nie będąc sami lekarzami, czy oznacza to, że każdy chętny do pomocy wolontariusz może wziąć udział w tej akcji?
S.K.:
Jest to temat dosyć drażliwy. Każdy kto tam leci jest wolontariuszem i zarazem sponsorem akcji. Nie jesteśmy ani fundacją ani stowarzyszeniem, robimy to za swoje pieniądze. W związku z tym każdy, kto chce lecieć z nami, poza wkładem swojej pracy musi opłacić swój przelot i pobyt. Jest dużo chętnych, którzy chcą pomagać, lecz nie każdego stać na wyjazd. Przykładowy koszt przelotu oraz utrzymania na miejscu na okres samej akcji trwającej 10 dni wynosi 2000 dolarów.

Jaka była reakcja waszych znajomych, gdy dowiedzieli się projekcie?
S.K.:
Na początku nie mówiliśmy tego zbyt wielu osobom. Nie wiedzieliśmy co nas tam czeka, czy akcja się uda.

Jak wspomina Pan waszą pierwszą „wyprawę ratunkową”?
S.K.:
Pierwszy raz lecieliśmy z założeniem, że zoperujemy 60 osób, głównie na zaćmę i jaglicę. Cena zoperowania zaćmy to 100 dolarów, co przy 60 osobach daje 6000 dolarów plus koszty przelotu, wy-najmu sali operacyjnej itd. Pamiętam wtedy, po dwóch dniach operacji zapytałem ilu mamy jeszcze pacjentów? Pielęgniarka mówi, że jeszcze 70, a mieliśmy finanse na 60. Wtedy usłyszałem, że my biali przylecieliśmy żeby pomagać, więc oni Etiopczycy wezmą wszystko na siebie. Po 4 dniach zrobiliśmy podsumowanie i wyszło nam 116 operacji zaćm i 101 jaglic, czyli razem 217 operacji. Koszty wykonanych operacji obniżyło w pewien sposób to, że niektóre lekarstwa przywieźliśmy ze sobą w normalnym bagażu. Byłoby tego znacznie więcej, ale część materiałów chirurgicznych zatrzymano na lotnisku w Addis Abebie.

Co Pan poczuł po pierwszych udanych operacjach?
S.K.:
Myślę, że wszyscy byliśmy wtedy bardzo wzruszeni. Ja znalazłem się stanie euforii, że robimy coś tak niesamowitego dla ludzi, którzy nie widzieli często nawet dwadzieścia lat.

Jak na Polaków, na lekarzy reagowała miejscowa ludność?
S.K.:
Myślę, że Etiopczycy nie dzielą nas na Polaków, Francuzów, Niemców. Generalnie białych w Etiopii nazywa się Ferendżi. Odwiedziłem ten kraj ponad trzydzieści razy i nigdy nie usłyszałem na nasz temat złego słowa. Czuję się tam bardzo bezpiecznie.

Nie obawialiście się więc zamachów na swoje życie?
S.K.:
Nigdy nie mieliśmy jakichś sytuacji podbramkowych, zmuszających nas do korzystania z ochrony. Aczkolwiek dwa lata temu, gdy pracowaliśmy w mieście Asebe Teferi w prowincji Oromo zdarzyła się sytuacja, która napędziła nam strachu. Było wtedy tak dużo pacjentów, że gdy przechodziliśmy korytarzem, ludzie nas dotykali i przytrzymywali cały czas coś mówiąc podniesionym głosem. Okazało się, że nie chcieli nas wypuścić. Mówili, że mamy z nimi zostać dopóki wszystkich nie zoperujemy, bo wiedzą, że jak my tego nie zrobimy to nikt im nie pomoże. Odetchnąłem wtedy z ulgą. Było to w sumie miłe, że ktoś aż tak docenia to, co robimy.

Jakie sytuacje tam na miejscu były dla was najtrudniejsze?
S.K.:
Jest między nami ogromna różnica kulturowa, podejście do życia itd. Oni mają powiedzenie: wy macie zegarki, a my mamy czas. Coś co się z tym wiąże to tzw. etiopskie spotkanie. Można się umówić np. na godz. 12.00 a spotkane może być o 14.00 lub 16.00 bez słowa przepraszam. Tam to jest po prostu normalne. W przypadku naszej pracy było to bardzo niewygodne ponieważ psuło nam cały rozkład dnia. Jednak najważniejszy problem to pozwolenia na leczenie i przeprowadzanie operacji, mimo tego że operują Etiopczycy. Bynajmniej nie ze złej woli. Jak mówiłem wcześniej, tam mają wszyscy czas i przy załatwianiu czegokolwiek słyszymy: proszę przyjść jutro, i tak się to wszystko odwleka, a czas pobytu się kurczy. Często jest wyłączany prąd, a szpitale mają agregaty zbyt małej mocy żeby zapewnić komfort pracy. Często wystarcza to tylko na zasilanie mikroskopu i urządzenia do sterylizacji narzędzi. Cieszymy się, że w ogóle da się pracować.

Czy w związku z tym mieliście jakieś sytuacje kryzysowe, momenty zwątpienia ?
S.K.:
Podczas ciągłego wyłączania i włączania prądu spaliła nam się żarówka w mikroskopie. Na drugi dzień dopiero dostaliśmy nową, jednak nie pasowała. Na szczęście mieliśmy latarki czołowe, więc zamontowaliśmy jedną na mikro-skopie. Światło było idealne, więc operowaliśmy tak do końca akcji. Bywają momenty zwątpienia podczas załatwiania pozwoleń ponieważ, gdy nie wiadomo o co chodzi to... Jednak nie poddajemy się. Gdy jesteśmy wśród tych ludzi czekających na pomoc i tych, którym pomogliśmy, całe zło znika. Czujemy że robimy wspaniałą rzecz, że warto.

Co przez te wszystkie lata przyniosło wam największą satysfakcję?
S.K.:
Po ponad trzech tysiącach operacji człowiek „hardzieje”, przyzwyczaja się do pewnych widoków i zachowań. Szczęście malujące się na twarzach ludzi umęczonych przez biedę jest niesamowite. Gdy pacjent po zdjęciu opatrunku uświadamia sobie, że widzi, zaczyna się śmiać, śpiewać, zaczyna się modlić, zaczyna tańczyć... Dla tego jednego człowieka, który nie widział przez 20 lat i teraz odzyskał wzrok to jest nowe życie, a dla nas są to takie uczucia, że w tym momencie przechodzą wszelkie złości.  

Czy wasza pomoc ogranicza się jedynie do organizowania operacji?
S.K.:
Nie, staramy się robić jeszcze coś więcej. Razem z kolegami zaadoptowaliśmy około 20 najbiedniejszych rodzin i cały czas im pomagamy. Wpłacamy pieniądze, aby dzieci np. mogły chodzić do szkoły. Pewnego razu rodzice przyprowadzili 12 letnią, niewidomą dziewczynkę. Gdy położyliśmy ją na stole, dziewczynka zaczęła do siebie mówić. Myśleliśmy, że się bardzo boi, a ona modliła się: Boże przywróć mi moje oczy żebym mogła chodzić do szkoły i bawić się z koleżankami. Operacja się udała, dziewczynka widzi i również została naszą adoptowaną córką.

To, co robicie ma także, poza zdrowotnym, drugi wymiar. Wady wzroku hamują rozwój społeczności, ograniczają możliwości zdobywania wiedzy, zarobkowania. Widzenie natomiast umożliwia tym ludziom normalne funkcjonowanie. To w biednej Afryce ma bez wątpienia niebagatelne znaczenie?
S.K.:
Bez słuchu, bez węchu czy smaku możemy funkcjonować. Bez sprawnych oczu, biorąc pod uwagę przepaść między naszym krajem, a Etiopią, ci ludzie mają niewielkie szanse na normalne funkcjonowanie. Trzeba też liczyć na każdego niewidomego dodatkowe 2 osoby w domu, które nie mogą pracować ponieważ muszą opiekować się chorym. Jeśli my w danej miejscowości zrobiliśmy przykładowo 120 operacji, to de facto pomogliśmy 360-u osobom. Ma to ogromne znaczenie nie tylko dla tych poszczególnych ludzi, ale dla całego kraju.

Czy staracie się także dokształcać miejscową kadrę medyczną?
S.K.:
W tamtejszych szpitalach poza mikroskopem nie ma takiego sprzętu jak u nas. Na przykład operacja zaćmy u nas polega na wymianie soczewki poprzez malutki otwór i trwa około 20 minut. Tam natomiast rozcina się rogówkę i wymienia soczewkę na otwartym oku. Teraz pojechał z nami polski lekarz i pielęgniarka. Pracowaliśmy na dwóch stołach operacyjnych równocześnie. Nasz lekarz mając do dyspozycji tylko skalpel musiał sobie przypomnieć czasy studenckie i wykonać operację tradycyjnym sposobem. Tamtejsi lekarze przez lata wypracowali sobie swoje własne techniki, dzięki temu są o wiele szybsi i skuteczniejsi. Mają ten sposób operowania opanowany do perfekcji. Gdy nasz lekarz przeprowadzał bardziej skomplikowaną operację, to z kolei tamci lekarze podchodzili i podpatrywali. Tak więc korzyści są obustronne.

Czy pozostała Panu w pamięci jakiś szczególny pacjent, któremu udało się pomóc?
S.K.:
Takich przypadków jest oczywiście wiele. Na drugi dzień, gdy chodziłem między zoperowanymi pacjentami, to czułem niesamowitą atmosferę, ci ludzie dotykając mnie dziękowali w taki właśnie sposób, przecież nic innego nie mieli... To jest coś tak niesamowitego, że nie da się tego opisać. Pewna kobieta po zdjęciu opatrunku policzyła swoje palce raz, drugi, trzeci przysłaniając sobie raz jedno, raz drugie oko. Po czym rzuciła mi się do nóg i zaczęła mi całować stopy. Nie muszę dodawać, że była to dla mnie sytuacja niezwykle krępująca. Pamiętam też, gdy przyprowadzono mężczyznę, który płacząc swoimi niewidomymi oczami mówił: przywróćcie mi moje oczy, bo jestem jak insekt, jak owad jakiś bo nie widzę swoich dzieci. Rok temu mieliśmy 35-letniego pacjenta, którego przyprowadził ojciec. Gdy wszedłem na salę operacyjną on już był po zdjęciu opatrunku. Krzyczał, rzucał się na łóżku, wyglądało to na atak padaczki, a on doznał po prostu szoku, gdy zaczął widzieć. Na drugi dzień po zoperowaniu drugiego oka już był spokojniejszy jednak było po nim widać emocje. Bił się po głowie, podnosił ręce do góry, a gdy do niego podszedłem złapał moją głowę i tak jakby chciałby ja wyrwać, również podniósł ręce do góry. Nie wiedziałem o co chodzi, dopóki nie wyjaśnił mi tego tłumacz. Otóż on modlił się do Boga, żeby moja dusza poszła do nieba. W takich momentach to są tylko i wyłącznie ludzkie uczucia wyrażone praktycznie bez ograniczeń. To jest niesamowite, gdy na drugi dzień wchodzi się na salę, gdzie jest 30-tu pacjentów, którzy nie widzieli na oczy nawet kilkadziesiąt lat i nagle widzą.

W Etiopii gościł Pan kilkadziesiąt razy, jakie wrażenie wywarł na Panu ten kraj z perspektywy podróżnika?
S.K.: Etiopia to jedyny kraj na świecie, gdzie słońce świeci przez 13 miesięcy w roku. To prawda, ich kalendarz ma 13 miesięcy. 12 miesięcy ma po 30 dni a 13-ty ma 6 dni. Ponieważ Etiopia jest trzecim krajem na świecie po Armenii i Gruzji, które w IV wieku przyjęły wiarę chrześcijańską jako wiarę państwową, to Etiopczycy liczą lata od narodzin Chrystusa. Dzieli nas jednak siedem lat różnicy ze względu na odmienny rok narodzin Chrystusa. W związku z tym, przyjeżdżając tam staję się 7 lat młodszy (śmiech). Etiopia ma wiele wspólnego z Indiami - albo zachwyci i wchłonie, albo odrzuci. Mnie Etiopia wchłonęła całkowicie. Kraj ten nigdy nie był skolonizowany ani trwale podbity. Dlatego my biali nie jesteśmy tam postrzegani jako ci źli.

Pana ulubione danie w Etiopii?
S.K.:
W Etiopii podstawowe danie to Injera (indżera) Jest to taki kwaśny placek, niektórzy mówią, że kolorem, zapachem, konsystencją przypomina mocno przechodzoną ścierę do garów. Jest koloru szarego, piecze się ją jak naleśnik, ciasto przed upieczeniem czeka około 4 dni. Im dłużej, tym Injera jest bardziej kwaśna. Placek ma średnicę ok. 50 cm. Wylewa się na niego różnego rodzaju sosy. Podczas postu, który trwa po 40 dni dwa razy w roku, są to sosy z nasion roślin strączkowych i ryby. Nie spożywają wtedy niczego, co pochodzi od zwierząt (za wyjątkiem ryb). Poza postem pojawia się mięso, jaja, sery i inne produkty odzwierzęce. Wszystko robione jest na maśle klarowanym, zmieszanym z ziołami dającymi specyficzny zapach. Natomiast moje ulubione jedzenie nazywa się Doro Wat, czyli sos z kury. Dwa kilogramy cebuli przypiekanej na maśle klarowanym aż do momentu kiedy się rozpuści. Do tego dosypywana jest papryka, po czym dodaje się gotowanego kurczaka i jajka. Polecam raczej kurczaka z fermy niż kurczaka etiopskiego. Kurczak etiopski przypomina etiopskiego biegacza, jest tak chudy i wybiegany, że cokolwiek mięsa oderwać od kości graniczy z cudem (śmiech).

Jak wyglądają święta w Afryce?
S.K.:
Do kościoła chodzi się ubranym na biało. Msza trwa około 4 godzin, procesje, śpiewy, kościoły są budowane na bazie wielokąta. Z racji tego, że wielu ludzi jest tu niepiśmiennych, cała biblia jest malowana na ścianach, dookoła których się chodzi. W Boże Narodzenie, podobnie jak u nas w domach, stawia się choinki, natomiast na ulicach świąt raczej nie widać. Jedynie są one zamykane na czas procesji. Niosą wtedy tzw. tabot - replikę Arki Przymierza, która wg ich wierzeń znajduje się w miejscowości Aksum na północy kraju.

Czy ma Pan jakieś dalsze plany związane z kontynentem afrykańskim?
S.K.:
Myślimy o Erytrei, której obszar kiedyś należał do Etiopii. Od 1991 r. jest to osobny, niepodległy kraj, w którym jest nieprawdopodobny reżim i kontrola nad społeczeństwem. Ponieważ jest to kraj jeszcze biedniejszy od Etiopii, więc problem ludzi chorych, potrzebujących pomocy z pewnością istnieje.

Organizując pomoc, działa pan jako osoba prywatna. Środki medyczne potrzebne tam, na miejscu i same operacje finansowane są z datków ludzi dobrej woli, znajomych i przyjaciół. Gdyby ktoś chciał wesprzeć wasze działania, jak może to zrobić?
S.K.:
Tak oczywiście ! Wiele razy organizowaliśmy z Bożenką pokazy slajdów i opowiadaliśmy o projekcie w różnych miejscach w całej Polsce. Staramy się przybliżyć kulturę, przyrodę i zwyczaje tego fascynującego kraju. Ewentualne, zebrane środki przekazujemy w całości na operacje niewidomych Etiopczyków. W Polsce działa Stowarzyszenie etiopsko-polskie “SELAM", które ściśle z nami współpracuje i to ono przeprowadza dla nas zbiórki pieniędzy. To właśnie na ich konto można dokonać wpłaty.

Dziękuję za rozmowę.

Stowarzyszenie Etiopsko-Polskie Selam Oczy Etiopii
numer konta: 621090 1519 0000 0001 2340 7573

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Ostatnio zmieniany wtorek, 02 lipiec 2019 10:42
Roman Anusiewicz

Operator filmowy. Fotoreporter - kameroman@op.pl