Spotkanie ze Stanisławą Celińską

Koncert w Bielskim Centrum Kultury - marzec 2019 Koncert w Bielskim Centrum Kultury - marzec 2019 fot. Roman Anusiewicz

Zagrała w co najmniej 100 filmach, do tego dziesiątki a nawet setki ról teatralnych - Stanisława Celińska. Dziś coraz częściej możemy spotkać ją w nowej roli - na estradzie, jako autorkę i wykonawczynię piosenek niebanalnych, które wzruszają, niosą ze sobą przesłanie i mądrość życiową.

Dojrzałam już do tego, żeby być sobą

Roman Anusiewicz: Widzowie pamiętają Panią głównie z ról filmowych i teatralnych, jednak od co najmniej 20 lat, mają także okazję słuchać Pani piosenek.
Stanisława Celińska:
Śpiewam właściwie od zawsze, jednak dawniej stawiałam to na drugim miejscu.

Czy śpiewając własne teksty, gdzie uwidaczniają się Pani emocje i osobowość, pokazane bez retuszu, czuje się Pani czasem bezbronna?
S.C.: Nie, dlatego że my wszyscy mamy w środku pewną bezbronność wobec różnych tematów i jeżeli poruszam je na scenie, to znaczy że przepracowałam je w sobie, pomyślałam jak na to zaradzić. Wydaje mi się, że taka muzyczna forma rozmowy o problemach jest oczyszczająca zarówno dla mnie, jak i dla tych ludzi, którzy są na widowni.

Czy doświadczenie wyniesione ze sceny teatralnej pomaga Pani na estradzie?
S.C.:
Śpiewam bez nadmiernej interpretacji aktorskiej, jestem skupiona głównie na treści i na muzyce. Oczywiście, że czasami tego aktorstwa trzeba nieco dorzucić. Jest to jednak o wiele skromniejsze, niż w piosence aktorskiej, w której buduje się na scenie jakąś postać. Gdy śpiewam mój własny tekst, to jestem już tylko i wyłącznie ja. Może dojrzałam już do tego, żeby być sobą.

Czyli można powiedzieć, że aktorstwo i śpiewanie uzupełniają się w Pani życiu ?
S.C.:
Myślę, że śpiew jest w tej chwili czymś ważniejszym. Jak już wspomniałam, śpiewałam od zawsze, ale nigdy nie trafiałam na kompozytora, z którego do końca byłabym zadowolona. A teraz Maciej Muraszko pisze muzykę, która pokrywa się dokładnie z tekstem, a nawet go podbija i tworzą razem taką całość, która bardzo pozytywnie działa na ludzi. Wiem, bo po koncercie podchodzą do mnie i właśnie o tym mówią. Ta muzyka podnosi ich na duchu. W czasach, kiedy sztuka najczęściej jest dekadencka i dołująca, istnieje potrzeba pocieszenia, położenia ręki na ramieniu i po-wiedzenia: wszystko będzie dobrze, dasz radę...

Który z etapów tworzenia spektakli teatralnych, filmu oraz muzyki jest dla Pani najbardziej fascynujący?
S.C.:
Fascynuję się i wzruszam w wielu momentach. Na przykład, gdy piszę teksty - ta przygoda z białą kartką papieru jest dla mnie czymś niesamowitym. Ta chwila, gdy człowiek siedzi przy biurku i przelewa na papier swoje przeżycia, myśli i emocje. Moim idolem zawsze była Maria Dąbrowska, autorka "Nocy i Dni". Pisałam kiedyś piosenki, wiersze, a także felietony do ekskluzywnego miesięcznika dla kobiet "Uroda życia". Teraz czas poświęcam mojej nowej książce, która będzie poniekąd kontynuacją poprzedniego tytułu: "Niejedno przeszłam". Teksty przeznaczone do śpiewania piszę od niedawna. Jest to dla mnie niesamowita, fantastyczna praca. Ułożenie tych wszystkich "klocków" w całość - myśl, temat, rym i najważniejszy element - mądrość i przesłanie. Ta męka twórcza jest jednak cudowna. Cieszę się, że mogę to robić i że to się udaje.

Czy pamięta Pani jakiś szczególnie wzruszający moment ze swoich koncertów?
S.C.:
Zdarza się ich wiele. Pamiętam, gdy napisałam tekst "Modlitwy", a Maciej Muraszko skomponował do niej muzykę. Gdy przysłał mi demo - rozpłakałam się. A potem, podczas koncertu na stadionie, gdy dzieci z Gostynia w pewnym momencie zaczęły śpiewać jej refren. Było to niezwykle wzruszające w swojej wymowie, bo nie tylko ja, ale i te dzieci - kolejne pokolenie, prosiliśmy o pokój.

Podobno zdecydowała się Pani na dobre rozstać z teatrem?
S.C.:
Nie. Gram nadal w teatrze jak również w filmie. Ostatnio można zobaczyć mnie w spektaklu teatralnym „Grace i Gloria” i w serialu "Barwy szczęścia". Dobieram jednak role bardzo starannie, aby mieć czas na pisanie, na koncerty, na zajmowanie się muzyką.

Czy dzieci poszły w Pani ślady?
S.C.:
Moja córka jest bardzo utalentowana aktorsko, ale z powodu tremy trudno byłoby jej zetknąć się z publicznością. Jest grafikiem i tworzy między innymi okładki do moich płyt. Mój syn natomiast skończył szkołę filmową, pracuje na planie filmowym. Jego pasją jest muzyka - gra jako perkusista w zespole rockowym.

Odnoszę często wrażenie, że we współczesnym świecie jest coraz mniej miejsca na prawdziwą sztukę uruchamiającą w człowieku pewną wrażliwość, emocje. Czy myśli Pani, że coś zmieni się na lepsze?
S.C.:
Staram się taką ścieżkę wydeptywać. Kiedy w 2015 roku nagrywaliśmy "Atramentową", robiliśmy to właściwie dla siebie. Piosenki według nas były ładne, ale wydawało nam się, że to za mało, żeby zaistnieć z płytą dla szerszej publiczności. Pamiętam, jak w radiu Pani Szabłowska powiedziała: oj, ale żeście tą płytą narozrabiali... Zastanawiałam się o co chodzi? Takie ciche szeptane piosenki? Okazało się, że płyta już wkrótce była złota, a za chwilę podwójnie platynowa. Ludzie zaczęli tego słuchać, przychodzić na koncerty. Wierzę więc, że to kiedyś wróci, że będzie miejsce dla takiej muzyki. Po jakimś czasie od wydania "Atramentowej" inni artyści także zaczęli nagrywać podobnie, akustycznie swoje płyty. Ta ścieżka jest więc gdzieś, tam wydeptywana, nazwałabym ją ścieżką normalności. Ludziom jest to potrzebne. Jesteśmy już nieco zmęczeni hałasem, którego często nie rozumiemy. Zauważyłam, że przychodzi na nasze koncerty coraz więcej młodzieży, słuchają moich płyt i to jest niesamowite. Staramy się, aby nasze teksty i muzyka trafiały do ludzi, żeby wywoływały w nich wzruszenie, bo w ten sposób najlepiej odbiera się sztukę.

Dziękuję za rozmowę.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany środa, 03 kwiecień 2019 06:21
Roman Anusiewicz

Operator filmowy. Fotoreporter - kameroman@op.pl