Dla mnie film dobry to taki, kiedy zapomi-nam o bożym świecie i się wzruszam. Decydujące jest to, jakie film robi wrażenie.

Roman Anusiewicz: Pamięta Pan pierwszy raz w kinie i pierwszy obejrzany film?
Stanisław Janicki: Oczywiście że pamiętam. Było to kilka miesięcy przed wybuchem wojny, mieszkaliśmy wtedy w Warszawie, gdzie ojciec został oddelegowany z rafinerii w Czechowicach. W dawnym kinie Roma (dzisiaj istnieje tam teatr muzyczny) w każdą niedzielę organizowano pokazy filmowe dla dzieci. Mój pierwszy film który tam właśnie obejrzałem to "Królewna Śnieżka" Walta Disney'a.

A jeżeli chodzi o filmy fabularne?
S.J.: To stało się dopiero po wojnie, gdy przebywaliśmy u rodziny w Skoczowie. Otworzono tam dosyć szybko historyczne kino zwane „Podhale” (dzisiaj Teatr Elektryczny).
W tym kinie tuż po zakończeniu wojny obejrzałem aktorski film „Znachor” z Kazimierzem Junoszą-Stępowskim. Natomiast po przeprowadzce do Bielska pamiętam wydarzenie znamienne w skutki. W kinie Rialto lub Apollo (nie pamiętam) wyświetlano film „Nieznany śpiewak”, gdzie odtwórcą głównej roli był Tino Rossi - aktor i śpiewak. Postanowiłem to zobaczyć. Pamiętam ogromny tłum ludzi do kasy. W tym tumulcie spadły mi okulary, które zostały stratowane. Udało mi się odszukać kawałek szkła i przez nie obejrzałem swój pierwszy film. Jak się ma taki początek filmowy, to już nic nie może zdziwić (śmiech).

Czy wtedy już patrzył Pan na filmy okiem krytyka i wiązał z filmem swoją przyszłość?
S.J.: Nie. Film był dla mnie taką samą rozrywką i atrakcją jak chodzenie po górach, czy jazda na rowerze. To narodziło się znacznie później - w liceum, gdy zacząłem się zastanawiać co dalej zrobić ze swoim życiem.
Pojawiły się wtedy dwa konkurencyjne pomysły zawodowe. Pierwszy to kierować dużą, zorganizowaną grupą ludzi, a ponieważ jestem rodzinnie zaznaczony muzyką, przyszło mi do głowy kierowanie orkiestrą. Ponieważ jednak moje uzdolnienia muzyczne nie były dostatecznie wysokie (nie mam słuchu absolutnego) zrezygnowałem z tej koncepcji. Drugi pomysł to reżyser filmowy. Wykonałem wtedy pierwszy krok posyłając papiery do szkoły filmowej w Łodzi. Miałem wtedy dodatkowo glejt na wyższe studia - “Przodownik nauki i pracy społecznej”.
Byłem więc spokojny o przyjęcie. Gdy we wrześniu pojechałem do Łodzi, aby sprawdzić czy jestem na liście, okazało się wtedy, że „przodownik” funkcjonuje na wszystkich uczelniach z wyjąt-kiem artystycznych, a więc klops. Opuściłem wtedy dom rodzinny w Zabrzu i pojechałem do War-szawy. Studia już się rozpoczęły. Bliski byłem nawet podjęcia studiów na sinologii (śmiech). Ratunkiem było dla mnie dziennikarstwo i to był mój pierwszy zawód.

Słuchając Pana opowieści w programie „W Starym Kinie” mam wrażenie, że bardziej pasowało by do Pana określenie fascynat filmowy niż krytyk.
S.J.: Nigdy nie fascynowały mnie gwiazdy, cały ten system gwiazdorstwa. Film interesował mnie zawsze jako całość, ale nie z pozycji co „poeta miał na myśli”. Interesowało mnie - jak to jest zrobione, kto to robi.
W moich recenzjach np. w tygodniku "Film" widać, że ewidentnie uciekam od tematów rozważań tematycznych, wyłącznie scenariuszowych. Było to przejście do następnego mojego - już ostatecznego - zawodu.
Poznałem wtedy Bogdana Dziworskiego Zainteresował się on scenariuszem, który wtedy napisałem o zamku w Krzyżtoporze. Zrobiliśmy razem trzy filmy i w ten sposób przeszedłem autentyczną szkołę filmową. Byłem przy realizacji cały czas. Uczestniczyłem we wszystkich etapach realizacji trzech jego filmów. Bodzio powierzył mi warstwę dźwiękową. Dyrektor szkoły, w której "bytowałem" razem z ekipą, dostarczył mi maszynopis jakiejś bardzo obszernej ballady o zamku w Krzyżtoporze. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem był skrót tekstu, później rozpisałem to na głosy. Musiałem teraz poszukać wykonawców. Poznałem tamtejszego organistę z pobliskiej wsi Iwa-niska, pana Stanisława Kowalskiego. Gdy usłyszałem jego grę na organach, wiedziałem że mogę poprosić o skomponowanie muzyki do tej ballady. On też skłonił do udziału w filmie miejscowy chór kościelny, który zresztą prowadził... Wtedy zacząłem rozumieć co to jest film i jak się go robi.

Pana kultowy program znika z ekranu w 1999 r. Czyżby zmiana pokoleniowa widzów?
S.J.: Nie, w telewizji tak logicznie się nie myśli (śmiech). Zauważyłem w pewnym momencie, że wszyscy, którzy otrzymywali propozycję pracy (na kierowniczych stanowiskach) w telewizji, po kilku miesiącach wykonywania tej pracy przestawali być normalnymi ludźmi. Stawali się jakimiś homo... nie wiem. Nic w zasadzie nie zapowiadało, że nie będzie mojego programu "W Starym Kinie". Montowałem akurat w Łodzi, na pierwszych elektronicznych urządzeniach montażowych, któryś ze swoich filmów, kiedy zadzwoniła ówczesna pani redaktor z redakcji programów filmowych i poinformowała mnie, że dyrekcja postanowiła uatrakcyjnić program w Starym Kinie. To mnie nawet zainteresowało i zapytałem na czym ma to polegać. Pierwsza propozycja polegała na tym, że zanim zacznie się program będę losował ze specjalnego urządzenia ("Toto-Lotek") kulę z tematem programu, np nazwiskiem gwiazdy, którą będę wspominał. Drugi pomysł polegał na zamianie wstępu do programu na dyskusję, na wzór przekomarzań Raczka i Kałużyńskiego.
Trzecia propozycja dotyczyła zamiany filmów czarno-białych na kolorowe, gdyż widzowie są już znudzeni (!) oglądaniem filmów czarno-białych. Odpowiedziałem wówczas iż nie możemy robić z widzów idiotów, gdyż oni doskonale wiedzą, że materiał musi być wcześniej przygotowany, muszą zostać wybrane fragmenty filmów, więc udawanie że mówi-my o przypadkowo wylosowanej postaci - to jawne oszustwo. Uznałem także, że pięć minut, jakie przewidziane było na dyskusję przed projekcją, to zdecydowanie zbyt mało. O trzeciej propozycji nie chciałem się nawet wypowiadać, bo jak można robić Stare Kino bez Smosarskiej, Eugeniusza Bodo czy Chaplina. Pożegnaliśmy się. Pracowałem wtedy w Bielsku. Zazwyczaj otrzymywałem kasety VHS z filmem, opracowywałem je, a później jechałem z materiałem do studia do Warszawy. Od czasów tamtej rozmowy żadna kaseta już nie przyszła. To jest właśnie telewizja.

Koniec lat 90-tych. Zaczyna się epoka cyfrowych efektów w kinie gdzie gra aktorska i scenariusze odchodzą na dalszy plan. Nie uważa Pan że zachłysnęliśmy się nowoczesną techniką i następuje przerost formy nad treścią?
S.J.: Oczywiście że jest, ale na szczęście pojawiają się jeszcze filmy, które możemy uznać za dzieła sztuki, co nie znaczy że są nudziarstwem. Przykładem jest choćby „Zimna wojna”, prosta opowieść, bez dronów i w dodatku czarno-biała. Czy "Jak pies z kotem" albo "Kamerdyner"... Chodzę do kina, ale często na sali siedzi zaledwie kilka osób, a obok tłumy idące na byle jaką komedię. Nie mam nic przeciwko komedii, ale komedia komedii nie równa. „Ewa chce spać”, „Skarb”, „Marysieńka i Napoleon”, że nie wspomnę tu o filmach z Chaplinem, Buster Keatonem czy Fernandelem - to wszystko były artystyczne filmy, a ludzie turlali się ze śmiechu. Są oczywiście filmy tzw. akcyjne i one z natury rzeczy muszą być efektowne. Podobnie filmy historyczne, czy SF.

Zrealizował Pan kilkadziesiąt filmów dokumentalnych.
S.J.: Moim pierwszym filmem był "Sen o Kurozwękach" (1973 r.). Filmów tego typu zrobiłem czterdzieści kilka, przy czym nigdy nie robiłem filmów stricte dokumentalnych. Zawsze, gdy pytano mnie dlaczego nie zrobię normalnego filmu dokumentalnego, odpowiadałem, że o tym jak wygląda prawdziwe życie dowiaduję się idąc rano do warzywniaka, a o tym ja nie mam ochoty robić filmów. Te, które robiłem były dokumentalno-inscenizowane, były bliskie utworowi poetyckiemu albo miały charakter felietonu.

Zrealizował też Pan kilka filmów związanych z Bielskiem. Co to było?
S.J.: To był początek lat 90. Nie było mnie tu przez czterdzieści lat. Gdy wyjeżdżałem miasto Bielsko i Biała nie były jeszcze połączone, wtedy było tu zaledwie 50 tysięcy mieszkańców. Pierwsza rzecz, jaka przyszła mi wtedy do głowy to film o Bielsku z pozycji człowieka, który tu dorastał, zdał maturę, gdzie są jego bliscy i przyjaciele. W ten sposób powstał film średniometrażowy pod tytułem „Bielsko-Biała - dwa miasta w jednym”. Kolejne, to moje filmy o Marii Koterbskiej, Jerzym Zitzmanie, bracie Jana Pawła II. Z Bielskiem jestem zrośnięty, żyję tym miastem.

Wykładał Pan też na wielu uczelniach historię filmu, dramaturgię i reżyserię
S.J.: To już przeszłość z dwóch powodów. Na którychś z zajęć w katowickiej szkoły filmowej, w rozmowie zacząłem się powoływać na tytuły filmów: "Rysopis", "Walkower", "Bariera", "Ręce do góry"... Widząc jednak nieco zamglone oczęta kilku osób na sali zapytałem, czy widzieli te filmy. Okazało się, że ci przyszli reżyserzy tych filmów nie znają. Z rozpaczy zapytałem: „ale kto to jest Jerzy Skolimowski, to wiecie?” - jedna osoba wiedziała. Pomyślałem wtedy po co ja tu robię od ćwierć wieku. Przyszli reżyserzy nie oglądają filmów z pierwszej półki i to filmów na owe czasy awangardowych?
Nie wiedziałem jak o swoich rozterkach powiedzieć dziekanowi. Tutaj nieco los zadecydował za mnie. Jeździłem w owym czasie po Polsce z orkiestrą symfoniczną z koncertami muzyki filmowej. Prowadziłem tam konferansjerkę. Były to takie, pół żartem - pół serio, opowieści o już starych filmach. Było to dość intensywne działanie i nieco w natłoku spraw, zaniedbałem swoje zdrowie. Pojawiły się problemy z sercem."Przechodzony" zawał, koronarografia i 4 by-pasy. Zrezygnowałem wtedy ze wszystkich zajęć pedagogicznych.

Krzysztof Zanussi, którego miałem okazję osobiście poznać, kiedyś mi powiedział, że oczekiwania widza są jak sinusoida. Po sztuce ambitnej człowiek oczekuje trochę rozrywki by znudzony po pewnym czasie znowu wrócić do czegoś wartościowego, co zostaje w nim na dłużej i skłania do przemyśleń. Myśli Pan że jest taka nadzieja?
S.J.: Nadzieja jest, ponieważ powstaje ciągle i wszędzie wiele filmów godnych uwagi, zarówno ambitnych, poważnych, wartościowych ponadczasowo oraz filmów godziwie rozrywkowych. A widz powinien oglądać, przeżywać i przyjmować jedne i drugie. Nie udzielam tu "światłych" rad, ale sam praktykuję tę zasadę od lat.

Dziękuję za rozmowę.