Wirus jest zawsze szybszy od człowieka

1918 r. Hiszpania - rodzina podczas epidemii grypy 1918 r. Hiszpania - rodzina podczas epidemii grypy

Grypa typu hiszpanka może powrócić w każdej chwili. Wirus mutuje w taki sposób, że co 100-150 lat pojawia się szczep pandemiczny, czyli taki, który może zaatakować dużo ludzi w krótkim czasie. Pojawienie się wirusa pandemicznego jest więc jedynie kwestią czasu, a nie pytania, czy w ogóle do tego dojdzie- to fragment wypowiedzi doktora nauk medycznych Pawła Grzesiowskiego - specjalisty w dziedzinie pediatrii i immunologii, eksperta w zakresie profilaktyki i terapii zakażeń.

Ludzkość, odkąd zaczęła żyć w formie stadnej, narażona jest na cykliczne pojawianie się zbiorowych zachorowań, które w zależności od czasu i warunków swojego zaistnienia, pochłaniają od kilkuset tysięcy do kilkudziesięciu milionów ofiar. Wystarczy prześledzić tylko nowożytną historię naszego gatunku, aby znaleźć w niej:

  • Dżumę Justyniana (541-544) - 25 milionów ofiar. Powracała falami aż do roku 750 (łącznie 18 razy).
  • Czarną śmierć (1346-1353) - 50 milionów ofiar - przez 7 kolejnych lat zniknęło 50-60% populacji Europy, Północnej Afryki i Zachodniej Azji.
  • Pandemię w Ameryce (XVI w.) - 25 milionów ofiar wśród rdzennych mieszkańców nowego kontynentu - główną przyczyną były choroby przywleczone przez konkwistadorów (ospa, tyfus, płucna dżuma, czerwonka).
  • Trzecią pandemię dżumy (1855 r.) - 12 milionów ofiar - pandemia dotknęła wszystkie kontynenty z wyjątkiem Antarktyki. Trwała prawie 100 lat (jej koniec przypada na rok 1960), kiedy to dotarła do Afryki, Oceanii i po raz pierwszy do Ameryki.
  • W samym XX w. doświadczyliśmy aż trzech pandemii grypy, poza najbardziej drapieżną “hiszpanką” nawiedziły nas grypa azjatycka w 1957 r., grypa Hong Kongu w 1968 r. Każda zabiła około miliona ludzi.
  • Mieliśmy już także do czynienia z koronawirusami w Chinach (SARS) i na bliskim wschodzie (MERS).

Od kilku miesięcy świat ogarnęła fala pandemii koronawirusa. Na szczęście koronawirus nie jest grypą i to jest dobra wiadomość. Dlaczego dobra? Teoretycznie oznacza to, że epidemię koronawirusa łatwiej jest zatrzymać i faktycznie epidemie SARS i MERS zostały opanowane, zanim stały się problemem globalnym. W odróżnieniu od grypy, która rozprzestrzenia się szybko i względnie równomiernie w populacji, koronawirusy mają tendencję do infekowania w skupiskach. Zła wiadomość jest taka, że COVID19 cały czas jest krok przed człowiekiem i pomimo 100 lat postępu Nauk medycznych, metody walki z nim nadal przypominają te, stosowane w czasie wielkiej epidemii “grypy hiszpanki”. Umiarkowanie optymistyczną wiadomością jest natomiast ta, że już za kilka miesięcy prawdopodobnie większość populacji nabędzie na tyle naturalnej odporności, aby nie dopuścić do dalszego rozprzestrzeniania się wirusa. Covid19 być może wtopi się w naszą rzeczywistość jak popularna grypa, odra czy różyczka.

102 lata temu, w marcu 1918 r. wybuchła jedna z największych epidemii XX wieku - po dzień dzisiejszy nosi nazwę “grypy hiszpanki”, chociaż już teraz wiemy, że miano to nadane zostało ze wszech miar niesłusznie. Opanowała świat w latach 1918-1920. Zachorowało wówczas ok. pół miliarda ludzi, co stanowiło 1/3 populacji świata. W Europie zmarło 20 mln zarażonych; na całym świecie prawie 50 mln, a niektóre źródła mówią nawet o 100 mln. W każdym razie Ilość ofiar “hiszpanki” znacznie przewyższyła liczbę ofiar toczącej się w tamtych latach I wojny światowej. Mamy rok 2020 na wszystkich kontynentach od kilku miesięcy rozgrywa się walka z niewidzialnym wrogiem - wirusem COVID19. Oczywiście pandemii koronawirusa nie możemy jeszcze porównać pod względem zachorowań i śmiertelności do “hiszpanki”, lecz nie ma wątpliwości, iż stanowi ona równie duże zagrożenie i stawia naszą przyszłość pod wielkim znakiem zapytania.

PRZYSZŁA NAGLE I ZNIKĄD...

Epidemie mają to do siebie, że pojawiają się nagle i równie nagle znikają. Dokładne określenie źródła ich powstania jest bardzo trudne, a czasami wręcz niemożliwe. Teraz, nawet po stu latach, świat nauki i medycyny nie jest zgodny co do przyczyn i źródeł dziewiętnastowiecznej influenzy. Nazwa „hiszpanka”, która przylgnęła do grypy bynajmniej nie świadczy o kraju jej pochodzenia. Najbardziej prawdopodobnym zarzewiem grypy był obóz wojskowy w Fort Riley w stanie Kansas w USA. 4 marca 1918 r. trzech żołnierzy-rekrutów zgłosiło się do lekarza z wysoką temperaturą. W ciągu kolejnych dwóch dni infekcja zaatakowała 522 mężczyzn, a w ciągu kolejnego tygodnia 1127, z czego 46 zmarło. Do 11 marca objawy choroby zanotowano w stanie Nowy Jork. Władze wojskowe podeszły dość lekceważąco do zaistniałej sytuacji i statki z rekrutami zostały wysłane do Europy. Przybyły do portu w Breście w Bretanii. Zabójcza grypa pojawiła się tam 10 kwietnia. Pod koniec miesiąca była już w Paryżu. W maju sparaliżowała brytyjską marynarkę. Również w maju osiągnęła Półwysep Iberyjski. Dopiero wtedy zrobiło się o niej głośno. W czerwcu pojawiła się w Niemczech, Danii i Norwegii. A także w Indiach, Chinach, na Filipinach i w Nowej Zelandii. Gwoli dziejowej sprawiedliwości należy także wspomnieć o dwóch innych domniemanych źródłach infekcji, którymi miały być: obóz wojska brytyjskiego w Etaples, gdzie odnotowano kilka przypadków grypy w 1916 r. oraz północne Chiny, gdzie w czerwcu 1918 r. na chorobę przypominającą grypę zachorowało 20 tysięcy osób.

Dlaczego więc przylgnęło do niej określenie „hiszpanka”?

To prawdopodobnie wina samych Hiszpanów, a zwłaszcza ich prasy, która nieograniczana wojenną cenzurą (Hiszpania nie brała udziału w I WŚ) rozpisywała się obszernie o coraz to nowych przypadkach zarażeń i śmierci - ponadto wśród chorych znalazł się także ówczesny król hiszpański Alfons XIII. Inne kraje zachowywały w tej kwestii dużą wstrzemięźliwość, gdyż jak twierdziły ówczesne władze cywilne i wojskowe - to nie czas, aby obniżać morale żołnierzy i cywilów, którzy i tak muszą znosić trudy działań wojennych. Wszystko to razem mogło więc wskazywać na Hiszpanię, jako źródło epidemii. Od tamtej pory, do teraz zresztą, nie mówi się o niej inaczej, jak właśnie o „hiszpance”. Warto także wspomnieć, iż epidemia doczekała się w tamtym czasie także innych nazw, jak: grypa niemiecka, brazylijska lub nawet bolszewicka. Czy podobnej stygmatyzacji doczeka się także nasza obecna pandemia? Czy będziemy ją w przyszłości nazywać “wirusem z Wuhan”, chińskim lub włoskim wirusem, czy prawomyślnie pozostaniemy przy oficjalnej nazwie Covid-19? 

fot. żołnierze chorzy na “hiszpankę” w obozie Camp Funston w stanie Kansas

 

OBJAWY, NOSICIELE I OFIARY

Pierwsza fala epidemii, która pojawiła się w marcu i w kwietniu, miała stosunkowo łagodny przebieg i nie wykazywała się szczególnymi anomaliami. Najczęściej ci, którzy zachorowali na grypę dochodzili do zdrowia. Jedyne co mogło dziwić lekarzy to fakt, iż na grypę stosunkowo często zapadali ludzie pomiędzy 20 a 29 rokiem życia, a więc ci, których z reguły cechuje duża odporność. Po kilku tygodniach choroba zniknęła równie nagle, jak się pojawiła, więc tak naprawdę przestano o niej myśleć. Podczas drugiego ataku “hiszpanki” nie było już tak spokojnie i łagodnie. Rozpoczęła się prawdziwa apokalipsa. Obok typowych (i znanych nam współcześnie) objawów choroby: gorączki, bólów głowy i całego ciała, pojawiła się sinica, krwawienie z nosa i kaszel połączony z pluciem krwią. Twarze chorych stawały się niebieskie lub czarne. Jak opisują historycy Howard Philips i David Kilingray: „Śmierć następowała zwykle na skutek ataku bakterii na płuca, co sprawiało, że te niezbędne do życia organy zamieniały się w worki cieczy i w konsekwencji topiły pacjenta. W przypadku większości chorych atak trwał 2-4 dni. Zgon mógł także nastąpić nagle lub w ciągu kilku godzina.” Hiszpanka w nowej odsłonie była niezwykle zaraźliwa, zwłaszcza w dużych skupiskach, jakimi były np. koszary lub wojskowe okopy. Chociaż “hiszpanka” z takim samym impetem atakowała ludność cywilną, to właśnie żołnierzom przemieszczającym się po drogach Europy przypisuje się główną, niechlubną rolę w rozprzestrzenianiu się epidemii.

Gdybyśmy chcieli doszukiwać się analogii do współczesności, to rolę tamtego wojska dzisiaj spełnili przemieszczający się licznie po świecie turyści, którzy nieświadomie stali się zarzewiem epidemii w swoich rodzinnych krajach. Ofiarami grypy stawali się często ludzie młodzi, w sile wieku, których organizmy wydawałoby się silne, powinny dać odpór chorobie. Jak się okazało w tym przypadku działało to właśnie na ich niekorzyść. Układ odpornościowy zarażonego organizmu w walce z wirusem doprowadzał do śmierci. Skąd to wiemy? Otóż w 2007 r. uczeni z University of Wisconsin-Madison, badając zakażone wirusem AH1N1 makaki (wirus odpowiedzialny za epidemię hiszpanki - przyp. red.) doszli do wniosku, że to nie sam wirus był bezpośrednio odpowiedzialny za wysoką śmiertelność wśród zarażonych. Kierujący badaniami Yoshihiro Kawaoka twierdził, że małpy zabił ich własny układ odpornościowy. Okazało się, że atak układu odpornościowego na zakażone mikrobami płuca był tak silny, iż doprowadzał do ich zniszczenia.

LECZENIE PRZEZ PRZECZEKANIE?

XIX-wieczna medycyna nie potrafiła określić przyczyn śmiercionośnej choroby i praktycznie była wobec niej bezradna. Opierając się na dostępnych wówczas metodach leczenia próbowano niemal wszystkiego, często nieświadomie szkodząc samym pacjentom. Proces znalezienia skutecznego leku utrudniał fakt, iż “hiszpanka” atakowała falami trwającymi po kilka tygodni. Nie było więc szans na sprawdzenie skuteczności stosowanego lekarstwa. Remedium na panującą chorobę stanowiła znana już w czasach I wojny światowej - aspiryna. Stosowano ją nagminnie i często w dawkach, które doprowadzały do śmierci pacjenta. Teorię o przedawkowaniu aspiryny wśród zarażonych pacjentów wysunęła w 2009 r. amerykańska lekarka i badacz chorób zakaźnych z Uniwersytetu w Filadelfii, dr nauk med. Karen Starko, w artykule opublikowanym w fachowym periodyku „Clinical Infectious Diseases”. Był to wówczas nowy lek, uważany niemal za panaceum, podawany w poważniejszych infekcjach w dużych ilościach (8,0 do 31,2 g, obecnie aspirynę podaje się w miligramach). Dr Starko wskazała, że objawy zatrucia salicylanami nie były wówczas znane. Jednocześnie wybuch pandemii zbiegł się z wygaśnięciem praw patentowych firmy Bayer na aspirynę, co pozwoliło na uruchomienie jej produkcji na wielką skalę przez innych producentów, a to oznaczało istotne zmniejszenie jej ceny. Niektórzy lekarze zalecali „przeczyszczenie” np. przy użyciu środka o nazwie „masująca magnezja”, w wielu cięższych przypadkach stosowano kalomel wytwarzany z chlorku rtęci, która sama w sobie jest toksyczna. Zalecano także inne dość niezwykłe medykamenty: liście eukaliptusa, żywicę (benzoinę), chininę, a nawet niewielkie dawki wytrawnego szampana. Próbowano poradzić sobie z pandemią stosując nawet metody upuszczania krwi, które już dawno wyszły z użycia. Nawet w Niemczech, gdzie medycyna stała na dość wysokim poziomie leczono testując różnego rodzaju leki: Digitalis, kofeinę, kamforę, strychninę w celu stymulacji pracy serca i krążenia. Dezynfekcję zewnętrzną uzupełniała dezynfekcja wewnętrzna oparta na lekach jodowych i formalinowych. Konkluzja tych wszystkich działań w świecie medycyny zarówno w Niemczech, jak i Stanach Zjednoczonych była jedna - nic nie działało i nic nie dało się zrobić. Wobec takich trudności z leczeniem pozostawało tylko jedno - jak najbardziej ograniczyć rozprzestrzenianie się choroby. Pomimo mylnego zdiagnozowania przyczyny grypy jako bakterii, a nie wirusa zdawano sobie sprawę z tego, iż przenosi się ona drogą kropelkową.

Dopóki jednak szczepionka nie stanie się dostępna – co raczej nie nastąpi przez przed upływem 18 miesięcy – hamowanie rozprzestrzeniania i wygaszanie jest naszą jedyną nadzieją” – napisała Laura Spinney, dziennikarka naukowa i autorka książki “Pale Rider: The Spanish Flu of 1918 and How It Changed the World”.

Brzmi znajomo? Podobnie jak zalecenia częstego mycia rąk, unikania zgromadzeń i noszenia maseczek ochronnych.

HAMOWANIE EPIDEMII

Zanim władze poszczególnych państw zdecydowały się podjąć mniej lub bardziej radykalne środki wobec postępującej epidemii minęło trochę czasu. Ignorowano pierwsze ostrzeżenia, nawet lekarze wyśmiewali panikarzy i nawoływali do poskromienia bijącej na alarm prasy. Lekceważenie ustąpiło w momencie, gdy zaczęło brakować miejsc w szpitalach i na cmentarzach. Lekarzom udało się nakłonić władze do zamknięcia szkół, teatrów i innych miejsc publicznych. Wydawano ostrzeżenia (często powiązane z groźbą kary pieniężnej) przed publicznym kichaniem, kaszlem i pluciem. Aby uniknąć ścisku zmieniono rozkłady jazdy nowojorskiego metra, apelowano do obywateli o unikanie zgromadzeń i sugerowano noszenie masek poza miejscem zamieszkania.

Czy przyniosło to oczekiwane efekty? Nie do końca. Paradoksalnie w Detroit, gdzie wprowadzono zakazy w ograniczonym zakresie, przebieg epidemii okazał się stosunkowo łagodny, zaś w Filadelfii mimo rygorystycznych wymogów (wprowadzonych niestety zbyt późno) rozegrała się prawdziwa tragedia. To właśnie filadelfijskie elity w czasie drugiej fali we wrześniu 1918 r., mimo zagrożenia nie odwołały parady związanej z wypuszczeniem państwowych obligacji wojennych, na której stawili się mieszkańcy w liczbie około 200 tysięcy. Trzy dni później ponad 1500 osób zgłosiło się do szpitali z objawami grypy, zaś kolejne dni zaczęły przynosić ofiary śmiertelne - miasto zamieniło się w jedną wielką kostnicę. Brak wyobraźni związanej z zagrożeniem można było dostrzec także we Francji, gdzie wprawdzie zamknięto szkoły, ale pozostawiono otwarte kawiarnie - efekt 4 tysiące zmarłych w samym Paryżu. Nie było lepiej w Wielkiej Brytanii, gdzie inspektor sanitarny radził swoim rodakom aby jedynie nosili niewielkie maseczki, dobrze jedli i pili około pół butelki lekkiego wina: „Czyż nie mamy już wystarczająco wiele mrocznych dni za sobą, gdy każdy mężczyzna, kobieta i każde dziecko jest w żałobie po jakimś krewnym?”

fot. siostry Czerwonego Krzyża szyją maseczki dla  żołnierzy w obozie  wojskowym w Bostonie - 1918 r.

ZAKOŃCZENIE I TRAGICZNY BILANS

Grypa hiszpanka atakowała świat trzema falami, każda z nich pomimo różnego natężenia pojawiała się nagle i równie nagle znikała, co jeszcze bardziej utwierdzało ówczesnych medyków, że tak naprawdę to nie są w stanie kontrolować choroby ani tym bardziej jej zapobiegać. Dziesięć lat później w roku 1930 udało się wyizolować wirusa grypy - najpierw u świń, a trzy lata później u człowieka. Wymagało to jednak lat badań i analiz. Na przełomie lat 1918/1919, w samym środku pandemii i w trakcie walk na frontach I wojny światowej - nie było na to ani czasu ani warunków. Jak podsumował tamten okres jeden z niemieckich publicystów: „Koniec końców, wszystko, co można było zrobić, to czekać aż umieranie się skończy”.Ile ofiar pochłonęła pandemia „grypy hiszpanki” tak naprawdę nie wiadomo do dzisiaj. Według niektórych źródeł liczba ta może oscylować miedzy 50 a 100 milionów. Szacuje się że tylko w drugiej, najbardziej śmiercionośnej fali, od jesieni 1918 r. do wiosny 1919 r. zmarło ponad 30 milionów ludzi. Najbardziej ucierpiały Indie - liczba ofiar mogła sięgnąć tam nawet 20 milionów, dla porównania w USA było ich zaledwie 675 tysięcy. Niezależnie jaką liczbę ofiar przyjmiemy za realną i tak znacznie przekracza ona ofiary samej I wojny, które szacuje się na 20-22 miliony.

Czy bilans współczesnej pandemii koronawirusa będzie zbliżony? Miejmy nadzieję iż nie grozi nam tak czarny scenariusz i medycyna poradzi sobie z problemem i na czas zapobiegnie biologicznej tragedii. 

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
Ostatnio zmieniany niedziela, 03 maj 2020 12:56
reklama
reklama