Polska Ogórkowa - spotkanie z Michałem Ogórkiem

Michał Ogórek - archiwum BR Michał Ogórek - archiwum BR

Michał Ogórek - dziennikarz, prezenter telewizyjny, felietonista, satyryk i krytyk filmowy we wrześniu 2017 odwiedził bielską Książnicę Beskidzką w ramach organizowanych cyklicznie spotkań Bielsko-Białski (po)ciąg do kultury.

"Polska dla mnie jest dzieckiem, którym trzeba się ciągle opiekować, a ono sika i beka. Nie pozwala zasnąć, nie daje nawet pomyśleć o niczym innym. Ale kiedy przychodzi co do czego, to okazuje się, że nic innego nie mamy." Michał Ogórek - dziennikarz, felietonista, krytyk filmowy odwiedził nie tak dawno bielską Książnicę Beskidzką. Poprosiliśmy go o krótką rozmowę..

 

Urodził się Pan w dniu i w roku można powiedzieć dość szczególnym i znaczącym dla powojennej Polski dzień 22 lipca 1955 roku - w tym dniu narodził się warszawski Stadion Dziesięciolecia oraz Pałac Nauki i Kultury. 22 lipca to także ówcześnie obchodzone święto Odrodzenia. Czy z tego powodu czuje Pan niejaki sentyment do swego rówieśnika - mam na myśli oczywiście Pałac Kultury? Czy ma Pan jakieś szczególne wspomnienia związane z tym miejscem?

Michał Ogórek: W 2015 roku obchodziliśmy wspólnie 60-te urodziny. Przyszło koło trzech tysięcy ludzi. Pokazywałem stare kroniki filmowe, był tort i toast. Kto by mi wyprawił takie przyjęcie? Z drugiej strony zawsze 22 lipca wyliczają mi publicznie, ile mam lat.

Znamienne jest także miejsce Pana urodzenia - Katowice, które do grudnia 1956 roku nosiło niezbyt zaszczytną nazwę Stalinogród. Często wspomina Pan o tym w roz-mowach z czytelnikami, czy ten fakt jakoś szczególnie odbił się na pana życiu - pozostał jakiś ślad po tej nazwie np. w metryce?

M.O.: Mam metrykę, zbieram różne pamiątki z tego okresu. Ktoś przysłał mi nawet szkolną mapę ścienną Europy ze Stalinogrodem - to rarytas, bo np. mapy Polski nie zdążyli wydać. To trwało tylko 3 lata, a nadanie nazwy odbyło się z zaskoczenia. A potem wszelkie ślady niszczono.

Studiował Pan nauki polityczne w czasach ze współczesnego punktu widzenia „trudnych politycznie”, czy był to świadomy wybór związany z przyszłą karierą ?

M.O.: To było z głupoty. Chciałem być dziennikarzem, a tylko tam była „specjalizacja dziennikarska”. Dopiero potem się okazało, że chciano szkolić propagandystów. Mnie się to przydało o tyle, że przestałem wierzyć we wszystko, co mi mówiono - dla dziennikarza pierwszorzędna cecha.

Już na wstępie swojej przygody z dziennikarstwem okazał się Pan autorem „niepokornym”, debiutancki tekst opublikowany przez Pana w „Studenckim Magazynie Reporteów”, został zdjęty przez cenzurę i to w całości. Jaki to miało wpływ na Pana dalsze losy?

M.O.: Nie miałem już w Katowicach czego szukać. Przeniosłem się do Warszawy. I to mi dobrze zrobiło.

W Warszawie trafił Pan do „Przeglądu Technicznego”, czy praca w takim czasopiśmie wymagała od Pana fachowej wiedzy technicznej?

M.O.: Wiedza fachowa tam tylko przeszkadzała. Wydawaliśmy bowiem dla niepoznaki pod tym tytułem bardzo krytyczne, prawie opozycyjne, jak na ówczesne warunki, pismo społeczno-gospodarcze. Technika była tylko pretekstem, alibi dla cenzury i nawet nikt się z tym specjalnie nie krył.

Czy człowiek z zacięciem satyryka jest w stanie oglądać świat, najbliższe otoczenie z większym dystansem niż inni. Jednym słowem, czy patrzył Pan na Polskę lat 70. i 80. z uśmiechem, czy z przerażeniem?

M.O.: Końcówka PRL-u to już była sama groteska. Wspominając go można się popłakać, lecz raczej ze śmiechu.

W 1989 roku rozpoczął Pan współpracę z Gazetą Wyborczą, był Pan z nią praktycznie od jej narodzin. Czy w czasie pracy zdarzyło się Panu szczególnie narazić komuś swoimi felietonami?

M.O.: Miałem wytoczonych parę procesów, ale w sumie nic groźnego. Na jednym z procesów, jaki mi wytoczył, zaznajomiłem się nawet z Andrzejem Lepperem; to był niegłupi facet. Otaczał się tylko jakąś niepra-wdopodobną menażerią ludzką. Przegrał ze mną proces i miał mi zapłacić 500 złotych kosztów sądowych. Nigdy tego nie zrobił.

Śledząc Pańskie dokonania literackie zwłaszcza po 2012 roku można wysnuć teorię, iż lubi Pan pracować w duecie: „Kiełbasa i Sznurek” z Jerzym Bralczykiem, „Dobra zmiana grubą kreską” z Henrykiem Sawką, czy „Z prądem i pod prąd. Ostatnia dekada PRL”- z Zenonem Żyburtowiczem.

M.O.: Samo słowo aż prosi się dziś o jakieś wsparcie. Dlatego zdjęcia i rysunki dobrze mu robią.

Czy teraz satyrykowi żyje się lepiej czy gorzej? Czy zmieniły się gusta i wymagania odbiorcy? Czy brak oficjalnej cenzury nie rozleniwia nieco ludzi „ostrego pióra”?

M.O.: Prawdziwa satyra schodzi dziś, jak kiedyś, do podziemia. Tj. teraz do Internetu. Telewizja publiczna jest dworska w skali dotychczas nieznanej, a inne media coraz bardziej nastraszone. Ale może dla satyry to dobrze - antyrządowe dowcipy najlepiej rozwijają się w takim klimacie.

Jak w takim razie ocenia Pan nasze, polskie podejście do humoru, czy nasza duma i wrażliwość pozwala nam śmiać się z samych siebie, czy potrafimy zachować dystans do swoich słabości, czy lubimy jedynie śmiać się z innych?

M.O.: Najbliższa przyszłość pokaże. Jest możliwe, że śmiać się będziemy mogli tylko w domu, jak bywało przedtem, bo publicznie będziemy woleli nie. Mam wrażenie, że moje życie satyryka zatoczyło koło: i na początku i przy końcu może się toczyć tylko w drugim obiegu, nieoficjalnym. Przecież w PRL do telewizji nikt by mnie nie wpuścił. Teraz zaczyna się podobnie.

Nazwisko Ogórek znalazło się w co najmniej dwóch antologiach polskich felietonistów, jedna z nich to: Mistrzowie Felietonu (1999), gdzie zagościł Pan między takimi twórcami jak Szymborska, Boy-Żeleński, czy Ryszard Kapuściński. Czy pośród kolegów po fachu ma Pan swoich idoli?

M.O.: Na ogół już nie żyją.

Funkcja eksperta w programie Milionerzy w latach 2009-2010 (przypomnijmy uczestnik programu mógł skorzystać z koła ratunkowego łącząc się z ekspertem przez Skypa, później zastąpiono tę opcję pytaniem do przyjaciela), jak wspomina Pan ten epizod?

M.O.: Jedyny raz podczas występów publicznych się tremowałem. Łatwo można było kogoś zawieść. Jako ekspert nie wiedziałem np. z czego są cynaderki. Od czasów PRL-u mam uraz do podrobów i wolę tego nie wiedzieć, ale jakiś facet przegrał przez to nagrodę.

Kino Polska - komentarze do PRL-owskich Kronik Filmowych, rok 2005 - proszę opowiedzieć parę słów o tym projekcie.

M.O.: Kroniki to jednocześnie kopalnia wiadomości i biblia manipulacji propagandowych. Oddzielić jedno od drugiego nie jest łatwo. To jak praca archeologa: trzeba na nowo skleić te skorupy.

Jeszcze do niedawna wpisując w Google hasło „Ogórek” można było bez problemu odnaleźć informacje na temat Michała Ogórka. W tej chwili sytuacja nieco się zmieniła i sieć zdominowała jeszcze jedna osoba o tym nazwisku, stąd moje pytanie musiało się pojawić - czy wykazuje Pan jakieś związki z Panią Magdaleną Ogórek?

M.O.: Od początku żadnych, a z biegiem czasu jeszcze coraz mniej.

W 2015 roku, a więc roku kampanii wyborczej, w rozmowie z Agnieszką Kublik [Wywiad w Gazecie Wyborczej „Nazywam się Ogórek. Michał Ogórek”, przyp. Red.] wyraźnie i na swój niepowtarzalny sposób wyraził Pan opinię na temat tej nieco niefortunnej kandydatki, podsumowując wywiad słowami: „Po 10 maja zaczynamy, my wszystkie Ogórki, odrabiać straty wizerunkowe. I zapraszamy Magdalenę, by zaczęła je odrabiać z nami. Mamy dużo do zrobienia.” Czy nadal podtrzymuje Pan tę opinię?

M.O.: Czytałem gdzieś, że wyznała ostatnio, że sama nie głosowała na siebie, a na prezydenta Dudę. Trudno, aby popierać ją w większym stopniu, co ona sama.

Wróćmy do literatury - po krótkiej przerwie w twórczości literackiej słyszałam, iż już wkrótce zaszczyci Pan czytelników nową pozycją książkową. Czy może Pan zdradzić czego będzie dotyczyć i kiedy możemy spodziewać się jej na półkach księgarskich?

M.O.: Piszę o kulcie kolejnych przywódców w stuleciu Polski. Od Piłsudskiego do Kaczyńskiego, poprzez Bieruta, Gierka, Wałęsę. Jak wynoszono ich pod niebiosa, a potem zwykle topiono w błocie. Bałwochwalstwo to i przypochlebianie przybierało formy i rozmiary bardzo komiczne. Wierszyki, pomniki. Książka będzie miała tytuł „Sto lat!”.

Na koniec pytanie nieco osobiste, czy Michał Ogórek nie miał nigdy ochoty napisać czegoś poważnego?

M.O.: Ależ ja piszę wszystko na poważnie. Co mogę zrobić, jak mi wychodzi śmiesznie.

Dziękuję za rozmowę. Z niecierpliwością czekamy na nową książkę. 

 

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany sobota, 11 sierpień 2018 19:28