Jak pokolorowałem seriale - rozmowa ze Zbigniewem Stankiem

czerwiec 01, 2018 2893
Zbigniew Stanek Zbigniew Stanek fot. Roman Anusiewicz

Zbigniew Stanek - urodzony w Warszawie, bielszczaninem został z wyboru. Współpracował z wieloma znakomitymi  polskimi reżyserami, przy produkcji kultowych polskich filmów i seriali. Zbigniew Stanek swoją przygodę z filmem rozpoczął właśnie od filmu Czterej Pancerni i pies. Mało kto wie, iż to właśnie jemu zawdzięczamy pokolorowanie kadrów pewnego serialu.

 

Kadr z filmu "Znaki na drodze" - 1969 r. Zbigniew Stanek - pierwszy od lewej

Roman Anusiewicz: Bielszczaninem jest Pan od urodzenia, czy z wyboru?
Zbigniew Stanek: Raczej z wyboru. 55 lat temu pojawiłem się w Bielsku, aczkolwiek przez ponad 20 lat praktycznie tu nie mieszkałem. Od 1990 do 2012 r. pracowałem w Warszawie w Studiu Filmowym Oko, kierowanym przez nieżyjącego już reżysera Tadeusza Chmielewskiego. W Bielsku spędzałem swój wolny czas, weekendy, urlopy, bo tu była żona, syn i rodzinny dom.

Z tego co wiem, Pana żona także pracowała w branży filmowej.
Z. S.: Tak. Poznaliśmy się w Krakowie na studiach, zaś po przeprowadzce z Bielska do Wrocławia, oboje rozpoczęliśmy pracę w wytwórni filmowej. Żona pracowała jako montażystka, między innymi przy filmach Jerzego Kondratiuka, Romana Załuskiego.

Studiował Pan w Krakowie, nie były to jednak studia filmowe?
Z. S.: Nie, nie kończyłem szkoły filmowej. Po drugim roku studiów prawniczych wziąłem udział w filmie „Zuzanna i chłopcy” (1961 r.). Moje opowieści po powrocie sprawiły, że z grupą najbliższych przyjaciół: Andrzejem Kotkowskim, Jerzym Tyszkiewiczem (mężem Maji Komorowskiej), Krzysztofem Bogdanowiczem postanowiliśmy „rozsadzić” film od środka. Po studiach Andrzej i Krzyś poszli do szkoły filmowej - nieżyjący już Andrzej Kotkowski został reżyserem, nakręcił wiele dobrych filmów, m..in. “Olimpiada 40”, “Obywatel Piszczyk” - a ja i Jerzy poszliśmy od razu do roboty. Wylądowałem wtedy na planie filmowym Czterech Pancernych, jako kierownik planu i tak już zostało.

Pamięta Pan z iloma reżyserami Pan pracował od tam-tego czasu?
Z. S.: Chyba się nie doliczę, chociaż trzeba będzie kiedyś to zrobić. Kilka filmów robiłem z Romanem Załuskim, Jerzym Stawińskim, Stanisławem Lenartowiczem - były to filmy, gdy byłem tzw. drugim. Natomiast gdy zostałem samodzielnym kierownikiem produkcji znalazłem się w grupie tworzącej tzw. kino moralnego niepokoju: Bajon, Falk, Domaradzki, Kieślowski (z którym zrobiłem „Personel” i „Bliznę”)

Wróćmy do Pana pierwsze-go kontaktu z planem filmowym.
Z. S.: Tak jak już wspomniałem, był to film „Zuzanna i chłopcy”. Film o taternikach, kręcony w Dolinie Chochołowskiej, w znakomitej obsadzie: Krzyżewska, Czyżewska, Hanuszkiewicz, Pluciński, Łazuka.

I to tam właśnie Adam Hanuszkiewicz nosił Pana na rękach?
Z. S.: Mam z tamtego czasu fajne wspomnienie - nie tylko, że występowałem przed kamerą, to jeszcze zatrudniony zostałem jako pomocnik kierownika planu. Pamiętam, że wdrapałem się na skałkę, aby przygotować miejsce na kamerę i niefortunnie poślizgnąłem się skręcając kostkę. Adam Hanuszkiewicz - mężczyzna słusznego wzrostu i siły wdrapał się za mną i zniósł na rękach kilka metrów w dół.

Potem przyszła kolej na serial Czterech Pancernych ….
Z. S.: Tak, po studiach wylądowałem przy produkcji tego serialu, jako kierownik planu. Pamiętam z tamtego okresu między innymi mój kontakt z filmowym Jankiem - Januszem Gajosem i jego wypadek podczas zdjęć. Janusz, wówczas jeszcze student szkoły filmowej, lubił często przysnąć sobie w wolnej chwili na planie – raz wybrał sobie miejsce w cieniu ciężarówki, która cofając się przejechała po jego miednicy. Sceny z filmu, kiedy Janek leży w szpitalu są autentyczne, miednicę miał naprawdę w gipsie, zaś gips na ręce dorobiliśmy już sami. Biuro w studiu filmowym we Wrocławiu, przerobiliśmy na salę szpitalną. Janusz Gajos nie dojechał także, ze względu na wypadek, nad polskie morze, gdzie miał zagrać scenę spotkania z Marusią. Zastąpił go wtedy dubler - aktor Matwiszyn, filmowany kamerą z tyłu

Miał pan możliwość pracy na planie filmowym zarówno w latach 60. 70. jak i po roku 2000. Jak określił by Pan zmiany, które zaszły w sposobach pracy przy produkcji filmu.
Z. S.: W latach 70. przychodziło się na plan, rozstawiało sprzęt i czekało, aż reżyser z operatorem ustalą co i gdzie robimy, a oni stali i drapali się w głowę, gdzie postawić kamerę. W tej chwili to nie do pomyślenia, goni wszystkich czas i pieniądz, twórcy przychodzą na plan doskonale przygotowani. Kolosalne zmiany są także w samym sprzęcie; zmieniała się taśma, czułość taśmy, aparaty, sprzęt oświetleniowy. Trzeba pamiętać, że w latach 70. lampa ważyła kilkadziesiąt kilogramów, oświetlacze mieli więc dużo pracy, dzisiaj parę lampek daje tę samą moc. Inne jest tempo pracy, kiedyś potrafiliśmy siedzieć w plenerze półtora miesiąca, dzisiaj cały film robi się czasami w dwadzieścia pięć dni. Pamiętam kręciliśmy film w plenerach Bieszczadzkich - „Wolna sobota” (1978 reż. Leszek Staroń - przyp. Red.). Grałem w nim nawet trochę - od czasu do czasu lubiłem się w to zabawić. Siedzieliśmy tam półtora miesiąca, do najbliższego kiosku ruchu było 13 kilometrów, a do najbliższego monopolowego 49 (śmiech). Serce Bieszczad - ale i tam znaleźli się chętni na wieczór autorski z odtwórcą głównej roli Wojciechem Siemionem.

Kolejna Pana przygoda aktorska z filmem to „Ostatnie okrążenie” z 1977 roku.
Z. S.: Tak, był to film o Januszu Kusocińskim, a mój udział w nim był trochę przypadkowy. Jakiś czas wcześniej kręciliśmy we Wrocławiu z Krzysztofem Rogulskim krótki film telewizyjny „Lis”. Pamiętam wpadłem do niego na plan aby coś ustalić, Krzysiek kręcił wtedy “Ostatnie okrążenie”. Zobaczył mnie i stwierdził, że jestem ubrany tak, jak mu potrze-ba i mogę zagrać narzeczonego Joasi Szczepkowskiej - siostry Kusocińskiego.
Krótka scenka gry w brydża, ale w niezłym towarzystwie: Wiktor Zborowski, Andrzej Strzelecki i sam główny bohater – Mariusz Benoit.

Miał Pan też drobny incydent na granicy niemiecko-węgierskiej.
Z. S.: To była połowa lat 90. Pracowaliśmy wówczas przy polskiej wersji filmu „Ucieczka” w reżyserii Livii Gyarmathy.
Była to koprodukcja węgiersko-francusko-niemiecko-polska. Film opowiadał o węgierskim obozie pracy w latach 50-tych ub. wieku, gdzie umieszczani byli niewygodni obywatele Węgier - tam właśnie w kamieniołomie pracował mąż reżyserki, autor scenariusza.Główną rolę grał polski aktor Artur Żmijewski, ponadto występowali Daniel Olbrychski, Krzysztof Kolberger. Pracowałem wtedy z asystentką Anią Romanowską (obecnie Wróblewską), która tę historię wiernie opisała. Podróżowaliśmy dość często między Warszawą i Budapesztem,
z toną papierów i dokumentów, z taśmami filmowymi, czasem ukrytymi między arbuzami, by uniknąć papierowej mitręgi, bo akurat wchodziły wtedy w życie faktury pro-forma. Na granicy słowacko-węgierskiej okazało się, że nie zabrałem takowej faktury i zostaliśmy zatrzymani. Poprosiłem mojego węgierskiego przyjaciela Janosa Solti o pomoc, ale ponieważ była noc, poszedłem spać do mojego Twingo, tuż nieopodal przejścia granicznego. W środku nocy włączony alarm mojego auta postawił na nogi straż graniczną. Okazało się że to Janos, mimo późnej pory, przybył mi na ratunek i próbował obudzić mnie, szarpiąc samochodem.

„Jak rozpętałem II wojnę światową” w kolorze - jest w tym duża Pana zasługa.
Z. S.: Był rok 2000, mój ówczesny szef w Studiu Filmowym Oko - Tadeusz Chmielewski często pow-tarzał, iż żałuje, że w latach 60. nie mógł zrobić swojego filmu w kolorze, między innymi ze względu na cenę taśmy filmowej. Cały czas kombinowałem, co tu zrobić, tym bardziej, iż śledząc zachodnie nowinki techniczne, wiedzieliśmy, że kolorowanie „starych filmów” jest możliwe. Przykładem był film „Fanfan Tulipan”, chociaż moim zdaniem stał się w nowej wersji kolorowej zbyt cukierkowy. Wspólnie z telewizją Polsat, nawiązaliśmy kontakt z hollywoodzką firmą, prowadzoną przez Hindusów, w której pracowali głównie Meksykanie (firma Dynacs - przyp. Red.). Firma podjęła się realizacji tego przedsięwzięcia. Najistotniejszą kwestią było nadanie kolorów w wybranych „strategicznych” klatkach filmowych. Tadeusz Chmielewski był wielkim entuzjastą tego pomysłu. Postanowiliśmy dodatkowo podłączyć do tego projektu film „Sami swoi”, tym bardziej iż pan Chęciński kolejne dwie części nakręcił już w kolorze. Była ku temu doskonała okazja, gdyż wówczas zajmowałem się udzielaniem licencji na wyświetlanie filmów przez telewizję i w moim, że tak powiem, ręku znajdowało się ponad 600 tytułów i m.in ten. Oba filmy wysłaliśmy do Stanów, jak się okazało zrobiono do nich doskonałą dokumentację (kolory mundurów, naszywek). Po przyjeździe do Hollywood, gdzie udałem się z Jerzym Stawickim, mieliśmy więc ułatwioną sprawę. Siedzieliśmy tam prawie dwa upalne, letnie miesiące.
W wolnych chwilach udało mi się objeździć prawie całe wybrzeże na łyżwo-rolkach. Za całość prac z naszej strony odpowiadał operator Jerzy Stawicki, ja jednak bardzo „rwałem się” do pracy, gdyż szalenie mi się to podobało. Dostałem, pamiętam do samodzielnej realizacji, zadanie koloryzacji pewnych scen w III odcinku filmu. Praca była naprawdę fascynująca - ożywianie kolorami szarego, nijakiego, zlewającego się ze sobą tła. Materiał, po nadaniu przez nas kolorów w „strategicznych” klat-kach, przesyłany był elektronicznie do oddziału firmy w Indiach, gdzie przy użyciu nowoczesnego sprzętu komputerowego nanoszono barwy na resztę filmu. Po powrocie do Polski dokonaliśmy jedynie sprawdzenia i oceny jakości oraz wykonaliśmy drobne korekty. Była to niewątpliwie wspaniała przygoda i zarazem ogromne zawodowe doświadczenie.

Urodził się Pan w Warszawie, studiował w Krakowie, mieszkał i pracował w wielu miastach Polski; we Wrocławiu, Łodzi i Gdańsku.
Dlaczego akurat wybór ostateczny padł na Bielsko-Białą?
Z. S.: Jako Warszawiak świetnie czułem się w stolicy, bardzo lubię Trójmiasto (mieszkaliśmy tam prawie 10 lat), lubię też Kraków, Wrocław, Toruń. Właściwie mógł-bym mieszkać wszędzie. Na Bielsko
zdecydowałem się z kilku powodów; kiedyś przyjechałem tu ze znajomą scenografką, która zachwyciła się miastem. Jest tu wiele przepięknych miejsc i tu mam na myśli architekturę. Dla mnie nie bez znaczenia jest fakt, że tu są góry. Jeżdżę na nartach od ósmego roku życia, podczas studiów trenowałem nawet w klubie. Góry były mi zawsze bliskie, chociaż nigdy nie zdecydowałbym się na moloch, jakim w tej chwili jest Zakopane. Bielsko jest znacznie sympatyczniejszym miejscem. No, ale przede wszystkim, tutaj mieszkała moja przyszła żona.

Dziękuję za rozmowę.

 

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 13 sierpień 2018 15:35
Roman Anusiewicz

Operator filmowy. Fotoreporter - kameroman@op.pl

reklama
reklama