Bo srebro i złoto...

By Piotr Skucha styczeń 07, 2020 311
Krzysztof Daukszewicz - satyryk, felietonista, gawędziarz, poeta, kompozytor, gitarzysta i piosenkarz. Na scenie od 1975r. (w autorskim kabarecie Gwuść). Już w 1976 r. zaczął występy solowe i stał się prekursorem gatunku „siedzący standuper”. Był kierownikiem literackim Teatru na Targówku (1979-84), w duecie z Januszem Gajosem występował jako kabaret Hotel Nitz (1983-86). Autor słynnych „Listów do Hrabiego” i kolekcjoner „Menelików”. W audycji „Parafonia” (radiowa Trójka 1984-2004) stworzył ponadczasową postać Bibliotekarza. Jako dramaturg otrzymał nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Na Sztukę Teatralną (Jugosławia 1986, za farsę „Cycek”). Od 2005 roku jest komentatorem w telewizyjnym programie „Szkło kontaktowe”. Wydał blisko 30 książek (zbiory felietonów, anegdot, wierszy, sztuk teatralnych i tekstów satyrycznych). Napisał kilkaset piosenek. Jego autorska dyskografia składa się z ponad 20 płyt. W przygotowaniu kolejne. Jest laureatem wielu nagród, m.in. Karolinki, Prometeusza, Srebrnego Medalu Gloria Artis, Srebrnej i Złotej Szpilki, Złotego Kamertonu, Złotego Mikrofonu, a nawet Złotych Rogów Kozicy.

Piotr Skucha: Czym czyścisz Karolinkę?
Krzysztof Daukszewicz: Tę, którą otrzymałem w Opolu? Niczym.

Piotr: A wiesz gdzie ona jest?
Krzysztof: Stoi u mnie w gabinecie. W pudełku na szafie. Dlatego nie muszę jej czyścić

Piotr: Z czego jest zrobiona?
Krzysztof: Nie wiem. Chyba z brązu. Podobnie jak Prometeusz.

Piotr: Pudełko jest w formie gablotki? Eksponujesz te nagrody?
Krzysztof: Pudełko jest w formie pudełka. A do gabinetu nikogo nie wpuszczam, bo tam za duży burdel jest.

Piotr: Rozgardiasz twórczy?
Krzysztof: Pięknie powiedziane, ale to nie dotyczy mojego gabinetu. (śmiech)

Piotr: Nikogo nie wpuszczasz? Nie ma wyjątków?
Krzysztof: Kot wchodzi kiedy chce.

Piotr: (śmiech) Na nim chyba wrażenia nie robią te wszystkie srebrne i złote trofea.
Krzysztof: Nie, bo pudełko zamknięte. Na mnie też nie, bo więcej mam nagród wędkarskich.

Piotr: Do tego jeszcze wrócimy, bo w twoim przypadku wędkarstwo to więcej niż „hobby”. Łowisz zawodowo.
Krzysztof: Indywidualnie i drużynowo.

Piotr: Na scenie też zacząłeś drużynowo. Rok 1976. Kabaret Gwuść. Ostra satyra, ale nazwa mięciutka. Czym taki „gwuść” z miękką końcówką mógł ukłuć?
Krzysztof: Widocznie mógł, skoro w nagrodę dostał srebrną szpilkę.

Piotr: (śmiech) Przewrotna nazwa.
Krzysztof: O to mniej więcej chodziło. Ale zdarzało się, że kłuła wprost. Była taka księgowa, która powiedziała, że nie wypłaci nam honorarium dopóki nie poprawimy nazwy, bo to jest błąd ortograficzny.

Piotr: Słusznie. Nie można wynagradzać za błędy. Za błędy się płaci.
Krzysztof: Niestety, to nie jest w Polsce zbyt powszechna praktyka. Z kolei w Domu Kultury w Szczytnie, skąd Gwuść pochodził, mieliśmy księgową, która wszystko brała do siebie. Cokolwiek byśmy nie powiedzieli ze sceny, nazajutrz pytała dlaczego się jej czepiamy. Cierpiała za ludzkość.

Piotr: Większość księgowych cierpi.
Krzysztof: Ona wszystko przyjmowała na klatę.

Piotr: Na szczęście gwuść był zmiękczony, więc nie ranił…
Krzysztof: To zmiękczenie wzięło się chyba stąd, że nasz pierwszy program „Dookoła Wojtek” był poświęcony wileńszczyźnie. A to z tego powodu, że wokół Szczytna i Lidzbarka Warmińskiego całe mnóstwo repatriantów ze wschodu się osiedliło…

Piotr: Bo mieli blisko.
Krzysztof: Bo tam ich zwieźli, po prostu. A wilniuki tak właśnie miękko mówią. Wszystkie końcówki zmiękczają.

Piotr: Tego się miło słucha, nawet jak klną. Kiedyś w sklepie spożywczym we Włodawie słyszałem jak facet zapytał ekspedientkę: „Sliedzi u was jest'?”, „Jest'!”, „Tak mnie dać trzech”. To a propos ryb.
Krzysztof: (śmiech) Ale śledzi nie łowi się na wędkę.

Piotr: Do wędkarstwa jeszcze wrócimy. Teraz następne pytanie.
Krzysztof: Jak to następne? Mówiłeś, że miło nawet jak klną, a cytowany facet ani mięsem nie rzucił, ani się nie zająknął, pełna kultura. Ekspedientka jeszcze bardziej.

Piotr: Obawiam się, że przy następnym pytaniu ty możesz zacząć kląć. I to bez zmiękczania.
Krzysztof: Ja jestem w tym wieku, że mnie już trudno wyprowadzić z równowagi.

Piotr: Nie mam takiego zamiaru, ale tak się złożyło, że uprawiasz satyrę ponad czterdzieści lat, więc zacząłeś w jednym systemie, potem był okres przejściowy, zachłyśnięcie się wolnością przez prawie 500 dni i stan wojenny. Potem kolejne zakręty: koniec komuny, Europa…
Krzysztof: I teraz szykujemy się do następnego systemu.

Piotr: No, właśnie. Który okres, według ciebie, był… jest… najgroźniejszy dla ludzi?
Krzysztof: Sam sobie odpowiedziałeś. Tym słowem w czasie teraźniejszym.

Piotr: Nie chciałem nic sugerować.
Krzysztof: Jak wędkarz rzucając zanętę. Też nic nie sugeruje. Nawet udaje, że go w ogóle nie ma.

Piotr: Wędkarstwo potem. Teraz odpowiedz.
Krzysztof: Spodziewałeś się, że tutaj zacznę kląć?

Piotr: Nie. Po prostu lubię sposób, jakim wychodzisz z sytuacji, w których inni tylko klną.
Krzysztof: W zasadzie to co robię… co obaj robimy… ma pomóc ludziom przetrwać, może nawet pokonać uszczypliwości losu…

Piotr: Przetrwać, pokonać tak. Tylko nie mów, że pogodzić się z losem.
Krzysztof: O pogodzeniu się nie ma mowy, zwłaszcza z tym co teraz się dzieje. Śmiech daje nadzieję, daje energię, a najbardziej obawiam się, tego co próbuje się teraz stworzyć. Jeżeli rozmontowany zostanie system sądownictwa, będzie można robić wszystko. A biorąc pod uwagę, że rządzą nami osoby… jakby to powiedzieć… „marnej uczciwości”…

Piotr: (śmiech) Wezmę to w cudzysłów.
Krzysztof: Jak to nasz ulubiony prezydent powiedział: „dojna zmiana”. I faktycznie chapią co popadnie. Wiele osób mówi, że to jest system mafijny, po prostu.

Piotr: Czują, że nie mogą teraz oddać władzy, bo zabrnęli za daleko. I brną jeszcze dalej.
Krzysztof: W rocznicę stanu wojennego dostałem taki wpis z Internetu, że nic się nie zmieniło: znowu Kaczyński w łóżku, Piotrowicz w sądzie i nie ma Teleranka.

Piotr: Pogoda się zmieniła. Wtedy był mróz i koksowniki dla patroli, teraz globalne ocieplenie i trawa kiełkuje.
Krzysztof: To jeszcze gorzej. Wtedy kleszcze i larwy komarów wymroziło, ryby były wygłodniałe i zanęta skuteczniejsza.

Piotr: Wędkarstwo potem. Teraz odpowiadaj na pytania. Przez te 45 lat twórczych zmagań z naszą rzeczywistością poznałeś wiele wybitnych postaci. Ze świata kultury, nauki, polityki, sportu. Ze świata celebrytów. Znasz osobiście trójkę noblistów, na przykład. Kto wywarł na tobie największe wrażenie?
Krzysztof: Hmmm

Piotr: Ale nie na zasadzie olśnienia fryzurą, kostiumem czy makijażem. Może inaczej: kto…
Krzysztof: Wiem, o co ci chodzi, ale musimy się cofnąć więcej niż te 45 lat.

Piotr: Proszę bardzo. Mamy dwudziesty pierwszy wiek i podróże w czasie opanowane.
Krzysztof: Mnie ukształtował najbardziej Melchior Wańkowicz. Ja się nim zaczytywałem. Powalało mnie jego uprawianie gawędy, bo on był przede wszystkim gawędziarzem, co wynika głównie z „Ziela na kraterze”, z „Zupy na gwoździu”…

Piotr: To z tej zupy kabaret Gwuść! Wyłowiłem związek przyczynowo-skutkowy. (śmiech)
Krzysztof: O wędkarstwie miało być później. Teraz odpowiadam. Mam prawie całego Wańkowicza u siebie. Ja chłonąłem jego książki, zbierałem i czytałem namiętnie po kilka razy. Natomiast osobą, którą poznałem osobiście i wywarła na mnie największe wrażenie, był premier Tadeusz Mazowiecki. Dwa razy go spotkałem i dwa razy stałem praktycznie na baczność. Było coś takiego w tym facecie, że człowiek nie wiedział co ze sobą zrobić.

Piotr: Charyzma.
Krzysztof: Tak, olbrzymia. A w Teatrze na Targówku poznałem Wałęsę. Byłem tam konsultantem literackim. Wałęsa przyjechał do nas w osiemdziesiątym roku. Z całą świtą wokół. Obok niego Holoubek, Geremek i inni słynni profesorowie, a on kroczył z tym półmetrowym długopisem i Matką Boską w klapie. I był zagłaskiwany zewsząd. Ja stałem trochę z boku, za filarkiem i patrzyłem na to wszystko. Podszedł do mnie Marian Jonkajtys, świętej pamięci dyrektor tego teatru I mówi: „widzisz, Krzysiek, pracy ci nigdy nie zabraknie”.

Piotr: Trafna diagnoza.
Krzysztof: I jaka konsekwencja w działaniu! Gdy wybuchł stan wojenny, Marian mnie zatrudnił na pół etatu, żebym miał z czego żyć.

Piotr: (śmiech) Ponadczasowa wieloznaczność wypowiedzi. A kto z osób twórczo i artystycznie wtedy zaangażowanych?
Krzysztof: Jonasz Kofta i Adam Kreczmar przede wszystkim.

Piotr: Liczyłem, że wymienisz te nazwiska.
Krzysztof: Przyjaźniłem się z nimi blisko. Z Adasiem to rodzina prawie. Myśmy byli przez długi czas papużki nierozłączki. Adam mieszkał po drugiej stronie ulicy, balkon w balkon, bym powiedział, a Jonasz mieszkał dwie ulice dalej. Spotykaliśmy się najczęściej u Adama. Zawsze chwalili się nawzajem nowymi tekstami. Jak któryś napisał coś dobrego, to słyszał od drugiego „no, w porządku, tak, tak…”, ale jak to było coś naprawdę fantastycznego, to słyszał „ Ty chuju! Jebany sukinsynu! Ty…!!!”

Piotr: (śmiech) Czysta, niekłamana zawiść.
Krzysztof: A drugi wtedy jak paw dumny chodził…

Piotr: Dobrze przewidziałem, że w odpowiedzi na pytanie zaczniesz przeklinać.
Krzysztof: Niedobrze. Bo ja nie odpowiadałem, tylko precyzyjnie cytowałem. Pamiętam, że długo marzyłem, żeby któryś z nich to samo kiedyś mi powiedział. I udało się!

Piotr: Co to było?
Krzysztof: Trzy przypadki takie były. „Ballada o trzeźwym diable”…

Piotr: „Pan odpowiedział: spójrz na świat, on już nie musi pić…”
Krzysztof: Tak. Tę balladę Jerzy Dobrowolski kiedyś usłyszał, podszedł do mnie po występie i powiedział: „no, jesteś gówniarzu zdolny”. To był najwyższy komplement. Od razu urosłem parę centymetrów.

Piotr: A dwa następne teksty?
Krzysztof: „Deszcz pada na Mazurach” i „Na drodze do domu”.

Piotr: Dla mnie przełomową twoją piosenką był „Easy Rider”. Pamiętam, jak śpiewałeś ją zwłaszcza na kameralnych imprezach. Zawsze wywoływała piorunujące wrażenie. Nie wiem, czy byłeś tego świadom, ale wśród artystów z naszej branży zawsze miałeś bardzo dobre notowania i wszyscy żałowaliśmy, że nie przekłada się to na szerszą popularność. Dopiero pamiętny występ na opolskim festiwalu w 1987 roku…
Krzysztof: Wtedy też „Easy Ridera” zaśpiewałem.

Piotr: I „To jest mój kraj”. Ale najważniejszy był monolog „Muzykoterapia” o rozterkach Polaka, który nie wie po której stronie się opowiedzieć. Pamiętam, że reżyser kabaretonu (Krzysztof Jaślar) odradzał ci ten monolog. Że za trudny na amfiteatr, za poważny. Na szczęście postawiłeś na swoim i to był strzał w dziesiątkę. Owacja, bisy…
Krzysztof: Ale była też i druga strona medalu. Pamiętasz puentę „Muzykoterapii?

Piotr: Że „jeżeli chodzi o życie”?
Krzysztof: „To ci powiedzą, że życie jest najwyższym dobrem człowieka. Ale zaraz, zaraz… Przecież ci drudzy też powiedzą, że życie jest najwyższym dobrem człowieka… Czy oni się przypadkiem już nie dogadali?”

Piotr: (śmiech) Naraziłeś się walczącym ortodoksom.
Krzysztof: W tamtych czasach to było obrazoburcze.

Piotr: Grubo przed okrągłym stołem.
Krzysztof: Klika chciała mi wtedy łomot spuścić zaraz po zejściu ze sceny. Przylecieli z oskarżeniem, że jak ja mogłem jednych do drugich przyrównać. Byli bardzo radykalni.

Piotr: Kabaret Klika z Bydgoszczy, czyli Marek Sobczak i Antoni Szpak. Obaj wojowniczy i bardzo zaangażowani. Ich sztandarowa pieśń miała refren „polska partia protestująca protestuje zawsze do końca”.
Krzysztof: Tak, ale ich największy przebój to „Nie oddamy Chinom Związku Radzieckiego”.

Piotr: Przebój owszem, ale nie sceniczny. To pieśń z drugiego obiegu.
Krzysztof: (śmiech) Ta piosenka ma cie-kawą historię. Jest owocem Pierwszego Festiwalu Piosenki Antyradzieckiej w Zakopanem w 1977 roku. Udało nam się zorganizować go błyskawicznie w dniu, w którym Niesiołowski chciał wysadzić pomnik Lenina w Poroninie, ale urwał mu tylko kawałek stopy. Cała esbecja pojechała wtedy z Zakopanego do Poronina i nikt nas nie pilnował. Festiwal wygrał Janusz Sokołowski z mojego kabaretu. Śpiewał balladę o Gagarinie z puentą „i tylko szkoda, że w noc kwietniową, ciągnąc za sobą smród spalin, w kosmos wyleciał nie cały związek, a tylko jeden Gagarin”.

Piotr: Ta piosenka też poszła w lud i niewiele osób dzisiaj wie, kto był jej autorem.
Krzysztof: Konferansjerem festiwalu był Marek Pacuła z Piwnicy Pod Baranami, który w przerwach opowiadał o przy-gotowaniach naszej reprezentacji futbolowej do Mundialu w 1978 roku.

Piotr: Grali wtedy Joachim Marx i Jerzy Engel.
Krzysztof: I Marek opowiadał, że na prawe skrzydło szykuje się Engels, w środku Marks, a lewoskrzydłowy napastnik leczy kontuzję w Poroninie. Co się działo na widowni!

Piotr: Dzisiejsza młodzież nie potrafi sobie tego wyobrazić.
Krzysztof: Drugie miejsce ja zająłem. Śpiewałem piosenkę „Zbudujemy czwartą Polskę aż po Ural, polski górnik drąży w Ruhrze, polski doker w Reykiawiku, w alpich turniach się rozmnaża polski góral”, ale największym hitem stała się piosenka Kliki „Nie oddamy Chinom…”

Piotr: Bo ludzie najbardziej lubią piosenki, które już znają, a to był tekst do melodii wielkiego przeboju Tercetu Egzotycznego „Pamelo żegnaj”.
Krzysztof: „Niebo skąpi suchej ziemi kropli deszczu”.

Piotr: Nic dziwnego, że nowy tekst od razu się przyjął. Susze nam wtedy nie dokuczały.
Krzysztof: (śmiech) Jak przyjechałem z Zakopanego do Warszawy, zaśpiewałem „Nie oddamy…” Jonaszowi i Adamowi. Oni kompletnie oszaleli na punkcie tego refrenu i Adaś sobie zażyczył, żeby wykonać to na jego urodzinach.

Piotr: Letnia pora była wtedy. Upał, okna pootwierane…
Krzysztof: Aleja Róż, centrum Warszawy.

Piotr: Tuż obok Placu Konstytucji.
Krzysztof: Trzysta metrów od komitetu warszawskiego PZPR. Z jednej strony ambasada Czech, z drugiej ambasada Wielkiej Brytanii. Całe mnóstwo esbeków i budek milicyjnych. Żeby to zaśpiewać stworzyliśmy własny tercet egzotyczny w składzie: Wojciech Karolak (znany jazzman), Jerzy Andrzej Marek (jeszcze bardziej znany kompozytor), no i ja.

Piotr: Trio a capella
Krzysztof: Opracowaliśmy ten numer na trzy głosy i zaczęliśmy śpiewać. Po chwili zadzwonił telefon. Mama Adasia, Justyna Kreczmarowa, wybitna aktorka, stała na balkonie po drugiej stronie ulicy, doskonale słyszała ten śpiew i zapytała z nienaganną dykcją i przedniojęzykowym „Ł”: „Dzieci, co wy śpiewacie?! Już radiowóz podjechał!”. Wyglądamy przez okno na dół, tam rzeczywiście jacyś nerwowi przechodnie, ale nikt nie wszedł na górę, bo pod domem stały dwa auta z rejestracjami dyplomatycznymi. Ambasadora Francji, bo Adaś był z nim zaprzyjaźniony, a jego żona Małgosia tam pracowała i chyba ambasador Wielkiej Brytanii też był i jeszcze jakiś konsul…

Piotr: Afera mogła być międzynarodowa.
Krzysztof: Dlatego odpuścili, a myśmy się później ewakuowali tylnymi drzwiami i dalej przez Dolinkę Szwajcarską…

Piotr: Jak to brzmi! Z centrum Warszawy przez Dolinkę Szwajcarską…
Krzysztof: Bo to niedaleko jest. I jakoś rozeszło się po kościach.

Piotr: Nie do końca. Teraz mają problem frankowicze. Dodajmy, że ten zorganizowany ad hoc festiwal był imprezą towarzyszącą zakopiańskim Konfrontacjom Kabaretowym, czyli Turniejowi o Złote Rogi Kozicy .
Krzysztof: Tak. I myśmy się poznali na tych rogach.

Piotr: Właściwie to na nas się poznali. Kabaret Gwuść wygrał Złote Rogi w 1977 roku, a mój kabaret Długi dwa lata później.
Krzysztof: I od tego czasu nawet żeśmy się polubili.

Piotr: Ciekawe, że pomimo tylu zakrętów dziejowych jakoś to przetrwało.
Krzysztof: (śmiech) Czyli można. Może to zasługa jury, bo bardzo zacne było. Adam Kreczmar…,

Piotr: Henryk Malecha, naczelny miesięcznika literackiego „Radar”, poeta Lech Śliwonik…
Krzysztof: Bruno Miecugow, krakowski literat, ojciec Grzegorza…

Piotr: A cenzorką była pani Porębska.
Krzysztof: Ale na festiwalu jej nie było.

Piotr: W jury, na szczęście, też nie.
Krzysztof: Ona miała dar wyławiania w tekstach aluzji nawet tam, gdzie ich nie było.

Piotr: I w ten przewrotny sposób dotarliśmy do wędkarstwa.
Krzysztof: Nareszcie.

Piotr: Masz już wiele trofeów srebrnych i złotych, wśród nich szpilkę, mikrofon, kamerton… A gdybyś tak złowił złotą rybkę…
Krzysztof: To bym ją wypuścił.

Piotr: ???
Krzysztof: „Bo srebro i złoto to nic! Chodzi o to, by wolnym być… „

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany wtorek, 07 styczeń 2020 11:40