Jak zostałem zwyczajnym Mikołajem

styczeń 01, 2020 234

Pierwszy raz jak byłem, dali płaszcz do kostek. Czapę na łeb. W tym płaszczu były takie zaczepy, ni to haczyk, ni klamerka. W jednym odstępie, takim najbardziej, wbito mi agrafkę w materiał, żeby rozchylenie, wielgaśne i niedopuszczalne, się nie zrobiło. I ja z tą agrafką tam idę, a nogi tak bardziej ku sobie, bez tego, że lewa na zachód, a prawa wschodnia. Już naparzam dzwoneczkiem, już jakieś z gardła ho! ho! ho! Tupnę nóżką w kulisach, niby że renifer hamuje.

Wreszcie siedzę na tronie, pot spływa na skronie. Dzieci, skrzatami podszyte, wpatrują się we mnie rybimi oczkami jak guziczki bałwanków. Broda zakrywa wszystko. I dobrze, bo seplenię spod tej białej włoskowatości. Miałem być prezes i dyrektor, a z workiem siedzę w godzinach pracy przy paczkach. Podchodzą do mnie. Patrzą. Jestem czerwonym królikiem. Głos mi się łamie, wesoło krzyczę: Kto jeszcze nie dostał prezentu?

I przychodzą, niektóre w podskokach, inne jak krew z nosa. A ja uważam, nóżki złączone, żeby rozchyłu nie było. Podkoszulkę założyłem czerwoną, pod kolor. Ale dżinsy jakieś takie niemikołajowe. A goły siedzieć pod tym płaszczem przecież nie mogę. Choć ukrop. Lampy. Naświetlanie prosto w twarz. Pot spływa po plecach, kręgosłup przylepił się do oparcia. Cztery litery jak przyspawane do tronu. Nos kartoflowy, oddychać tylko ustami i połykać litery.

I wtedy, przebóg, ta agrafka... No wzięła i się wyotwierała. Jak by nie miała kiedy, teraz właśnie. Próbuję ręką, tą bez dzwoneczka, poprawić, zapiąć od nowa, żeby się spięła. Jak opowieść w klamrę. Żeby się ta agrafka któremuś w tyłek nie wbiła jak będzie mi kolankował! Zrobię, co mam zrobić. Wręczę i do renifera, w świat szeroki, na saneczki, ho-ho!

Potem tych pierwszych razów było kilkanaście. Mikołaj w ciągu dwóch-trzech ostatnich lat postarzał się o głupie piętnaście kilo.

- A czemu Mikołaj, Mikołaju, ma okulary? - pada pytanie z sali.

- A żeby Cię lepiej widzieć – jadę prawie wilkiem w stronę Kapturka. Przebóg – myślę: Przecież to same oprawki, druciana atrapa bez szkieł! Dziecko może wierzy jeszcze, że ja prawdziwy, ale bryle z optyka jakieś chyba z przeceny. – A jak się nazywa wasze miasto? – rzucam na żer, ha-ha-ha: Bielsko... Różowa? A może... Bielsko-Czarna?! 

- Nieeee!!! Biaaałaaa!!! Bielsko-Biała! Bielsko-Biała!

I żadne, nigdy, ale to nigdy, przez te wszystkie lata, nie pociągnęło Mikołaja za brodę. A mogło! Tak się patrzyło z ukosa. Zawsze, co najmniej jedno ryczało, zakrywało się, usteczka w podkówkę i w bek przytłumiony, całe dziecięce korpusiątko krzyczało: Nie chcę do Świętego! Pierdzielę prezent! Dajcie wy mi wszyscy święty spokój! Większość jednak jak w dym. Japa uśmiana, kolorki rumiane, brać prezent, przybić piątkę z Mikołajem. Usiąść na kolanka i tak rezolutnie przypatrywać mu się z ukosa.

I teraz ja już po tych schodkach, które za kurtyną, spocony, idę jak czapla w rozgrzanym asfalcie, kolanko do góry za kolankiem, zważając żeby się nie wygrzmocić w drodze do sań i reniferów. Zdaję ubranie w magazynie, zawieszam z należytym szacunkiem płaszcz. Czapa i broda do pudełka. Kozaki do pudełka. Tak żeby garderobianej wszystko się zgadzało. Na siedemnastą przychodzi Grzegorz, będzie miał miting dla dzieci z lekarskich rodzin – wiadomo, zawodowiec.

Decydenty mówią, że Mikołajem trzeba się urodzić. Ja myślę, że dobre urodzenie zawsze jest dobrym urodzeniem, ale dopiero prawdziwy trening czyni mistrza. W turnieju o lepsze, pogodniejsze życie. Trzeba więc trenować. Pić dużo piwa, odpowiednio się odżywiać. Wtedy kalorie rozbudzą w tobie mikołajowego ducha, podbitego do smaku wiekiem. Na szczęście jeszcze nie trumiennym.

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Ostatnio zmieniany sobota, 11 kwiecień 2020 22:25
reklama