Człowiek z przeszłości - czyli rozmowa z Andrzejem Poniedzielskim

By Piotr Skucha maj 06, 2019 224
Andrzej Poniedzielski i Piotr Skucha po marcowym występie w Miejskim Domu Kultury w Bielsku-Białej Andrzej Poniedzielski i Piotr Skucha po marcowym występie w Miejskim Domu Kultury w Bielsku-Białej archiwum BR

W marcu gościł na scenie Miejskiego Domu Kultury w Bielsku-Białej z progra-mem pod nieco enigmatycznym tytułem “Bo - Kobieta...”. Poeta i satyryk, Mistrz Mowy Polskiej z roku 2012 i Ambasador Polszczyzny z 2016 r. Jak zawsze pozostawił po sobie efekt niedomówienia i pewien niedosyt, dlatego niewątpliwie jego powtórna wizyta w naszym mieście jest konieczna.

Piotr Skucha: Długo się nie widzieliśmy, więc zacznę od oczywistego w tej sytuacji pytania. Co sądzisz o podróżach w czasie? Andrzej Poniedzielski: Ja wykonuję je codziennie.

W sensie metaforycznym, czyli czytasz Szekspira i przenosisz się cztery wieki wstecz lub Lema i skaczesz w przyszłość? Czy bardziej dosłownie, bo twój kalendarz na rok 2012.* nadal dobrze się sprzedaje. A.P.: (śmiech) To dowód na to, że ludzie nie wierzą. Nie tylko telewizji, ale nawet kalendarzom nie wierzą. Im wszystko jedno jest.

A tobie? Nie ulegasz modom, nie podążasz za nowinkami, forma działalności artystycznej, którą uprawiasz… A.P.: Jest przeszła. (śmiech)

Gdybyś mógł cofnąć się w czasie… A.P.: Możliwe, że mógłbym. Nie jestem fanem oglądania siebie na ekranie, ale przypadkiem kiedyś widziałem w telewizji jak podchodzę do mikrofonu. I miałem wraże-nie, że gdyby to puścić w zwolnionym tempie, to by się okazało, że idę do tyłu. A temat podróży w czasie wywołałeś w samą porę, bo zauważyłem, że coraz więcej czasu spędzam w tym co było. Myślenie o przyszłości przestało być dla mnie radosnym sposobem spędzania czasu. A do przeszłości odwołuję się nie na zasadzie łzawych sentymentów, wzdychania, że koniec epoki, tylko na zasadzie, że tam mi było lepiej i może bardziej rozumiałem siebie, świat… I nawet ludzi, zaryzykuję.

Lepiej? Mimo tego, że masz teraz status gwiazdy, działasz na wielu frontach. Piszesz, reżyserujesz, występujesz z recitalami, terminarz wypełniony po brzegi. Dawniej różnie bywało. Bardzo długo na to pracowałeś. A.P.: Obaj pracowaliśmy w tym samym czasie, wiesz jak było. Troszkę wpisaliśmy się w nurt ogólnej nowości, rozbłysku wolności, a nawet wcześniej przeczucia tej wolności. Wtedy łatwiej było uzyskać status nie gwiazdy a komety, powiedzmy.

W moim przypadku przeleciała… A.P.: W moim też. (śmiech)

Nie, nie. Twoja rozbłysła jak supernowa. Nie od razu, ale trzymałeś się konsekwentnie swojego stylu, nie robiłeś żadnych ukłonów w stronę tak zwanej „szerokiej publiczności”, to widz musiał dorosnąć do twoich propozycji. Środowisko cię ceniło od zawsze, ale nikt nie zazdrościł, bo „co on z tego ma? Jeździ po małych klubach, nie zarobi, płyty nie wyda”. A to przez lata się kumulowało i proszę! A.P.: Ale jeśli podejrzewasz, że to była świadoma działalność, to się mylisz. To był odruch. Z powodów atawistycznych tak się zachowywałem. Gdybym cokolwiek zrobił, co byłoby nie moje, to by nie wyszło. Byłoby bzdurą kompletną. Ja zwyczajnie nie umiałem tego zrobić. Nad podnoszeniem mojej głowy znad gitary pracowały sztaby ludzi. Przekonywali, ćwiczyli godzinami jak w jakimś większym koncercie brałem udział. Ja w końcu podnosiłem, po czym wychodziłem na scenę i…

Wypalałeś wzrokiem dziury w scenie. A.P.: To może zabrzmi narcystycznie, ale czterech ważnych panów utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie robię nic złego będąc takim. Pierwszym był profesor Aleksander Bardini, który dając mi nagrodę w Krakowie, zażartował, że chciałby mnie sfilmować, żeby pokazać swoim studentom w Akademii Teatralnej, jak nie należy zachowywać się na scenie, bo jestem tego kwintesencją. A potem, jak ucichł śmiech na sali, dodał, żebym nic nie zmieniał, bo jak publiczność wyczuje, że jest fałsz w tym co pan robi, już po panu. Potem, po wielu latach, Wojtek Młynarski, który był również w tym jury, powiedział mi, że mocno lobbował za mną, bo skład jurorski był raczej muzyczno-sceniczny, a ja byłem tej sceny zaprzeczeniem. Zapytałem go jak argumentował, czym przekonał pozostałych, że nagrodę dostałem. „Co ty robiłeś, jak ja występowałem?” A on: „Czytałem twoje teksty”. (śmiech) Potem Jonasz Kofta przeczytawszy kilka moich tekstów, tym swoim tubalnym głosem oznajmił: „No, co ci powiem… Bywasz poetą! I to ci musi wystarczyć”.

To jest komplement! A.P.: I to mi wystarczyło. Wiem, że scena to nie jest mój świat i zawsze będę na niej jakoś tam ułomny. Natomiast podstawą jest pisanie i to mi daje radość. Tylko, że samo pisanie nie daje pieniędzy, niestety. (śmiech)

Pisanie poezji, uściślijmy. A.P.: No tak. A czwartą osobą był pan Gustaw Holoubek. Po kolejnych latach wielu, kiedy zostałem zatrudniony w Teatrze Ateneum na stanowisku kierownika literackiego Sceny Na Dole, zresztą na miejsce i z rekomendacji Wojtka Młynarskiego, byłem tym mocno zestresowany, bo to był mój pierwszy etat w życiu…

I od razu teatr legenda. A.P.: Tak. I przede mną siedzi Holoubek też legenda. Ja cały zahuka- ny mówię: „Panie dyrektorze, bardzo dziękuję za zaufanie i to stanowisko, tylko ja nie bardzo wiem jaki jest zakres… Jakie ja mam obowiązki?”. On tak spojrzał na mnie przeciągle i mówi: „Andrzejku, jakie obowiązki? O czym ty mówisz? Jak będziesz miał obowiązki, to nic nie zrobisz”. I coś w tym jest. To musi z ciebie wypłynąć.

Piękna dewiza. A.P.: A moja mamusia się ucieszyła, że jej syn w wieku lat pięćdziesięciu pięciu jest wreszcie na etacie.

Piąta wpływowa osoba. A.P.: Tak, oczywiście. A panu Gustawowi zawdzięczam jeszcze coś takiego, że jakiś czas później poprosił mnie żebym prowadził Święto Teatru. I wiesz, ta nasza scenka, estradka, to było takie…

Inny świat. A.P.: Taki tyci. A tu nagle SCENA, ten nimb teatru, więc ja z całym szacunkiem do tego teatru, ale też trochę po swojemu, zrobiłem to i potem rozmawiam z panem Holoubkiem i mówię: „Panie dyrektorze, ja mam ciągle wyrzuty sumienia, że to chyba nie to, że nie bardzo się sprawdziłem, że mam ciągle kłopoty z tym moim byciem w tym wszystkim”. A on mówi: „Ty w ogóle nie rozpatruj siebie jako człowieka na scenie. Ty jesteś zjawisko atmosferyczne”.

(Śmiech) Poszerzyłeś przestrzeń teatralną. A.P.: Ja wiem, że to jest nadmiarowe i nie powinienem o tym mówić właściwie, ale takie porównanie jest fajne, bo daje wolność.

Ogrom swobody. W końcu atmo-sfera jest większa od kuli ziemskiej. A.P.: Na razie sporo większa. (śmiech)

To wyjdźmy może poza atmosferę. Co sądzisz o światach równoległych? Napisałeś kiedyś piosenkę „Jednocześnie”. O tęsknocie za niemożliwym. Chcemy być na jawie, we śnie, jednocześnie. A.P.: Bo tak byśmy chcieli.

Światy równoległe mogłyby rozwiązać ten problem. A ponieważ z wykształcenia jesteś inżynierem... A.P.: To wiem, że to jest niemożliwe. Nie dla wszystkich. W wielu teoriach wieloświat jest możliwy.

Gdybyś mógł jeden z nich urządzić po swojemu, to jakby on wyglądał. Jakbyś te klocki poprzestawiał? A.P.: Obawiam się, że samo mieszanie w klockach nie pomoże. Bułat Okudżawa zapytany jak sobie wyobraża szczęście, odpowiedział, że chciałby żyć na początku dziewiętnastego wieku i być drobnym posiadaczem ziemskim. Po chwili zastanowienia dodał, że wszyscy ludzie na świecie powinni być drobnymi posiadaczami ziemskimi. To brzmi anegdotycznie, ale jak się dobrze zastanowić… Nie bez powodu ten dziewiętnasty wiek. Tam była hierarchia bliska naturalnej.

Nie było technologii A.P.: Tak, nie było technologii, która jest obcym wtrętem. W różnych obszarach były podziały, ale wtedy nie było jeszcze takiego dojmującego bólu z racji tej hierarchizacji. I wszystko działało. Owszem, były wojny, ale nie było tyle broni do szybkiego zabijania.

Bliska śmierć zadana z oddali. A.P.: I tajemnicę lokalizacji w dziewiętnastym wieku mamy rozwiązaną. A ten drobny posiadacz ziemski jest dla mnie synonimem tego, co najważniejsze. Gdybym ten świat równoległy budował, od tego bym zaczął. Żeby każdy człowiek miał prawo i nawet obowiązek utrzymywania dystansu między nim, innym człowiekiem i całym światem. Wtedy mógłby być szczęśliwy. Nie chodzi tylko o proste wchodzenie innego człowieka z butami do twojego życia, tylko o to, że myśl, refleksja, poezja nawet, rodzi się wtedy, gdy nad tym dystansem możesz zapanować. Gdy wszyscy mają szacunek do tego dystansu. Na tym polegał, na przykład, fenomen Starszych Panów. Oni stworzyli taki świat równoległy, ale to polegało właśnie na takim dystansie. Te wszystkie postaci, które powołali do życia…

Ze społecznych nizin, wyżyn i wąwozów… A.P.: Tak, bo tam była i hrabina, i zimny drań, i jesienna dziewczyna i szuja… Galeria postaci, a wszyscy mieli za pomocą słów pana Jeremiego Przybory, możliwość wpływania na dystans do otaczającego ich świata.

Ważne, żeby ta możliwość z obu stron występowała. A.P.: Właśnie. A tego się za pomocą zwykłego przestawiania klocków nie da zrobić.

Troszkę mnie zaniepokoiłeś mówiąc o tej możliwości wpływania, bo teraz dzięki grom, filmom, komiksom i innym mediom mamy do czynienia z człowiekiem-siekierą, młotem, gromem i czymś tam super jeszcze i wpłyń tu na niego swoją subtelnością… A.P.: (śmiech) Strzelba potrzebna, by dystans utrzymywać na jej zasięg.

Załóżmy, że to ostateczność. Zapytam o inne atrybuty.Gdzie trzymasz Małe Berło? ** A.P.: (śmiech) Gdzie ja je trzymam… Mówiłeś mi kiedyś, że to jest najważniejsze wyróżnienie jakie cię spotkało. A.P.: Tak. I podobnie jak ta przysłowiowa wiewiórka, tak skrzętnie to schowałem, że sam nie wiem gdzie.

Ale nie nosisz w tornistrze? A.P.: Nie dałoby się, berło z nazwy, ale to jest statuetka… O! Już przypomniałem sobie gdzie jest. W Warszawie trzymam. Czasem spoglądam na nie.

Nie przydałoby się jakieś jabłko do kompletu? A.P.: W sensie symbolicznym może tym jabłkiem być nadanie przez Polską Akademię Nauk tytułu Ambasadora Polszczyzny. To ważna dla mnie nagroda.

Czyli jabłko w formie dyplomu? A.P.: To też jest statuetka. W formie gęsiego pióra. (śmiech)

Czyli jesteś Ambasadorem Polszczyzny. Gdzie? A.P.: W mowie. Bo te tytuły przyznawane są w kategoriach. Mowa, literatura, poezja. Ja dostałem za umiejętność używania języka polskiego w mowie.

Ale ambasadora zwykle gdzieś się wysyła… A.P.: To ja czekam. (śmiech) I tę statuetkę zawiozłem mojej mamie.

Byłeś już wtedy na etacie? A.P.: (śmiech) O, tak. A ta mowa, to przecież jej zasługa. Była moją nauczycielką.

Czyli matczyne szczęście do potęgi. Ambasador na etacie… A.P.: (śmiech) Mama uświadomiła mi jak język jest ważny. Najpierw metodami tradycyjnymi mi to uświadamiała, a potem metaforycznie, że ten język jest jak nauka chodzenia. Że jak się źle nauczysz chodzić, to będziesz ciągle się potykał.

Sztukę utrzymania równowagi na nierównym gruncie opanowałeś do perfekcji… A.P.: (śmiech) Mamo, dziękuję!

I tym podziękowaniem zakończmy, bo to majowy wywiad, a 26. maja, wiadomo… A.P.: Wybory. (śmiech) Dziękuję za równoległy zestaw pytań.

* - Andrzej Poniedzielski wydał kilka tomów wierszy w formie kalendarzy na kolejne lata ** - specjalne wyróżnienie nadane Andrzejowi Poniedzielskiemu przez Wojciecha Młynarskiego, symbol pasowania na „następcę tronu”.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany środa, 08 maj 2019 11:13