Babcing - czyli nowoczesne babciowanie

Babcing - czyli nowoczesne babciowanie z archiwum Beaty Boruckiej

Beata Borucka, czyli Mądra Babcia - najsłynniejsza babcia polskiego Internetu. Zjednoczyła i rozruszała polskie babcie, tworząc dla nich w sieci liczne miejsca zdobywania wiedzy, nawiązywania kontaktów i dzielenia się doświadczeniem z babciowania. Twórczyni „babcingu”. Ma misję pokazania i wzmocnienia roli babci w wychowywaniu dzieci, a także podpowiadania jak być nowoczesną, mądrą babcią. Patrzy na świat z humorem i dystansem. W jej życiu, książkach, czy fraszkach satyra przeplata się z refleksją, odwagą, a nawet buntem. Ma dorosłą córkę i trójkę wnucząt, których uwielbia z wzajemnością.

Zgodnie z głoszoną przez siebie teorią, iż pierwszy mąż jest jak naleśnik, często się nie udaje – jest w chwili obecnej szczęśliwą posiadaczką drugiego męża. Postanowiła także po latach pracy dla międzynarodowych korporacji, uciec od zgiełku wielkiego miasta i zamieszkała w lesie, w drewnianej chacie krytej czerwonym dachem. Towarzyszą jej w tej sielance (oprócz męża oczywiście) pies Toska i kot Fikus. Panią Beatę cechuje niewątpliwie duże poczucie humoru oraz dystans do świata i samej siebie, co widać w jej książkach. Pisze spektakle teatralne dla dzieci, tworząc z nich inscenizacje w domowym „Teatrze za szafą”.

Podbija Pani Internet - blog, funpage, instagram, kanał tv., dwie publikacje książkowe – udało się Pani wypełnić w doskonały sposób niszę rynkową.

Beata Borucka: Pomysł na „Mądrą babcię” rzeczywiście, można powiedzieć, że wybuchł mi w rękach. Patrząc na to, dzieje się wokół „mądrej babci” przychodzi mi na myśl cytat z filmu „Poszukiwany, poszukiwana” – kto Marysi kazał robić rewolucję???? Chyba rzeczywiście trafiłam w emocjonalna niszę, czyli miłość babć do wnucząt. Dzisiaj na jest ze mną różnych miejscach w sieci ponad 100 tysięcy babć i ta społeczność cały czas rośnie. Ale najważniejsza jest w tym aktywność fanów, a tutaj liczby są już sześciocyfrowe… milionowe zasięgi postów, komentarze czy polubienia postów przyprawiają o zawrót głowy. Rekordowy post trafił do 11 milionów odbiorców…

Od dłuższego już czasu w wirtualnym świecie zagościło pojęcie parentingu, teraz dzięki Pani narodził się „babcing”, czyli świadome babciowanie. Wobec tej faktu proszę o krótką historię narodzin bloga „Mądra Babcia”…

Mając trójkę wnucząt i czynnie uczestnicząc w ich życiu napotykam na wiele wyzwań i dylematów, o czym zawsze dużo rozmawiamy w rodzinie. Pewnego dnia pomyślałam, że może warto się tym podzielić z innymi babciami…i tak, trochę od niechcenia, założyłam fan page „mądra babcia” i lokomotywa ruszyła. Kolejne miejsca o babciach tworzyłam niesiona popularnością mądrego babciowania, które nazwałam „babcingiem”. Blog mądra babcia, grupa dyskusyjna mądre babcie, kanał babcia.tv i wreszcie książki „Mądra babcia”, czy „Opowieści ze smakiem” to kolejne propozycje dla babć…pojawiło się zainteresowanie mediów. Miałam i mam poczucie, że potarłam lampę z babcią-Dżinem, którą przywołałam, pokazałam po latach i odczarowałam ciszę na nasz temat.

Czy swoją wiedzę na temat bycia babcią opiera Pani wyłącznie na własnym doświadczeniu, czy wzorce promowanych przez Panią zachowań, sięgają gdzieś głębiej?

W mojej rodzinie od kilku pokoleń mamy bardzo dobre relacje wsteczne i to szczególnie w kontekście babć. Ja byłam wychowywana z dużą rolą babci, moi rodzice bardzo pomagali mi w zajmowaniu się córką, a dzisiaj ja jestem „czynną” babcią. Wszystko stało zawsze na dobrych, pełnych ciepła i miłości relacjach czy zachowaniach, które razem z córką kontynuujemy, czy wręcz nieświadomie kopiujemy. To nie znaczy, że było zawsze sielankowo, ale wychodzenie z problemów czy konfliktów to tez lekcja i dobre doświadczenie. W babciowaniu i propagowaniu „babcingu” bardzo pomaga mi też wykształcenie córki, która jest psychologiem rodzinnym i terapeutą dziecięcym, więc mam też ciekawe treści od niej, z punktu widzenia psychologii. Ta mieszanka nauki, miłości i dobrych doświadczeń to świetny koktail wychowawczy, dla wszystkich.

Jakie jest pani zdanie na temat rodzin wielopokoleniowych zamieszkujących pod wspólnym dachem? Czy taki układ, często wymuszony przez życie, sprawdza się?

Ja jestem wielką zwolenniczką domów wielopokoleniowych, bo w takim wyrosłam i mam niemal same dobre wspomnienia. Jednak powszechny model rodziny i marzenie młodych, to życie samodzielne, nie koniecznie w towarzystwie rodziców…Tutaj bardzo wiele zależy od relacji, jaka mają dorośli z dorosłymi. Szczególnie newralgicznym punktem jest układ z teściami i to stanowi chyba największe wyzwanie rodzinne. W książce „Mądra babcia” dość obszernie odnoszę się do tego tematu, pokazując, jak zadbać o tę ważna i niełatwą relację. Krótko mówiąc „Co chatka, to zagadka” i każda rodzina powinna ją rozwiązać po swojemu…

Powiedziała Pani w jednym z wywiadów, że misja, której się Pani podjęła ma nieco szersze znaczenie. Nie chodzi tu tylko o popularny już „babcing” ale zwrócenie uwagi na rolę seniora w rodzinie i przywrócenie mu należnego miejsca.

Tak, to prawda. Bardzo zależy i mam wręcz misję, żeby pokolenie L, czyli osób 50 plus było docenione i zauważone, jako ważne i wartościowe dla wszystkich w rodzinie. Dzisiaj młodsze pokolenia pędzą w kierunku kariery, dostatku i zdobywania coraz to nowych, ładniejszych rzeczy. A babcia i dziadek już nieco zwolnili, już się nabiegli przez życie i to czasem wręcz przez płotki i wiedzą, że najważniejsze rzeczy w życiu, to nie są rzeczy. To właśnie chcę pokazać, promować i nadać temu wartość. Ale jest też we mnie chęć aktywizowania i energetyzowania babć, żebyśmy nie wklęsły w fotele, w bamboszach, tylko były aktywne, nowoczesne i ciekawe świata. Babcia powinna być zarówno wczorajsza, jak i dzisiejsza. To połączenie to największa sztuka i „babcing” to właśnie promuje.

Wydaje się, że to co kiedyś było normą – szacunek dla starszych, wielopokoleniowe rodziny – dziś wymaga budowania od nowa. Nazywa się to często w mediach: budowaniem międzypokoleniowych relacji. Czy Pani zdaniem jest aż tak tragicznie?

Nie jest tragicznie choć mogłoby być lepiej. I to nie jest moje zdanie, a wynik badania ankietowego, jakie zrobiłam w społeczności moich babć. Na ankietę odpowiedziało ponad 1000 babć, więc można posilić się o pewne wnioski czy wskazania. Badania wynika, że 70% babć jest zadowolonych z relacji z dorosłymi dziećmi i wnukami, ale 30% ocenia te relacje jako słabe i bardzo słabe i temu się warto głębiej przyjrzeć. Babciom najbardziej brakuje bycia wysłuchaną, ciepła ze strony dorosłych dzieci i zainteresowania ze strony dorastających wnucząt. Pełne wyniki badania są do przeczytania ba blogu www.madrababcia.pl . Zatem jest dużo do zrobienia i to jest apel do młodych pokoleń. Usłyszcie nas, bo myśmy słuchały Waszych próśb czy potrzeb, kiedy byliście mali.

Mając własne dzieci, musimy liczyć się z faktem iż wcześniej czy później zostaniemy babcią lub dziadkiem. Mimo to, często ten moment w życiu nie jesteśmy odpowiednio przygotowani. Co więcej, dla wielu, zwłaszcza pań, zostanie babcią równoważne jest z końcem pewnej epoki.

Ja uważam i odczuwam całkiem odwrotnie, niż sugeruje pytanie. Zostanie babcią według mnie nic nie kończy, a cudownie zaczyna nowa rolę w życiu. Uważam, że dużo bardziej zostanie mamą coś w życiu kończy, a przynajmniej bardzo zmienia. Rodzicielstwo, dając nam niewątpliwie nowe doznania, lecz kończy etap wolności czasowej i przekierowuje uwagę i czas na naszą pociechę, którą mamy obowiązek się zajmować. Chcemy, czy nie, to jako rodzice musimy się zająć dzieckiem. Na temat babci i tej wspaniałej roli napisałam fraszkę, która stała się mottem moich babć:

„Babcia to postać, która tym kusi, Że wiele może, a nic nie musi”

My, jako babcie, nie musimy nic kończyć, a możemy czerpać nowe emocje i doświadczenia w relacjach. Dla mnie babcia, to rola, która wzbogaca, nic nie odbierając.

A co, gdy ktoś nie chce zostać babcią?

Ja nie spotkałam aż tak drastycznej postawy, ale potrafię sobie wyobrazić, że można nie mieć ochoty, na zaangażowanie czasowe czy pomoc dorosłym dzieciom. Czasami dostaję pełne goryczy maile od młodych mam, że babcia czy oboje dziadkowie nie interesują się wnukami, natomiast nie jest to pisane w kontekście pomocy, a bardziej emocji i zabrania dziecku, tego, co wnoszą dziadkowie. Jeśli nie chcemy się angażować, to jest to nasz wybór, z wszystkimi jego konsekwencjami. Ja nie wyobrażam sobie dobrowolnego odsunięcia się od wnucząt, ale każdy ma prawo do swoich wyborów życiu.

Czy to prawda że babcie kochają mocniej?

Nie wiem, czy to prawda, bo ja miałam „fisiu” na punkcie córki, tak samo, jak dzisiaj na punkcie wnucząt. Dla mnie w życiu relacje są bardzo ważne, ale stopniowanie uczuć uważam za bezcelowe. Każda relacja jest inna. Ja nawet mam inne emocje wobec każdego z mojej trójki wnucząt. A miłość do wnucząt jest wyjątkowa może dlatego, że przychodzi w czasie, kiedy jesteśmy dojrzałe, mamy więcej doświadczenia, czasu, cierpliwości. Nasze dzieci mogą to odbierać, jako „kochanie bardziej”, bo pamiętają nas, jako zabiegane mamy, nie mające czasu na ceregiele. Do naszych dzieci, wydziwiających przy jedzeniu mówiłyśmy „jedz, co Ci podałam i nie marudź”, a wnuczka pytamy „szyneczkę pokroić Ci serduszka czy w gwiazdki?”. To nie oznacza, ze kogoś kochamy bardziej, tylko wnuki pojawiają się na innym etapie życia.

Kiedy miłość babci i dziadka może okazać się toksyczna?

Myślę, że mało kto jest toksyczny celowo i z premedytacją, ale istnieje wiele zachowań, które mogą zatruwać relacje. Dla mnie największym grzechem babci, dziadka, czy kogokolwiek dorosłego, zajmującego się dzieckiem jest potajemne paktowanie z dzieckiem, czyli sekretne robienie rzeczy wbrew rodzicom i obciążanie sekretem dziecka. Kaliber „przestępstwa” nie ma znaczenia, bo chodzi tu bardziej o zasadę. Ukrywanie czegokolwiek przed rodzicami dziecka pokazuje, że dopuszczamy kłamstwo w relacjach rodzinnych, a dodatkowo obciążamy dziecko dochowywaniem tajemnicy. W tym pozornie drobnym wykroczeniu dziadków jest jeszcze jeden aspekt, czyli utrata zaufania do dziadków ze strony rodziców, kiedy sprawa się wyda. Ja nie wyobrażam sobie bycia przyłapaną na kłamstwie przez córkę, czy zięcia, a zaufaniem jest jak z dziewictwem, traci się tylko raz. Jedyne sekrety, jakie możemy mieć z dzieckiem, to miłe niespodzianki dla mamy czy taty, typu laurka czy wierszyk. Koalicję powinni trzymać ze sobą przede wszystkim dorośli. Inne toksyczne zachowania, to „nadawanie” do dziecka na rodziców, drugich dziadków, czy kogokolwiek ze znanych dziecku osób. To jest niestety dość powszechne zjawisko. Tematowi toksycznych zachowań poświęcam dużo miejsca w książce „Mądra babcia”, w rozdziale „Babcia, jak smog”.

Jakie są według Pani najcięższe „grzeszki” wobec wnucząt?

Mamy oczywiście na sumieniu małe grzeszki, które wynikają z troski i wielkiej miłości. Ja kiedyś zrobiłam taką sondę wśród młodych rodziców na temat „grzeszków” babci i w pierwszej trójce znalazły się przekarmianie, przegrzewanie i pobłażanie. Przecież babcia chce, żeby wnuczęta były u niej szczęśliwe, więc nieustająco karmi, opatula, żeby nie zmarzły i pozwala na różne wybryki. Poziom uznania tego przez rodziców, jako pewien przywilej babci zależy w dużej mierze od częstości zajmowania się dziećmi przez dziadków. Jeśli to są krótkie pobyty od czasu do czasu, to nie robiłabym z tego problemu i pozwoliła na odrobinę szaleństwa. Nikt nie nabawi się choroby czy nadwagi podczas weekendu u babci…Natomiast im ten kontakt jest bardziej regularny, czy wręcz codzienny, to ja byłabym jednak więcej rozsądku i przede wszystkim wspólny front z rodzicami.

Babcia od wychowania, czy od rozpieszczania ………….?

Przyznam, że nie lubię tego obiegowego powiedzenia. Wszyscy, którzy zajmują się wychowaniem młodego człowieka są zarówno od wychowania, jak i rozpieszczania. Rozpieszczanie jest dla mnie integralną częścią wychowania. Przytulanie, poświęcanie czasu i uwagi, cierpliwość, sprawianie przyjemności, utulenie w żalu, czy ugotowanie ulubionego rosołku - mi to się kojarzy z rozpieszczaniem. Każdy z nas lubi być przecież rozpieszczany i nie robi to żadnej krzywdy. Inaczej jest, kiedy zamienimy słowo i czyn na „rozpuszczanie”, co oznacza nie stawianie granic i ram w podejściu do dziecka. To jest już szkodliwe i działa na niekorzyść wszystkich. Znam przypadki sporych konfliktów i pretensji po powrotach dzieci na przykład z wakacji u dziadków. My, dziadkowie możemy trochę poszerzyć te granice, ale nie iść całkowite w „keine grenzen”, bo możemy dostać po uszach i to całkiem słusznie.

Jak zachować się w momencie, gdy nie zgadzamy się z metodami wychowawczymi, które stosują rodzice naszych wnucząt?

To jest bardzo trudny i wrażliwy temat w wielu rodzinach. Generalnie nasz czas wychowania dzieci już minął i teraz pierwsze skrzypce grają rodzice. Jeśli rodzice wychowują dziecko w diecie wegetariańskiej, to się do tego stosujemy i kropka. Dużym tematem jest w dzisiejszych czasach kwestia religii w wychowaniu dziecka. Znam przypadki, że babcie zupełnie nie akceptują ateistycznych poglądów swoich dzieci, a co za tym idzie i takiego wychowania wnucząt i potajemnie uczą modlitwy czy nawet próbują przymuszać, czy wręcz „po cichu” ochrzcić dziecko. To jest dla mnie skrajne przekroczenie „uprawnień”. Może się nam to podobać i mamy prawo do spokojnego powiedzenia swojej opinii, ale mamy obowiązek uszanowania decyzji rodziców. W sprawach mniejszego kalibru ja daję wszystkim prawo do wypowiedzenia się z pozostawieniem drugiej stronie wolności wyboru. Nie warto i wręcz nie wskazane jest obrażani się, że ktoś postąpił inaczej, niż my radziliśmy. Radzenie, to generalnie dość śliska sprawa. Jedyny obszar, gdzie nie wolno milczeć i nie reagować to przemoc i agresja wobec dziecka. Tutaj nie mam skrupułów i zawsze stanę w obronie dziecka przed agresją dorosłego. Bez względu na to kto jest agresorem i kategorycznie zaprotestuję.

Kiedy możemy, a kiedy nie powinniśmy wtrącać swoich trzech groszy, zwłaszcza, gdy w grę wchodzi synowa, czy zięć?

Dzieci wstępujące, czyli synowa i zięć, to dorosłe osoby, które dołączają do rodziny nie z naszego wyboru. Czasami ta asymilacja bywa różna i zależy od wzajemnych sympatii. Nie nam się musi podobać synowa czy zięć, tylko naszemu dorosłemu dziecku i to należy uszanować. Natomiast polski obyczaj mówienia do teściów mamo i tato bardzo zobowiązuje do podejścia do obcych ludzi, jak do własnych rodziców, czyli z szacunkiem i ciepłem. To samo w drugą stronę, czyli uznajmy, że doszło nam dziecko i zaakceptujmy je , takim jakie jest. Nasze dorosłe dzieci mają zbudować swój związek, tak jak chcą i potrafią najlepiej. Nasze trzy grosze powinny mieć zatem bardzo taktowną formę. Uważam, że zachowanie powściągliwości w krytykowaniu zięcia czy synowej jest bardzo ważne w tej nowej dla każdego relacji. Mam tu na myśli nie tylko bezpośrednią krytykę, ale także „nadawanie” do własnych dzieci na ich współmałżonków czy parterów. Rwiemy się czasem do tego jak muchy do lepu. Czy mamy zatem milczeć i nic nie mówić? To też nie jest najlepsza metoda…Tajemnica tkwi w sposobie rozmowy. Ponownie odwołam się do książki, gdzie piszę jak bezkonfliktowo rozmawiać o trudnych sprawach…

Kiedy i jak zbudować tę dobrą więź z wnukiem? Czy jest jakaś gotowa recepta na bycie nowoczesną babcią?

Bardzo podoba mi się neologizm stworzony przez Jacka Niedźwiedzkiego, czyli jestem „staroczesna”. To oznacza zarówno nadążanie za nowinkami, ale też przywoływanie historii, tradycji i kultywowanie wartości rodzinnych. Nowoczesna babcia, to według mnie babcia świadoma, ciekawa świata i aktywna. Ja promuje „staroczesność” i w swoich mediach buduję ten pomost między historią i teraźniejszością ze wszystkich sił.

Pomówmy teraz o uczuciach samej babci i obalmy pewien mit: dziadkowie muszą zgadzać się na wszystko, gdy zostaną poproszeni o opiekę nad wnukami.

Nikt nic nie musi, a szczególnie babcia czy dziadek. My co najwyżej możemy się włączyć. To nas różni od rodziców, którzy w dużej mierze muszą zajmować się swoim potomstwem.

Czy babcia powinna mieć wyrzuty sumienia, gdy zdobędzie się na asertywność?

Ja nie miewam takiego kaca, bo albo się godzę i jestem zadowolona, albo odmawiam i nie mam wyrzutów. Natomiast odmawiać też trzeba umieć i to kolejny rozdział książki „Mądra babcia”, do lektury której serdecznie zapraszam.

Wiemy już jakie są powinności i obowiązki babci – czy przysługują jej wobec tego jakieś prawa, z racji pełnionej, zaszczytnej funkcji?

Babcia ma takie same prawa, jak każdy człowiek, czyli przede wszystkim do szacunku. Ma też prawo do pewnych niedoskonałości adekwatnych do wieku. Tak, jak dzieci w swoim rozwoju nabywają pewnych umiejętności, tak z wiekiem osoby starsze je gubią…Trochę zapominamy, mamy mniej sił, zaczynają nam sprawiać kłopot codzienne czynności. I wtedy warto podejść do nas, jak my pochodziłyśmy do naszych dzieci czy wnucząt, czyli z tolerancją, wyrozumiałością i cierpliwością. Ja wiem, że to trudne, bo utrata umiejętności, to co innego dla otoczenia, niż jej rozwojowy brak. Mamy więc prawo do łagodności ze strony najbliższych. A tak bardziej administracyjnie, to babcia ma prawo do kontaktu z wnukami, bez względu na losy związku swoich dzieci. To prawo jest zapisane w kodeksie i coraz częściej babcie porzucone po rozwodach dzieci się do niego odwołują.

Rozmawiamy cały czas o babciach i odnoszę wrażenie, że zarówno w mediach jak i w życiu codziennym dyskryminowana jest nieco rola i funkcja dziadka, który pozostaje jakby w cieniu.

Są bardzo różni dziadkowie, od biernych po bardzo aktywnych w relacjach z wnukami. Ja mogę powiedzieć, że w sieci rzeczywiście babcie są widoczne, a dziadkowie jakoś mniej. Może ich przytłaczamy, albo oni, wraz z włosami tracą energię? To widać też wśród uczestników UTW, czy na warsztatach dla seniorów. Nie wiem czy ta dyskryminacja nie jest zatem trochę na własne życzenie. A może to jest słaba płeć? Przecież nawet żyją o 13 lat krócej od kobiet, więc coś w tym jest.

A jaka jest babcia Beata Borucka? Czy wykształcenie medyczne i wiedza psychologiczna pomogły Pani w procesie stawania się babcią?

Ja jestem babcią rozsądnie oszalałą na punkcie wnucząt. Sądząc po wyrazach czułości i miłości ze strony mojej gromadki chyba jestem fajną babcią. Dla mnie natomiast jest najważniejsze, żeby być wartością dodaną w życiu wnucząt, czyli wzbogacać je o rzeczy, których nikt inny im nie może dostarczyć. Czasem jest to czas, czasem opowieści o rodzinie czy czasach, kiedy babcia była mała, czasem gry i zabawy z moich czasów albo wspólne oglądanie starych fotografii. Moje wnuczęta uwielbiają historyjki ze moich szkolnych czasów czy studiów, ale także opowiadanie jaka był mała mamusia. Ostatnio śmieją się do rozpuku, kiedy śpiewam piosenkę, naśladując ich półtoraroczną mamusię i przekręcane przez nią słowa. Ale grywam też z nimi w karty i warcaby na tablecie. A medyczne wykształcenie jest generalnie przydatne w rodzinie i ja rzeczywiście jestem punktem pierwszej pomocy. W wiedzy i wsparciu ze strony psychologicznej króluje córka, bo jest psychologiem dziecięcym i rodzinnym, ale w domu, jak to mówimy jesteśmy normalne, czyli nie nadużywamy nauki w relacjach, natomiast rozmowy są fajne i przynoszą ciekawe rozwiązania.

Przy tylu rodzajach aktywności zawodowej, pasjach i zajmowaniu się wnukami, kiedy i jak ładuje Pani swoje akumulatory?

Moja pierwsza zasada, to nie rozładować się do końca, tylko ładować się codziennie. Ja czerpię zadowolenie i radość z każdego dnia. Nie biadolę nad przeszłością, bo to nic nie daje i nie zamartwiam się o przyszłość. Jestem w tej chwili, która się dzieje, bo wczoraj nie wróci, a jutro nie wiadomo czy będzie. Dla mnie akumulatorem jest miła kolacja we dwoje przy lampce wina, zrobienie rosołu dla dzieci, spacer po lesie, patrzenie jak śmiesznie bawi się kot i uczucie spokoju i miłości, kiedy patrzę na siedzącego po drugiej stronie męża, a w zasadzie partnera, bo ślub nikomu z nas jest niepotrzebny. Bardzo pomaga mi przy tym uważność, czyli dostrzeganie rzeczy wokół i ich docenianie. Taki mam alternator, jak w samochodzie, który ładuje akumulator, jak się jedzie. Bo nie człowiek nie zatrzymuje się, bo się starzeje, tylko starzeje się, bo się zatrzymuje…

Wspomnieliśmy na początku, iż jest Pani autorką dwóch książek-poradników, skierowanych do babć i dziadków: „Mądra Babcia” i „Opowieści ze smakiem”. Czy wyczerpała Pani w nich całą swoją wiedzę na temat świadomego „babciowania”, czy ma Pani już pomysł na nowy tytuł?

Oczywiście, że mam tyle do pokazania i powiedzenia, a czasem wręcz do wykrzyczenia, że snuje mi się po głowie kilka tytułów i muszę je ustawić w kolejce, bo na razie niczego nie potrafię wybrać i zacząć. Najbliższa jest chyba jednak książka „Zdrowa babcia” o działaniu naszego organizmu i naturalnych mechanizmach wracania do zdrowia. Wszystko oczywiście z humorem i dystansem, bo to esencja przeżycia naszych ciekawych czasów.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
Ostatnio zmieniany poniedziałek, 13 kwiecień 2020 19:30
reklama
reklama