Wydrukuj tę stronę

Rozmowy z kortów - część 1

By wrzesień 04, 2018 1680
Maurycy Polaski na korcie Beskid Cup Maurycy Polaski na korcie Beskid Cup foto: Roman Anusiewcz

Maurycy Polaski - aktor, artysta estradowy, piosenkarz, na co dzień członek grupy “Kabaret pod Wyrwigroszem”. Na turniej tenisowy do Jaworza przyjeżdża od 2007 roku.

Roman Anusiewicz: Kiedy nauczyłeś się grać w tenisa?

Maurycy Polaski: W wieku czterdziestu lat doszedłem do wniosku, że trzeba zmienić coś w życiu, nie tylko przyglądać się z boku transmisjom sportowym. Wziąłem się za narty i rower. Tenis pojawił się nieco przypadkowo, znajoma zaprosiła mnie na korty i tak jakoś zostało. Staram się raz w tygodniu bywać na korcie, chociaż ta pierwsza miłość do rakiety już przeszła, bakcyl pozostał. Tenis daje mi tyle frajdy że trudno z tego zrezygnować. Z pewnością tenis dał dużo więcej mnie, niż ja jemu (śmiech).

Czy przyjeżdżasz na Beskid Cup po zwycięstwo?

M.P.: Tenis sprawia mi tyle radości, że każde wyjście na kort z jakimkolwiek przeciwnikiem to dla mnie przygoda. Oczywiście, że uwielbiam wygrywać i daje mi to dużo frajdy. Na turnieju teoretycznie są trzy grupy uczestników: zawodnicy, którzy przyjeżdżają z dużymi szansami na zwycięstwo, druga grupa to zawodnicy którzy chcieliby zaistnieć i traktują to dość poważnie i wreszcie trzecia grupa, pojawiająca się raczej towarzysko. Wiadomo że rakietę mają w ręce raz w roku - właśnie na turnieju. Tenis to natychmiastowy sprawdzian, czy masz zdolności do tej gry Poziom który reprezentujemy kształtuje się raczej na poziomie DKKF Kukułka. Oczywiście jest kilku zawodników, których ogląda się z przyjemnością. Dużą rolę gra tu ambicja i ogólne przygotowanie kondycyjne. Porozmawiajmy teraz o nieco innym graniu.

Wszyscy kojarzą cię z kabaretem, występami estradowymi, nie wiedząc, że jesteś aktorem dramatycznym.

M.P.: Od dłuższego czasu współpracuję z Teatrem STU. Grałem w „Sztuce kochania”, w spektaklu „Kogut w rosole”, który utrzymuje się w repertuarze od prawie 9 lat. Nie sądzę jednak abym mógł być aktorem dramatycznym. Oprócz zdolności, które taki aktor musi mieć, trzeba posiadać doświadczenie, które nabywa się na scenie. Ja zaś mam doświadczenie estradowe. Mam świadomość, że jestem w stanie ogarnąć i sto osób, które są na widowni i pięć tysięcy. Z tym sobie radzę, natomiast scena rządzi się innymi prawami. Tak więc jeżeli chodzi o moją karierę dramatyczną to jest ona dramatycznie mała.

Jesteś na scenie kabaretowej od prawie trzydziestu lat, co sądzisz o zmianach jakie zaszły przez ten czas w odbiorze humoru przez naszą publiczność i sposobach przekazu tego humoru?

M.P.: Tak, przez te lata zmieniło się wiele. Nie wypada mi oczywiście źle mówić o widowni, natomiast prawdą jest, że ludzie teraz bardzo “zwygodnieli”. Nie lubią zastanawiać się dlaczego coś jest śmieszne. Zaginał taki środek wyrazu, jakim była kiedyś ironia - takie ciepłe, miłe złajanie jakiegoś zjawiska. Teraz niestety trzeba czasem siekiery i użycia jasnych, wyrazistych środków. Myślę, że winę za to ponosi w pewien sposób telewizja, która kreuje widownię. W latach 90. zaczęło pojawiać się coraz więcej stacji telewizyjnych - ważna stała się oglądalność, a oglądalność to słupki, a słupki to procenty, czyli ilość oglądających. Nie można więc było robić kabaretu jedynie dla tak zwanego widza „wyrobionego”, którego być może jest jedynie 5%. Stacje muszą z czegoś żyć.

Czy kabaret to cały Twój świat?

M.P.: Fakt, że kabaret pochłania mi dużo czasu, średnio 200 występów w ciągu roku. Zostaje jednak chwila na inne rzeczy, na mój świat muzyczny. Mam swoją widownię, o podobnej do mnie wrażliwości. Nie muszę się do niej „łasić” - jesteśmy partnerami. Oczywiście duża scena, wielkie amfiteatry, imprezy biletowane - to też musi być i to co tam robię, staram się robić dobrze, aby móc z satysfakcją popatrzeć na siebie w lustrze przy goleniu, że nie jesteś jakimś tam świrusem grającym na najniższych instynktach widowni. Niechaj ta widownia nie rechoce, ale po prostu się śmieje. Poza tym wydaje mi się że nasz kabaret zmusza jeszcze nieco do myślenia - nie idziemy tak całkiem po bandzie. Zresztą wystarczy przyjść na nasze spektakle, z którymi jeździmy po całej Polsce.

Tematy tabu….

M.P.: Nie, raczej nie ma takich tematów. To jest tylko kwestia odpowiedniego podania. My satyrycy bez przerwy balansujemy na takiej cienkiej lince, w każdej chwili możemy z niej spaść, przegiąć za bardzo w którąś stronę. Każdy ma przecież inną wrażliwość. Naszym zdaniem jest robić to w sposób na tyle smaczny aby nikogo nie obrazić. Nawet jeżeli nasz światopogląd nie zgadza się z innym. Wymaga tego kultura.

Czy przynosisz swoją prace do domu? Czy poza kabaretem także starasz się bawić otoczenie?

M.P.: Broń Boże, nie jestem duszą towarzystwa. Wolę słuchać, podglądać, dopowiadać. Mam raczej naturę milczka, muszę się napić, aby się rozgadać. Znajomi mówią, że jestem wtedy cudowny, ale ja rzadko piję, więc rzadko jestem cudowny.

Gdybyś nie zajął się kabaretem, kim byś był?

M.P.: Byłbym dziennikarzem sportowym zdecydowanie.

Od tenisa?

M.P.: Niekoniecznie. Zawsze byłem zafascynowany sportem, byłem pod wrażeniem imprez sportowych, już jako dzieciak komentowałem sportowe wydarzenia do mikrofonu z patyka.

Najbliższe plany…

M.P.: W ubiegłym roku wydałem płytę ze swoimi piosenkami, którą będę teraz promował. Mam także najnowszą piosenkę, bardzo pogodną i letnią pt: „Kochaj mnie”- zachęcam do posłuchania. Koledzy z kabaretu pytali, czy wybieram się z tym repertuarem do Opola, ale w obecnej sytuacji raczej niekoniecznie. Mam nadzieję iż mimo to zdobędzie ona swoje grono sympatyków. Jak już wspominałem jest to taka moja odskocznia, takie małe poletko, które uprawiam przy dużym, wielohektarowym gospodarstwie, jakim jest kabaret.

Dziękuję za rozmowę i życzę abyście wyrwali jeszcze niejeden grosz z waszej działalności.

M.P.: Dziękuję i już zaczynam zapuszczać kieszenie.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany wtorek, 04 wrzesień 2018 18:48
Roman Anusiewicz

Operator filmowy. Fotoreporter - kameroman@op.pl

Najnowsze od Roman Anusiewicz

Artykuły powiązane

Galeria