Artysta wieloetapowy - rozmowa z Jackiem Fedorowiczem

By Piotr Skucha czerwiec 03, 2019 586
Marek Majewski i Jacek Fedorowicz Marek Majewski i Jacek Fedorowicz fot. Roman Anusiewicz

Jacek Fedorowicz - gość 113. kwietniowego wieczoru Bielskiej Sceny Kabaretowej. Aktor, satyryk, felietonista, znany między innymi z audycji radiowej "60 minut na godzinę", programów telewizyjnych "Poznajmy się" i "Małżeństwo doskonałe". Na łamach Bielskiego Rynku uciął sobie pogawędkę z Piotrem Skuchą.

Piotr Skucha: Od wielu lat podziwiam cię za to, że jesteś stały w poglądach. Zdarzyło ci się kiedyś je zmienić?
Jacek Fedorowicz:
Zależy co rozumiemy pod pojęciem „poglądy”. Jeżeli to jest jakiś zbiór zasad plus zbiór ulubień, plus zbiór wartości, jakichś zakazów wewnętrznych, które sobie człowiek narzucił, to nie. Może tylko w drobniutkich szczegółach.

Czyli korekta.
J.F.:
O! Bardzo dobre słowo. Natomiast często zmieniałem moje recenzje ze świata. To znaczy, w pewnym momencie zauważałem, że Jezus, Maria! jak ja mogłem tak myśleć dziesięć lat temu o czymś tam, jak mogłem tak głęboko się mylić, bo przecież prawda jest inna.

Głęboko, czyli już nie korekta, a radykalna zmiana. A dotyczyło to…
J.F.:
Zaraz ci dam przykład. Ale to będzie taki przykład z wysokiego tonu. Bardzo wysokiego.

Bardzo proszę. To mi pasuje, bo ja swój kabaret nazwałem Ton.
J.F.:
(śmiech) To użyję innego określenia. Taki przykład z grubej rury.

Z trombity.
J.F:
Otóż ja zupełnie co innego myślałem o rodakach. Ja ich idealizowałem…

A, to poważny ton.
J.F.:
I dziś dochodzę do wniosku, że ich bardzo przeceniałem. Szereg rozczarowań miałem i mam nadal.

To mi się też coraz częściej zdarza. Ale mówiąc o poglądach miałem na myśli te podstawowe…
J.F.:
Te są bardzo proste. Ja od dziecka byłem patriotą, co nie jest moją zasługą. Z takiej rodziny pochodzę, więc nie mogłem nagle być wyrodkiem. Mam, wśród najbliższych krewnych z poprzednich pokoleń, prawdziwych bohaterów. Takich do encyklopedii.

Masz z kogo być dumnym.
J.F.:
Tak. Byłem patriotą i uważałem, że socjalizm to jest kretyństwo.

I wydawało się, że jeśli tę przypadłość się usunie, to naród wyjdzie na prostą, ze wszystkim da sobie radę.
J.F.:
Tak.

No to nie byłeś odosobniony w tych poglądach.
J.F.:
Pomyliłem się.

Ale nie co do diagnozy, tylko przewidywań. Czyli nie jesteś jasnowidzem.
J.F.:
Tak, ale okrutnie się pomyliłem, niestety.

Nie jest aż tak źle. Po prostu, okazało się, że mieścimy się w średniej światowej, jeśli chodzi o poziom intelektualny. I nie chodzi mi o wykształcenie, bo jak się wielokrotnie okazało, samo wykształcenie niewiele da, jeśli…
J.F.:
Czekaj, czekaj. Tu zaoponuję. Średniej światowej, ale bierzesz z jednej strony Bangladesz, a z drugiej…

Chodzi mi o to, że w każdym społeczeństwie procent jednostek wybitnych, średnich i zaniżających tę średnią jest podobny. Rzecz w tym, co społeczeństwo z tym zrobi.
J.F.:
Przepraszam Bangladesz.

Jeśli społeczeństwo przykładowego Bangladeszu dostałoby wykształcenie, to pewnie okazałoby się, że proporcje byłyby zbliżone do naszych.
J.F.:
To pocieszyłeś mnie. Następne pytanie proszę.

Los sprawił, że przeżyłeś kilka radykalnych zmian w historii naszego kraju i w swoim życiorysie. Począwszy od tego, że urodziłeś się przed drugą wojną światową…
J.F.:
Tyle, że nie pamiętam tamtych czasów.

Miałeś dwa lata kiedy wojna się zaczęła.
J.F.:
Tak. Kiedyś starałem się przypomnieć sobie jaki jest mój pierwszy obrazek świadomego człowieka i wydaje mi się, że są to niemieccy motocykliści na szosie prowadzącej na wschód, w miasteczku Cegłów, do którego uciekliśmy przed zajęciem przez Niemców Warszawy, ale chyba niemożliwe, żebym to pamiętał. W każdym razie medycyna twierdzi, że to niemożliwe.

Medycy też się czasem mylą.
J.F.:
(uśmiech) Miałem wtedy dwa lata i dwa miesiące.

Ta sama medycyna twierdzi, że jeśli to było traumatyczne przeżycie…
J.F.:
O, tak. Wiejska chałupa, wszyscy pokotem na podłodze, warkot za oknem. Ja wstałem, wspiąłem się na palce, żebym wyjrzeć ponad parapet, zobaczyłem ten obrazek, po czym zostałem natychmiast ściągnięty na ziemię.

Wróćmy do kolejnych etapów historii powojennej. Głęboki stalinizm, potem euforia pięć-dziesiątego szóstego i siódmego, kiedy już jako dorosły człowiek zacząłeś działalność artystyczną..
J.F.:
Bardzo dobrze to określasz: euforia - pięćdziesiąty szósty. Ale siódmy już nie.

Aż tak szybko…?
J.F.:
To była bardzo krótkotrwała euforia.

Nie pamiętam tego, bo wtedy nawet dwóch lat nie miałem, ale wydawało mi się, że to ze dwa lata trwało, a może nawet dwa lata i dwa miesiące…
J.F.:
(uśmiech) To zależy w jakich środowiskach. Rodacy, wiedzący niestety - coraz mniej o historii, na ogół nie zdają sobie sprawy, czym był przewrót Gomułki, czyli polski październik. Nawet dla takich ludzi jak ja, absolutnie brzydzących się komunizmem i cierpiących z powodu tego straszliwego Pe-eR-eLu, partyjniak Gomułka nagle, przez moment był zbawcą i wyzwolicielem. Nam się przez chwilę wydawało, że żyjemy w wolnym kraju. To jest miara różnicy między koszmarem stalinizmu a tym, co było potem.

Potem gomułkowszczyzna, sześćdziesiąty ósmy, siedemdziesiąty… Wszystkie te etapy przeżyłeś już nie tylko jako dorosły człowiek, ale artysta zaangażowany w szereg historycznych przedsięwzięć, nie tylko kulturalnych…
J.F.:
Rzeczywiście, miałem szczęście zawsze się jakoś wkręcać w historyczne przedsięwzięcia.

Jakie „wkręcać”?! Tworzyłeś je przecież.
J.F.:
Współtworzyłem. Współ! Miałem nosa do właściwych ludzi.

Który etap swojej działalności artystycznej, twórczej, wspominasz najlepiej?
J.F.:
W sensie twórczym okres od stanu wojennego do wyborów czwartego czerwca, czyli całe lata osiemdziesiąte, był dla mnie najwspanialszy.

Pamiętam kasety audio i video nagrywane przez ciebie, kopiowane potem niezliczoną ilość razy i rozprowadzane po całym kraju.
J.F.:
Pracowałem wtedy niesłychanie intensywnie. W zupełnie nowych warunkach dlatego, że po 13. grudnia 81. postanowiłem, że tym razem już koniec. Nie poddaję się cenzurze, tylko zwracam się bezpośrednio do odbiorców pisząc to, co myślę. To była nieprzytomna frajda, bo wszystko docierało i było przyjmowane z ogromnym aplauzem. Czułem się potrzebny i byłem pewien, że robię coś bardzo dobrego.

Mimo, że nie przekładało się to na finansowe korzyści. Wręcz przeciwnie.
J.F.:
Ale dawałem sobie radę dlatego, że mecenat państwowy został zastąpiony mecenatkiem bo to było, oczywiście, niewielkie społecznym. Na przykład sprzedawałem odbitki swoich grafik. Masowo wręcz. Za niewielkie pieniądze, ale ponieważ było ogromne zapotrzebowanie, na swoje wychodziłem.

W ciągu kilkudziesięciu lat działalności imałeś się tak różnych i skrajnie odległych rodzajów twórczości, często będąc w nich innowatorem, czy nawet prekursorem…
J.F.:
Przesada.

Jeśli chcesz, to uściślę, ale trochę będzie to trwało. Na przykład, pierwsze w Polsce programy telewizyjne z udziałem publiczności, które robiłeś wraz z Jerzym Gruzą.
J.F.:
Pierwszy cykl miał tytuł „Poznajmy się” i był robiony przez nas trzech, bo jeszcze do Gruzy i do mnie trzeba Bogumiła Kobielę dopisać.

Tak, oczywiście. Pierwsze programy kręcone ukrytą kamerą. Pamiętam gadającą skrzynkę pocztową, która twoim głosem prosiła żeby ją pogłaskać, to list szybciej dotrze…
J.F.:
Ale to zasługa Gruzy. Powiem prawdę. Nie jestem tym, za kogo mnie uważasz…

Jak to?!
J.F.:
W tym pytaniu padło: „prekursor”, „innowator”, a ja zawsze byłem współtwórcą. Sam, niestety, nie miałem aż tak dobrych pomysłów, ale umiałem znaleźć sobie towarzystwo.

Uważam, że umniejszasz swoje zasługi. Na przykład, towarzystwo dla Kolegi Kierownika w trójkowym magazynie „60 minut na godzinę” stworzyłeś sobie sam. I dokładanie kolejnych głosów do nagrania doprowadziłeś do perfekcji. A były to czasy nagrań analogowych, bez wspomagania komputerowego. Opowiadał mi Andrzej Pruski*, że nagrywałeś po kilka głosów za pierwszym podejściem.
J.F.:
To było tak. Jeśli to mini słuchowisko miało trwać 10 minut, to nagranie trwało 20. Najpierw nagrywałem głosy nieparzyste, potem w przerwach parzyste. Ale na początku wcale tak łatwo nie było.

Na początku były tylko trzy głosy, a potem towarzystwo się tak rozrosło…
J.F.:
(śmiech) że sam już nie jestem w stanie wszystkich policzyć.

Dla mnie mistrzostwem było stworzenie iluzji interakcji. Napięcie, emocje między postaciami, reakcje na wypowiedzi, były tak naturalne… Miało się wrażenie, że to było nagrywane co najmniej kilka razy.
J.F.:
A tymczasem… (uśmiech) Ale to było możliwe dlatego, że ja to sam robiłem i w związku z tym mogłem być elastyczny w trakcie nagrania. Mogłem zmieniać tekst, skracać go albo wydłużać po to, by te wypowiedzi nachodziły na siebie we właściwy sposób. Poza tym, wiedziałem jak ja to powiem, więc mogłem odpowiednio zareagować wcześniej. To można opanować.

Tak, przy dwóch trzech głosach. Ale przy siedmiu? Dwunastu?!
J.F.:
Można, można.

Co ciekawe, słychać było, że wszystkie te postaci tworzysz ty, a jednak były one natychmiast rozróżnialne.
J.F.:
Bo ja nigdy nie umiałem zmieniać głosu. Natomiast miałem łatwość różnych artykulacji. Ja lubię polszczyznę, dobrą dykcję, a to co słyszałem dookoła, to kaleczenie polszczyzny i wymowy, zapamiętywałem sobie boleśnie i starałem się potem odtworzyć w sensie drwiącym i kpiarskim w audycji.

Kontynuując pytanie…
J.F.:
To tyś go jeszcze nie zadał?!

Nie skończyłem zadawać.
J.F.:
To cały czas jest jedno pytanie???

(śmiech) Uwielbiam dygresje.
J.F.:
No to zadaj wreszcie pytanie zasadnicze.

Potem był „Dziennik telewizyjny”, który niesamowitą furorę zrobił w okresie wymieniania się i wypożyczania kaset video VHS. Nie wiem, czy coś z tego zostało, czy to jest do oglądania jeszcze, bo to był bardzo nietrwały nośnik.
J.F.:
Trochę zostało.

Jest do odtworzenia?
J.F.:
Tak, zdigitalizowałem. Mam na pendrive'ie, ale nie te najlepsze, niestety. Pytanie!

Do tego jeszcze felietony, grafiki, karykatury, krótko mówiąc, często zmieniałeś sposób działalności. Jaki był powód? Czy energia tak cię rozpierała? Nudziłeś się? Potrzebowałeś czegoś nowego? Czy miałeś pomysł wymagający innej formy? Czy okoliczności cię zmuszały? Czy jakieś inne czynniki to powodowały?
J.F.:
No to teraz od razu sześć pytań! (Śmiech)

W każdej dziedzinie osiągałeś mistrzostwo i wtedy przerzucałeś się na inną. Czułeś, że już więcej się nie da?
J.F.:
Przede wszystkim nie mistrzostwo, tylko vice mistrzostwo. Wiem co mówię. W każdej dziedzinie, w której coś robiłem, nigdy nie byłem najlepszy, ponieważ w żadnej nie miałem zdecydowanego talentu. Właściwie do niczego, tylko do wszystkiego po trochu. Ale dzikie ambicje, które miałem, żeby jednak pokazać, ze ja potrafię!, że jak się zawezmę to i to zrobię, i tamto, i tamto, doprowadzały do tego, że jak się za coś brałem, to po jakimś czasie dochodziłem do nazwijmy to „wysokiej pozycji”. A zmiany liczne… Być może to co powiedziałeś jest prawdą, że los za mnie decydował. Stan wojenny to demonstracyjnie przestaję występować i wracam do zawodu grafika. Przy okazji odkryłem, że dzięki serigrafii, czyli metodzie sitodruku, mogę robić coś wielonakładowego w domu, sam! I się w to rzuciłem.

Ale decyzja o „wewnętrznej emigracji” była twoja.
J.F.: Nie mogła być inna, czyli los zdecydował. A czasami… Być może jakieś przykre doświadczenia nauczyły mnie, że nie ma powrotu do starych sukcesów. Że jeśli coś odniosło sukces, na przykład te programy telewizyjne z Jerzym Gruzą, jak coś osiągnęło taki poziom, że wiesz już: wyżej się nie da…

Pułap
J.F.:
Tak, apogeum, a nawet kres. Wtedy nie wolno do tego wracać, tylko zabrać się za coś innego. Najlepiej w innej dziedzinie, bo wtedy nie ma tego porównania.

To jest piękna recepta na ciągłą aktywność, takie odradzanie…
J.F.:
Nakręcanie się.

No dobrze, odkryłeś sitodruk ułatwienie, radość! Ale bywało, że decydowałeś się na katorgę. Dzienniki telewizyjne montowane na sprzęcie VHS…
J.F.: Faktycznie, to była katorżnicza praca. Trzyminutowe nagranie fałszywego dźwięku pod mówiącego, na przykład, premiera Rakowskiego, generała Janiszewskiego, czy Wojciecha Żukrowskiego, trwało tydzień, dwa, trzy nawet. Dlatego, że tam nie było możliwości montażu, tylko trzeba było dokładać kolejne sekwencje. Dzisiaj to się w głowie nie mieści, że technika była wtedy aż tak prymitywna. Jeśli się coś zepsuło, trzeba było zostawić, albo zaczynać jeszcze raz.

Ale efekt był piorunująco perfekcyjny. Do dzisiaj pamiętam niektóre powiedzonka, na przykład „planowanie to lipa, lipa, panie”. (śmiech)
J.F.:
To był jakiś ówczesny mędrzec od ekonomii socjalizmu, nazwiska nie pamiętam.

Którą ze swoich rozlicznych działalności wspominasz najlepiej, z największym sentymentem?
J.F.:
Nie mam wątpliwości. Każdą.

Nawet te narzucone przez los?
J.F.:
Tak! Dlatego, że zawsze udawało mi się jakoś doprowadzić do zadowalającego mnie poziomu, po bardzo wytężonej, ciężkiej pracy, bo ja jestem z natury kujon, po prostu kujon!

I perfekcjonista.
J.F.:
Staram się. A teraz, na starość - to taka ciekawostka jestem na etapie ogromnego sentymentu do moich rysunków i karykatur, które też robiłem z ogromnym wysiłkiem. Coś widocznie we mnie tkwi takiego, że jak efekt przychodzi łatwiej, to ja tego nie cenię. Natomiast jak trudniej, to cenię ogromnie. A karykatury to jest ogrom pracy, żeby wyglądało, że to ot, tak machnięte sobie jednym ruchem. Nie wiem na czym to polega, ale mam, na przykład, dobry tekst w kabarecie do powiedzenia. Wychodzę, mówię i to się bardzo podoba, a ja żadnego wysiłku w to nie wkładam, więc nie cenię.

(śmiech) Lekceważysz swoje sceniczne wcielenie.
J.F.:
Po prostu samo wychodzi i dlatego z tej dziedziny nie jestem dumny.

A szkoda, bo jesteś na scenie postacią szczególną, oryginalną i rozpoznawalną. Podobnie jak twoje rysunki, nawet te najstarsze. Wystarczy spojrzeć i od razu wiadomo - to rysował Jacek Fedorowicz.
J.F.:
Tu mnie zaskoczyłeś, bo mnie się wydawało, że one są bardzo różne.

Bo są! I to jest największa sztuka, że pomimo tej różnorodności są spójne.
J.F.:
To bardzo miłe, ale nie wiem na czym to polega.

To samo można powiedzieć o twojej grze aktorskiej. Przecież grałeś w tylu kultowych dzisiaj filmach, a nie jesteś aktorem z wykształcenia…
J.F.:
Zdałem egzamin eksternistyczny w 1961.

Do wielu z tych filmów napisałeś scenariusze…
J.F.:
Tak, ale chyba musimy już kończyć. **

Trudno, siła wyższa. Porozmawiamy przy najbliższej okazji.
J.F.:
Tylko ja na pewno będę się powtarzał.

Zadam inne pytania.
J.F.:
Zaręczam, że to mi nie będzie przeszkadzało. (śmiech)

* Andrzej Pruski (1929 1994) reżyser Teatru Polskiego Radia
** w tym momencie dopadło nas wezwa- nie do wyjazdu na występ

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 03 czerwiec 2019 17:33